70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. archiwum własne autora

Nieucieczka

Widok czarnych maszyn mknących znikąd donikąd z nieludzkim hałasem nad czarną wodą był bez wątpienia najstraszniejszym obrazem, jaki został mu z czasu pandemii.

Za miasteczkiem zaczęły się serpentyny. Rost oparł głowę o zagłówek fotela, odetchnął głęboko i dodał gazu. Wiedział, że czeka go teraz 20 min mozolnej jazdy pod górę. Silnik wszedł na wyższe obroty. Kajetan planował, że na przełęczy zatrzyma się na chwilę, zje kanapkę, wypije kawę i jak zawsze popatrzy na kotlinę. Lubił to miejsce. Był w nim dziesiątki razy, a za każdym następnym odkrywał w pejzażu coś nowego.

Skończyły się pola i łąki, droga zagłębiła się teraz w wysoki świerkowy las. Był gęsty i ciemny. Słońce gdzieś się schowało i Rost przez otwarte okno samochodu poczuł wilgotny powiew. Wciągnął go w nozdrza. A potem pomyślał, że byłoby fatalnie, gdyby kiedyś się do tego zapachu przyzwyczaił.

Decyzję podjęli kilka tygodni wcześniej, gdy epidemia przeszła już w stan pełzającej, a ludzie przestali się bać. Zdjęto najostrzejsze ograniczenia, z tamtego czasu Rostowi zostało jedynie mgliste wspomnienie strachu i widok dwóch czarnych wojskowych helikopterów lecących pewnego dnia nisko nad rzeką. Jego syn był ogromnie uradowany tym widokiem. Mimo twardego lockdownu wymknęli się wtedy nad rzekę. Przemykali bocznymi ścieżkami, próbując uniknąć policyjnych patroli, aż w końcu znaleźli się w miejscu, do którego zwykle przyjeżdżali zjeść rurki z kremem. Było zamknięte, ale to właśnie stamtąd zobaczyli te dwa śmigłowce. Mały klaskał w rączki z przejęciem, a Rost patrzył z przerażeniem graniczącym z paniką. Nie mógł sobie na nią pozwolić ze względu na syna, ale w tamtym momencie był jej zdecydowanie najbliżej. Widok czarnych maszyn mknących znikąd donikąd z nieludzkim hałasem nad czarną wodą był bez wątpienia najstraszniejszym obrazem, jaki został mu z czasu pandemii.

Ale decyzję podjęli później, gdy największy strach już minął.

Otwarto sklepy, restauracje, nawet kina i teatry. Na ulicach pojawili się ludzie. Tłumy ludzi. Codziennie raportowano o kilkuset nowych przypadkach, kolejnych kilkanaście osób po prostu umierało. Świat dookoła Rosta postanowił przejść nad tym do porządku dziennego. Postanowił zamknąć oczy.

Dlatego postanowili wyjechać. Rozmawiali o tym długo w nocy, przy kuchennym stole. Opróżnili przy tej rozmowie prawie dwie butelki. Dlatego postanowili wyjechać. Rozmawiali o tym długo w nocy, przy kuchennym stole. Opróżnili przy tej rozmowie prawie dwie butelki wina. Dzień później zaczęli się pakować, a mieszkanie, w którym spędzili całe swoje wspólne życie, wystawili do wynajmu. Chętni znaleźli się dość szybko. W dwa tygodnie udało im się zwinąć większość swojego życia. Gdy znów usiedli któregoś wieczora przy winie, pośród spakowanych i opisanych pudeł, byli wręcz zdziwieni, że poszło to tak szybko.

Na przełęczy była mgła, Rost pomyślał, że to może nawet lepiej. Zatrzymał auto na przydrożnym parkingu. Były tu drewniana wiata i kilka ławek ustawionych tak, by można było podziwiać widoki. Teraz można było z nich oglądać jedynie skłębioną szarość i śmieci walające się po całej okolicy. Kajetan usiadł więc na masce rozgrzanego auta i zaczął jeść. Dookoła było niemal idealnie cicho, jedynie gdzieś tam z dołu od czasu do czas dobiegało go ujadanie psa.

Potem ruszył dalej. Po godzinie był na miejscu. Dom stał na skraju wsi. Przylegał do niego spłachetek pola i sad. Rost uśmiechnął się na jego widok. To powinno być stare ceglane poniemieckie domiszcze z historią zapieczoną w ścianach. A był to bardziej niż banalny prostopadłościan z epoki późnego Gierka. Należał do stryja jego żony. A potem do jej kuzynów, zanim wszyscy wyjechali za pracą do Belgii. Od kilku lat stał pusty.

Kajetan zatrzymał samochód na podjeździe do garażu. Wyłączył silnik i otworzył drzwi. Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę na zewnątrz, a potem sięgnął po telefon.

– Jestem na miejscu – powiedział do słuchawki – nie, wszystko w porządku. Chyba się położę, jestem trochę zmęczony. Jutro rozpakuję auto, dziś już nie mam na to siły.

Rozłączył się, posiedział jeszcze chwilę w milczeniu, a potem wysiadł z auta i obszedł dom. Minął studnię i stertę drewna czekającego od kilku lat na porąbanie. Miejscami obrosło już mchem i małymi roślinami. Gdy znalazł się w sadzie, poczuł spokój. Usiadł pod jednym z drzew, wyjął swój dziennik i napisał:

„Pięć lat, nie więcej, aż się wszystkiego nauczymy. Bo nie wiemy, jak co siać, jak dbać, kiedy zbierać. Nic nie wiemy, tylko zachwycać się potrafimy. To dużo, ale to później nie wystarczy. Mamy tu sad, pole, studnię, las. Mamy szansę poczuć, jak to jest od tego wszystkiego zależeć. To nie jest ucieczka, to jest przygotowanie do niej”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter