Kadr z filmu „Chora na siebie" fot. Kristoffer Borgli/Oslo Pictures/Aurora Films
Diana Dąbrowska styczeń 2025

Głód widzialności

Dramat bohaterki Chorej na siebie (2022) polega na świadomości, że funkcjonuje po „złej stronie spojrzenia”. Signe przygląda się odnoszącemu sukcesy chłopakowi artyście, znajomym, ludziom z gazet. Na nią nie patrzy nikt.

Artykuł z numeru

Granice naszej prywatności

Granice naszej prywatności

Czytaj także

Agata Pyzik

Czy artystom wolno więcej?

Signe (Kristine Kujath Thorp) ciągle brakuje tego „czegoś”, co pozwalałoby zatrzymać na sobie wzrok otoczenia na dłużej. Aby tę uwagę ściągnąć, dziewczyna zaczyna manipulować faktami ze swojego życia. Zaczyna się to dość niewinnie: od wzmianki, że ma alergię pokarmową (kiedy de facto na nią nie choruje), która sprawia, że w kuchni trzeba przygotować danie specjalnie dla niej, a każdy przy stole komentuje jej sytuację. Od perwersyjnego uczucia przyjemności, kiedy wraca do domu w pobrudzonej krwią koszuli, po tym jak pomogła w kawiarni rannej osobie – przypadkowi ludzie zatrzymują bohaterkę na ulicy, pytając zmartwieni, czy wszystko w porządku.

Ten „głód widzialności” ciężko jednak nasycić. Przełomowym momentem w satyrze Kristoffera Borgliego okazuje się odkrycie przez Signe rosyjskiego leku (oczywiście uznanego za nielegalny w Norwegii), którego skutki uboczne powodują potworne zniekształcenia skóry. Dla człowieka, który cierpi z powodu własnej „zwykłości”, tego rodzaju przypadłość okazuje się lekiem na całe zło. Ciało dziewczyny przemienia się w „spektakularny kontent”, który nie zostawia nikogo obojętnym.

Selfie w bandażach? Zdjęcia z kroplówką? Wywiady? Kampania reklamowa z jej pełną skaz i blizn twarzą w roli głównej? Teraz każdy pragnie wysłuchać jej dramatycznych zwierzeń.

W Chorej na siebie mamy do czynienia ze zjawiskiem „samowywłaszczenia z prywatności”. Osobiste – w tym niezwykle bolesne i wstydliwe – doświadczenie Signe przestaje być czymś intymnym, staje się zaś surowcem, który można przerobić na kliknięcia, współczucie, prestiż, a jak dobrze pójdzie, to nawet na modową kampanię o „różnorodności ciał” (kapitalizacji szeroko pojętej inkluzywności też się w filmie Borgliego obrywa). Rzecz w tym, że opisywana transakcja nie ma klauzuli zwrotu. Raz puszczonej w świat historii nie da się „odzobaczyć”, a utrzymanie wystarczającego dla bohaterki poczucia atencji będzie wymagało dalszego przekraczania granic. Kiedy już nawet ciało zaczyna się buntować, logika uzależnienia od widzialności jest jeszcze bardziej bezlitosna: jedynym sposobem, żeby uciszyć lęk, jest dostarczenie sobie jeszcze więcej spojrzeń, a tym samym zrobienie sobie jeszcze większej krzywdy. Ten styl nadzoru nie potrzebuje już postaci kata, a najskuteczniejszym więzieniem okazuje się to, do którego wchodzimy dobrowolnie.

Mitologiczny Narcyz i protagonistka Chorej na siebie spotykają się w punkcie, który Jacques Lacan zwykł określać mianem jouissance – szczególną, nadmiarową rozkoszą związaną z własnym obrazem. To coś, co wykracza poza komfort, a nawet zdrowy rozsądek. Kiedy Lacan pisze, że jouissance jest narcystyczna, to opisuje właśnie taką sytuację, w której jednostka jest gotowa cierpieć, byle tylko utrzymać lub zintensyfikować pewien sposób widzenia siebie. Na tym tle Signe jawi się jak „Narcyz epoki Instagrama”. Ona nie tylko pragnie być widziana – pragnie być widziana w określony sposób: jako ta najbardziej poszkodowana, najbardziej ekstremalna, „wyjątkowa w swoim cierpieniu”. Im więcej bólu, blizn i upokorzeń, tym bardziej „gęsta” staje się historia, którą Signe może o sobie opowiadać. Mitologiczny Narcyz umiera, bo nie potrafi oderwać wzroku od własnego odbicia; współczesny Narcyz nie musi nawet pochylać się nad taflą wody – swoje lustro nieustannie nosi w kieszeni.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się