fot. archiwum własne autora
Filip Springer marzec 2021

Zabójstwo w Lindendorfie

Od jakiegoś czasu sprawdzam, jak to jest poruszać się w przestrzeni tylko za pomocą starych map.

Artykuł z numeru

Michał Heller. Pytanie o Boga i ateizm

Czytaj także

Jakub Kornhauser

Mikrowyprawy jako sposób na życie

W internecie jest ich pełno, wystarczy dobrze poszukać i można znaleźć nawet takie z początku XIX w. Drukuję je sobie albo ściągam na telefon i używam czasem zamiast nawigacji. Lubię myśleć, że tylko dlatego tam trafiłem – skorzystałem wtedy z  Messtischblatt w  skali 1:25 000 z 1902 r. Od kilku dni snułem się po okolicy ścieżkami Ernsta Wiecherta – piewcy Mazur. Nad jezioro Majcz Wielki (Maitz See) pojechałem, żeby zobaczyć grób jego żony. Nazywała się Meta Wiechert, ale z domu była Mittelstädt. Popełniła samobójstwo w 1929 r. Pochowali ją nad samą wodą, nieopodal nadleśnictwa Strzałowo (Pfeilswalde). Postałem tam chwilę, a ponieważ na plaży obok trwała jakaś impreza, szybko ruszyłem więc z powrotem, w stronę domu. Z przyzwyczajenia pojechałbym pewnie starym duktem na zachód i kilkaset metrów przed Pieckami (Peitschendorf) odbił na północ. Tak podpowiedziałaby mi nawigacja. Ale na szczęście miałem ze sobą tę starą mapę. Dzięki temu zobaczyłem drogę przez Lipowo (Lindendorf).

Mam kilka takich miejsc. Gdzieś tam w głębi duszy wierzę, że to ja je odkryłem. Wiem, jak to brzmi.

Na przykład Kłomino. Było lato 1997 r., obóz harcerski w Ptuszy. Wyrwaliśmy się z zastępem na trzydniową wyprawę rowerową po okolicy. Teraz patrzę na Mapy Google i widzę, że to musiało być gdzieś za Sypniewem. Spadł mi łańcuch, ciągle mi tam spadał. Powiedziałem chłopakom, żeby jechali, a ja ich zaraz dogonię. Ale tym razem jakoś gorzej mi z tym poszło, coś tam się zaklinowało, coś nie chciało wskoczyć. Depnąłem ile sił w nogach, ale ciągle nie mogłem ich dogonić. I wtedy dojechałem do tego rozdroża. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zjechać z asfaltu. Pamiętam drogę w dół i że robiło się coraz zimniej. Chwilę później z rozdziawioną paszczą stałem już między opuszczonymi blokami, patrzyłem na poprzerastane zielskiem place zabaw i całkiem poważnie zastanawiałem się, co zaraz wyskoczy z tych ruin i mnie tam zeżre. Rosjanie opuścili to miejsce zaledwie pięć lat wcześniej. W przeciwieństwie do Bornego Sulinowa, położonego 10 km na północ, Kłomino nigdy nie zostało zasiedlone. Przez wiele lat można tam było horrory kręcić, potem to była ulubiona miejscówka miłośników eksploracji i teorii spiskowych. Ja nigdy więcej się już nim nie interesowałem. Wolałem, żeby zostało dla mnie takim, jakie je wtedy zastałem. Nawet nie opowiadałem o nim zbyt dużo chłopakom. Gdy znalazłem ich w końcu (w Nadarzycach nad zalewem), wyjaśniłem, że przejechałem przez opuszczoną wioskę.

No więc z Lipowem miałem tak samo. Nie było opuszczone, ale to ja je odkryłem. Droga z nadleśnictwa Strzałowo poprowadziła mnie przez wilgotny las. Był gęsty i tak wysoki, że trzymając się dolnych uchwytów kierownicy, nie widziałem czubków drzew. Potem były asfalt, górka, mały podjazd i Lipowo. Łagodne pagóry, las na horyzoncie z każdej strony i stare chałupy rozrzucone swobodnie między tym wszystkim. Nie mogłem uwierzyć, że takie miejsca jeszcze istnieją. Przecież wszędzie dookoła trwa tam inwazja, budowlany najazd. A teraz, gdy pandemia zmusiła nas do siedzenia w kraju, ten najazd przybiera na sile. Się buduje, się inwestuje. Gminy aż zacierają łapki. Krajobraz wyje. A jednak Lipowo jakoś się w tym ostało. To było jedyne miejsce na całej mojej trasie, które wyglądało tak, jak je sobie wyobrażałem dzięki tej archiwalnej mapie. Mimo że ja akurat wyobrażałem sobie, iż ono tkwi w jakimś listopadzie, a przecież dotarłem tam w samym środku skwierczącego lipca. Nic jednak nie poradzę na to, że te poniemieckie krajobrazy lepiej mi siedzą w wyobraźni pod ciężkim listopadowym niebem. I tylko jedna rzecz była tam z teraźniejszości. Na płotach kilku obejść wisiały banery z hasłem: „Nie dla masztu Play w Lipowie”.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Gdyby nie ten maszt, nigdy bym o tym miejscu tu nie napisał. Zostawiłbym je dla siebie i starannie chronił. Ale ten maszt tam stanął. Na filmie z początku stycznia widzę mieszkańców w jaskrawych kamizelkach własnymi ciałami blokujących wjazd wielkiego dźwigu i policjantów, którzy siłą ich odciągają. W oddali leży już gotowa do montażu wielka kratownicowa wieża. Wiem, co się dzieje dalej, już nie muszę patrzeć. Wyobrażam sobie srebrną igłę wbijającą się nie tyle w to miejsce, ile w moją w źrenicę. A potem sięgam do szuflady i wyjmuję tamtą mapę z 1902 r. Starannie drę ją na kawałki i wyrzucam do kosza. Bo Lindedorfu już nie ma.

Kup numer