fot. archiwum własne autora
Filip Springer październik 2020

Pamięć mięśniowa

Jadąc, pomyślałem, że to samo, co spotkało mnie ze scyzorykiem, dotyczy też dotykania pejzażu. Gdy wsiadam na rower i przemierzam jakąś trasę po raz pierwszy, w moich mięśniach i na powierzchni mojej skóry zapisuje się jej pierwsze doznanie.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

Filip Springer

Do końca asfaltu

Któregoś dnia pojechaliśmy z K. do sklepu, żeby go kupić. Miał być nasz wspólny. Oczywiście musiał być czerwony. K. miał wtedy trzy lata, ale dokładnie wypytał sprzedawcę o wszystkie funkcje, a potem dokonał świadomego wyboru. Pierwszy scyzoryk ojca i syna to jest poważna sprawa. Teraz często, gdy gdzieś razem wychodzimy, pyta, czy zabrałem NASZ scyzoryk. Mam go zawsze ze sobą. Jest dla mnie bardzo ważny. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym go zgubić. Ale nie działa tak jak tamten.

Dopiero niedawno sobie to uświadomiłem, w drodze do Giżycka. Za Rynem zjechałem nad jezioro Ołów, zostawiłem rower przy ścieżce i zszedłem na pomost, żeby chwilę odpocząć. Jakiś wędkarz zostawił tam czerwony Victorinox, taki ze srebrną rybką na rękojeści. Wziąłem go do ręki i wszystko mi wtedy wróciło. Miałem może 10 lat. Był deszczowy dzień, szliśmy Plantami. W trawie dojrzałem banknot. A potem drugi i trzeci. Komuś musiał wypaść z kieszeni zwitek dwudziestek, wiatr go rozsupłał. Banknoty były mokre i sfatygowane. Rodzice pozwolili mi je zatrzymać. Wyprostowałem je i wysuszyłem, a mój kapitał powiększył się o trzykrotność kieszonkowego.

Nocowaliśmy wtedy u ciotki, która mieszkała obok sklepu Victorinoxa w Nowej Hucie. Mieli tam chyba wszystkie dostępne modele scyzoryków. Codziennie musiałem spędzić kilka minut przed wystawą, żeby je obejrzeć. Miałem też firmowy katalog, który kartkowałem każdego wieczora przed snem. Taki scyzoryk był wtedy kompletnie poza moim zasięgiem, kosztował majątek. Ale tamtego dnia, gdy otwieraliśmy drzwi tego sklepu, miałem w kieszeni trzy banknoty wysuszone między stronami Pana Samochodzika. I przekonanie, że jest tylko jeden dobry sposób, aby je wydać.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Wybrałem taki mniejszy, z czerwoną, ale matowioną rączką, bo sprzedawca powiedział, że takie się mniej rysują. Miał dwa ostrza, szydło, otwieracz do konserw, korkociąg, małe nożyczki i piłę. Tę ostatnią oczywiście natychmiast wypróbowałem na politurowanej meblościance ciotki. Ciotka zachowała spokój – w czasie wojny była w partyzantce, walczyła z Niemcami, musiała kiedyś przepłynąć Dunajec wpław przy dwudziestostopniowym mrozie – takie rzeczy jak zarysowana meblościanka nie robiły na niej wrażenia. Żadna z funkcji tamtego scyzoryka, nawet piła, nie powodowała we mnie jednak takiej ekscytacji jak to jego stanowcze ciążenie w dłoni. Zamykała się w tym uczuciu potencjalność wszystkich przygód i wypraw, które mieliśmy razem przeżyć.

Czytaj także

Do końca asfaltu

Miałem go kilka lat, zniknął z mojego życia na jednym z obozów harcerskich. Okazało się, że ukradł mi go kolega z zastępu. Jego rodzice po obozie znaleźli u niego w plecaku masę rzeczy wykradzionych innym dzieciom. Przyznał się, że zabrał też ten mój scyzoryk, ale wrzucił go do jeziora. To nie jest najgorszy los scyzoryka – skończyć na dnie jeziora.

Wszystko to przypomniało mi się, gdy wziąłem do ręki scyzoryk pozostawiony przez wędkarza na mazurskim pomoście. Był większy i grubszy niż ten mój pierwszy. Ale ja też jestem dziś większy i grubszy. Dzięki temu ten teraz ciążył mi w dłoni zupełnie jak tamten wtedy. Mięśnie zareagowały identycznie, palce zacisnęły się na czerwonej rękojeści, uruchomiło się zapisane w tym odczuciu wspomnienie – rodzaj na wskroś cielesnej pamięci, która jednym szarpnięciem przeniosła mnie w czasie i przestrzeni.

Potem ruszyłem dalej. Jadąc, pomyślałem, że to samo, co spotkało mnie ze scyzorykiem, dotyczy też dotykania pejzażu. Gdy wsiadam na rower i przemierzam jakąś trasę po raz pierwszy, w moich mięśniach i na powierzchni mojej skóry zapisuje się jej pierwsze doznanie. Piekące w udach i płucach podjazdy, jak ten pod Sattelbauer w Austrii, i szybkie zjazdy – choćby z Miedzianki do Janowic Wielkich, kiedy palce mimowolnie zaciskają się mocniej na kierownicy i trzeba mrużyć oczy od wiatru. Albo płynność i lekkość rytmicznego pokonywania niewielkich wzniesień na tej drodze wzdłuż Bobru, która z Jeleniej Góry prowadzi w samo serce Rudaw.

W takich miejscach po kilku kilometrach dopada mnie uruchomione przez mięśniową pamięć uczucie, ale to nie ja przenoszę się w czasie do tamtego dnia, gdy pokonywałem tę trasę po raz pierwszy, tylko zjawia się obok mnie ktoś jeszcze – ja z wtedy.  Bo „czy nie można sobie wyobrazić (…) – mówił sebaldowski Austerlitz – że mamy umówione spotkania także w przeszłości, w tym, co już było i po większej części przeminęło, i mamy tam odszukać miejsca i osoby, które, niejako poza czasem, pozostają z nami w jakimś związku?”.

Kup numer