Slow cinema, często określane jako „kino nudy” czy też „kino powolności”, to zaproszenie do tego, aby „zamieszkać” w filmie na własnych zasadach. Kontemplować raczej jego fakturę i aurę aniżeli daleką zazwyczaj od hollywoodzkich standardów, niezbyt dynamiczną fabułę. Powoli nie musi oznaczać, że nudno. A nawet jeśli, to nudno nie musi być synonimem czegoś negatywnego, ponurego, co zjada ludzką ciekawość i witalność. Nuda nie musi być stratą, może stać się zyskiem, zamierzoną jakością, cechą samego tekstu filmowego. Idąc dalej: nuda może przemienić się w klucz do wolności odbiorczej.
Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela – dzieło prekursorskie dla nurtu slow cinema – to wstrząsający i szorstki portret dojrzałej kobiety, wdowy na skraju załamania nerwowego. Portret odległy od naszych filmowych przyzwyczajeń. Jeanne niewiele mówi (w ogóle mało o niej wiemy), nigdy się nie skarży. Na co dzień obiera ziemniaki, pije mleko, przygotowuje kotleciki, patrzy przed siebie… Kamera ustawiona jest najczęściej na wprost głównej bohaterki, która spędza większość czasu samotnie w kuchni. Akcja poszczególnych scen jest nieproporcjonalna do długości statycznych ujęć. Tytułowa mieszkanka belgijskiego bulwaru staje się więźniarką rutyny, której sama przecież skrupulatnie patronuje. Brawurowo zagrana przez Delphine Seyrig postać jest doskonale widoczna w kadrze, ale tak jakby jej nie było. To rodzaj „pustej obecności”; bohaterka tylko pozornie pozostawia po sobie „dowody na istnienie” w postaci obierków czy zabrudzonej szklanki. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to na najbardziej wciągających z seansów, n’est-ce pas?
Protagonistka arcydzieła Chantal Akerman jest z jednej strony stłamszona rygorem i kształtem formy filmowej, z drugiej zaś (paradoksalnie!) – jej wizerunek zostaje uwolniony z dziejowo-genderowej sztampy. To, w jaki sposób możemy patrzeć na tę kobietę (matkę, wdowę, gospodynię domową…) i studiować jej ruchy, jest tak odległe od dominujących parametrów tzw. kina stylu zerowego, że aż uwalniające dla naszej percepcji.
Niezwykłość filmu belgijskiej twórczyni polega na tym, że uzyskana przy zastosowaniu minimum środków formalnych rejestracja codzienności wdowy zamienia się na naszych oczach – nieśpiesznie, beznamiętnie – w „egzystencjalny thriller”. Czas jest właściwie jednym z bohaterów dramatu; jednym z oprawców Jeanne. Wzorcowo wykonywane przez Jeanne czynności domowe mogłyby trwać w nieskończoność, ale i tak nie są w stanie nadać właściwego ciężaru życiu kobiety. Na powierzchni wszystko wydaje się gładkie i lśniące, choć tak naprawdę podskórnie drży. Czas – zarówno ten, w którym przyszło jej żyć, jak i ten odmierzany z minuty na minutę – nie jest dla Jeanne litościwy. Czy bohaterka może jednak stać się jego panią? Czy „symbolicznym zwycięstwem” Jeanne nie jest w gruncie rzeczy to, że my też stajemy się również zakładnikami jej milczenia i tajemnic?

