fot. archiwum własne autora
Filip Springer lipiec-sierpień 2021

Kac

Taki zielony. Trudno z nim żyć, bez niego jeszcze trudniej.

Artykuł z numeru

Sztuka zachwytu

Czytaj także

Janusz Poniewierski

„Ogon” zaproszony na synod biskupów?

Pod spożywczym spotkałem sąsiada.

– Coś trzeba z tym zrobić – mówił przejęty – bo to nie może tak dłużej być. Im zmienili tę posadzkę, a w naszym bloku… Dziś zebranie wspólnoty, będziemy to głosować…

– Ta nasza jest ciągle dobra – rzuciłem, nie wiedząc, że wciagam go w pułapkę. A to przecież nie była jego wina. Chciał dobrze. Komu się, na Boga, chce na te spotkania chodzić? A on tam jest zawsze i zgłasza usprawnienia. I ja to bardzo szanuję, nawet jeśli się z tymi usprawnieniami nie zgadzam. Ale tego konkretnego dnia odpowiedzieć mu to było wciągnąć go w pułapkę stuporu. No więc posadzka. Zaraz jednak przeszedł do tematu bramy do garażu:

– Te piloty, co nam je dali, one działają z opóźnieniem. To irytujące…

Kłoda piastunka – odpłynąłem myślami – przewraca się pod naporem wiatru lub czasu i tak już zostaje. Na niej wysiewają się inne drzewa. Dlatego czasem, idąc przez puszczę, można zobaczyć ich kilka rosnących w idealnym rzędzie, jakby zasadzonych ręką człowieka.

– … no i wystarczyłoby wezwać kogoś z serwisu tych bram, żeby to wyregulowali. I już takich opóźnień, rozumiesz, nie będzie…

Ale czasami drzewa nie wyrastają na leżącym pniu, tylko ustawiają się po obu jego stronach. Wtedy powstaje szpaler, i to wygląda jeszcze bardziej ludzko. A ludzkie nie jest.

– … i kolejna rzecz: fugi między płytkami na klatce schodowej, to już chyba czwarty kolor…

A ten świerk, o tutaj – mówił nam Michał, kładąc dłoń na chropowatym pniu – jest ważny, bo zacienia ten grab. A na grabie urządził się pewien rzadki porost. Nosiłem więc temu świerkowi wodę, ze sto litrów mu tam wlałem. Żeby przeżył, a z nim ten tutaj obywatel – i pokazywał palcem sinozieloną plamkę na grabowym pniu.

– … i może jednak byłoby warto jakoś to ujednolicić. Te fugi. Filip?

Twarz za szybą. Widziałem go, ale ledwo słyszałem. Zastanawiałem się nawet, czy mu (sobie?) w tę szybę nie zapukać. Zrobiłbym przepraszającą minę, jak to się robiło w pandemii na zoomach, gdy był obraz, lecz nie było dźwięku. Ta mina mówi: „Przepraszam, ale coś nie działa. Włączę i wyłączę”. Uraczyłbym go nią, pomachał na pożegnanie, a później ujął w dłoń tę małą łapkę, która gdzieś tam na mnie w dole czeka cierpliwie. I poszlibyśmy sobie, ja i syn, w naszą małą sekretną stronę. A stopy stawialibyśmy cicho, tak żeby nie zwracać na siebie uwagi.

– Filip? – dobiegło jednak zza szyby przytłumione wezwanie. – To zebranie zaczyna się o osiemnastej i…

Tak, ewidentnie miałem kaca. Ale to był taki dobry kac, zielony. Dawno mi się już nie przytrafił.

Właściwie to mogłem się go spodziewać. Poprzednie trzy dni spędziłem w Puszczy Białowieskiej, po miękkim chodziłem, po mokrym. Kląskało mi to pod butem, mięsiło, szeleściło i chrupało. A potem już w domu znów było jak kiedyś, gdy wracałem z obozu i nie mogłem przywyknąć do tego, że sufit nad głową nie faluje od wiatru tak, jak falował brezent w przeżartej kurzem „dziesiątce” rozstawionej na stalowych masztach. To zdziwienie to był kac, który właśnie nadchodził.

Na szczęście inni też go mieli. Bo sam w tej puszczy nie byłem, tylko w stadzie. Pisaliśmy sobie teraz pocieszające wiadomości:

„Po spotkaniu tylu drzew czuję się trochę jak Ent i wszystko dziś wydaje mi się zbyt POCHOPNE – pisała Ewa. – Nawet opisanie tego, co się w tej Puszczy wydarzyło”.

Mam w butach mech, a w głowie kisiel – dodawała Dorota. – Od trzech godzin próbuję zejść do sklepu po mleko, od sześciu – wysłać jednego maila. Poniedziałek jeszcze nigdy nie był tak bardzo poniedziałkiem”.

Michał Książek, który nas po tej puszczy prowadził (doprawdy, trudno znaleźć sobie lepszego przewodnika), jeszcze przed naszym przyjazdem powiedział mi przez telefon:

– A czy ja mam mówić tylko o tym, że tam jest pięknie? Bo często, broniąc puszczy, musimy używać argumentów tej drugiej strony, że ona jest cenna, że jest jedyna, że taka różnorodna i jak bardzo. Jakby, kurwa, nie wystarczał ten jeden, że ona jest po prostu piękna.

Nam to wystarczało. Ale za to się płaci cenę. Wraca się do miasta, idzie po syna do przedszkola, a potem zgrzeszyć z nim lodami śmietankowymi w spożywczaku przy osiedlu. I tam się spotyka sąsiada. I on zaczyna o tej posadzce, pilotach i fugach. Chce dobrze, chce, jak umie. Ale ty masz kisiel z mózgu, mech w butach więc mówisz mu:

– Wiesz co, nie umiem ci odpowiedzieć dzisiaj tak, żeby to chociaż zabrzmiało poważnie.

I robisz tę minę z Zooma, w którym wysiadła fonia, a potem odchodzisz zły na siebie, bo nie chciałeś być niemiły. Idziesz więc i trzymasz się tej małej łapki w dole, tylko ona sprawia, że jeszcze trzymasz się jakoś na nogach.

Kup numer