Zauważyłem, że słowo „człowiek” w tytułach Twoich prac pojawia się równie rzadko jak słowo „Bóg”. Czyżbyś wobec tej problematyki także odczuwał pewną rezerwę?
Gdy zadałeś mi to pytanie, uświadomiłem sobie, że rzeczywiście tak jest. Może nawet jeszcze silniej, niż gdy chodzi o Boga. I myślę, że są dwa powody.
Jeden jest, powiedzmy, doktrynalny: chciałbym, żeby filozofia była w miarę ścisła i połączona z nauką. A odnoszę wrażenie, że problem człowieka w filozofii jest tak podejmowany, iż mamy do czynienia raczej z ideologią niż z filozofią. To widać np. w filozofii chrześcijańskiej: ukrytym motywem – zresztą ukrytym nie całkiem – jest tu chęć dostarczenia ludziom jakiegoś oparcia. Nie powiem, że to jest coś złego, ale to nie ma posmaku ścisłej filozofii i dlatego ja dosyć niechętnie zabieram głos w tych sprawach. Wolę o człowieku mówić wprost w kazaniach, bo wtedy nie muszę tego ubierać w szaty filozoficzne.
Zresztą dotyczy to nie tylko filozofii chrześcijańskiej, ale filozofii w ogóle. Powiem o tym, bardzo rzecz upraszczając. Gdzieś tak od oświecenia francuskiego w filozofii zaczęto czcić rozum. Trzeba było czymś „zastąpić” Pana Boga i najpierw postawiono na rozum, a potem na człowieka jako takiego. Każdy system społeczny musi mieć jakąś podstawę ideologiczną. W demokracji liberalnej tą podstawą jest człowiek. Człowiek stał się ideologią – i dobrze, że tak jest, bo musi być jakaś podstawa dla rozmaitych wartości. Ale to nie jest taka filozofia, jakiej ja bym chciał.
A drugi powód?
On jest trochę związany z pierwszym: bardzo trudno jest obecnie stworzyć filozofię człowieka, która byłaby przekonująca.
Spełniała wymagania ścisłości, także naukowej?
Nie potrafię tych wymagań sformułować tak ad hoc, w punktach. Ale czuję, że to powinna być solidna filozofia – a nie jest. Bo z jednej strony jest ta presja ideologii, a z drugiej – nauki o człowieku poszły tak daleko i w tak różnych kierunkach, że jeden człowiek nie jest w stanie tego ogarnąć i wyciągnąć właściwych wniosków. Każda z tych nauk bada inny aspekt…
…i bardzo trudno złożyć tę wiedzę w całość.
Kiedy studiowałem na KUL-u, przyjechał tam z wykładem o czasie Roman Ingarden. Nie przypomnę sobie już szczegółów jego wykładu, ale pamiętam końcówkę, bo zrobiła na mnie wrażenie. Ingarden przedstawił rozmaite aspekty myślenia o czasie, odwołując się również do tego, co na ten temat mówi nauka, a na końcu wysnuł następujący wniosek: nauka nie powiedziała jeszcze na ten temat ostatniego słowa, dlatego jest za wcześnie, żeby robić porządną filozofię czasu. I to mi się bardzo spodobało, bo filozofom rzadko się zdarza sformułować wniosek tak oszczędny.
I ostrożny.
Myślę, że to samo dotyczy filozofii człowieka. Z jednym zastrzeżeniem: że nie wiadomo, czy w ogóle takiej filozofii się doczekamy. Bo te trudności będą się raczej pogłębiały: wiedza będzie szła coraz dalej i będzie coraz bardziej rozdrobniona.

