Kadr z filmu Moja kolacja z André fot. Collection Christophel/AFP/East News
Kadr z filmu Moja kolacja z André fot. Collection Christophel/AFP/East News
Diana Dąbrowska październik 2025

Przyjemność z jedzenia i rozmowy

Jeden z najbardziej cenionych krytyków w historii X Muzy, Rogert Ebert, wyznał: „Ktoś zapytał mnie kiedyś, czy potrafiłbym wymienić film, który byłby całkowicie pozbawiony klisz”

Artykuł z numeru

Między słowami. Jak budować głębsze relacje

Między słowami. Jak budować głębsze relacje

„Zastanowiłem się przez chwilę, po czym odpowiedziałem: Moja kolacja z André”.

Film ten rozgrywa się właściwie przy jednym elegancko zastawionym stole. Dwójka artystów spotyka się po latach na tytułową kolację w Café des Artistes na Manhattanie. Z narracji jednego z nich wynika, że panowie byli kiedyś ze sobą blisko zaprzyjaźnieni, ale z czasem ich drogi się rozeszły. Choć trudno zrozumieć, jaki jest właściwie cel tego spotkania, staje się ono z pewnością szansą na nadrobienie zaległości, konfrontację swoich poglądów na wiele życiowych spraw i skosztowanie smacznych dań.

Scenariusz Mojej kolacji z André (1981) zrodził się z licznych rozmów reżysera teatralnego André Gregory’ego i dramaturga Wallace’a Shawna. I choć Gregory i Shawn występują w dziele Louisa Malle’a pod własnym nazwiskiem i we własnej osobie, nie mamy tutaj do czynienia z filmowym dokumentem; wspomniani twórcy proponują widzom rodzaj satyrycznej, a chwilami wręcz karykaturalnej, wariacji na swój temat. Moja kolacja… rozpoczyna się zresztą od niechęci Shawna, który wprost deklaruje, że najchętniej zostałby w domu ze swoją dziewczyną. Mężczyzna przechodzi kryzys zawodowy i ostatnie, czego potrzebuje, to wieczór wspólnie spędzony z roz­entuzjazmowanym, zanurzonym w mistycyzmie reżyserem teatralnym…

Rzeczywiście, dwaj bohaterowie tej historii zostają znacząco ze sobą skonfrontowani. André ma w sobie coś z „kapłana w ekstazie”, który rozpływa się w wygłaszanych przez siebie litaniach o wielkości Jerzego Grotowskiego czy zwyczajach tybetańskich mnichów. Wallace jest zdecydowanie bardziej pragmatyczny i wyciszony, stara się stawiać przecinki i kropki, domykać wątki.

Seans filmu Malle’a zdaje się doskonale korespondować ze słynnym „dyskursem miłos­­nym” Rolanda Barthes’a. Wywody, a chwilami wręcz monologi, André są pełne meandrycznych i malowniczych dygresji, nieoczekiwanych zestawień i pauz. Obraz tej konwersacji nie jest jednolity – częstej zmianie ulega tempo, kompozycja, zestaw tematów. A z pewnością nie rządzi tą rozmową „żelazna logika”, która zakładałaby jakąś kontrolę nad sensem i dramaturgią tego, co dzieje się i mówi przy stole. To tak jakby szczególnie André nie chodziło o spektakularną puentę czy wygraną na argumenty, ale o sam akt mówienia, wyrażania siebie i swojego światopoglądu za pomocą dobieranych przez siebie słów, asocjacji. Pozycja Wallace’a jako interlokutora również ulega znaczącej modyfikacji podczas tytułowej kolacji – aktywność bohatera przestaje się opierać wyłącznie na słuchaniu, przerywaniu czy wzruszaniu ramionami. W bohaterze rodzi się głód szczerej, coraz mniej opartej na kliszach i skostniałych kodach, konwersacji. André od samego początku tytułowej kolacji czerpie przyjemność z rozmowy, w Wallasie ona rodzi się zaś na naszych oczach

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się