70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dziennik Kairosu: cmd.exe

– Cmd kropka exe – powiedział tamten z kwaśnym uśmiechem. Słowa te wyrwały Rosta z zamyślenia. Zadzwonili po pomoc pół godziny wcześniej, dyspozytor poinformował ich, że do zwykłego zwichnięcia nie będą wysyłać śmigłowca. „Przyjadą ratownicy na quadzie – usłyszał Kajetan w słuchawce – proszę zostać z poszkodowanym”.

Rost nigdzie się nie wybierał. Wymienili kilka kurtuazyjnych uwag, potem już siedzieli pośrodku górskiego odludzia w ciszy.

– Proszę? – zapytał Rost.

– Cmd kropka exe – powtórzył mężczyzna – miał pan informatykę w szkole?

– Zeszytową.– Kajetan przypomniał sobie, jak wpatrzona w ekran jedynego w sali komputera nauczycielka dyktowała im do zeszytów kolejne działania prowadzące do uruchomienia edytora tekstów.

– Uczę w technikum – wyjaśnił tamten – cmd kropka exe to program otwierający tekstowe okno kontroli. Wie pan, taki czarny ekran, na którym się wpisuje kolejne komendy w Windowsach. Prawdziwa twarz systemu, na co dzień ukryta za tymi estetycznymi okienkami i ikonami. Zawsze gdy pokazuję to uczniom po raz pierwszy, są rozczarowani, niektórzy wręcz wystraszeni.

– Wystraszeni? Czym? – Rost nie za bardzo rozumiał.

– Nagle się okazuje, że rzeczywistość, w której żyli – odpowiedział mężczyzna – nie dość, że jest wirtualna, to jeszcze jest jedynie kolorową nakładką na coś tak… prozaicznego.

Rost wiedział, że tu trochę posiedzą. Znał ten szlak. Pierwszy raz był tu w dzieciństwie, jeszcze z ojcem. Rano zostawił żonę wygrzewającą się w jesiennym słońcu na tarasie pensjonatu (mieli umowę: jej noga nie postanie na górskim szlaku, jego na parkiecie). Prognoza zapowiadała słońce przez cały dzień. Właściwie przez cały wrzesień była podobna. Kajetan nie pamiętał już właściwie ostatniego porządnego deszczu, solidnej jesiennej szarugi. Na dobrą sprawę zastanawiał się nawet, czy pakować do plecaka kurtkę przeciwdeszczową.

Pierwsze, co go zdziwiło, to spory zręb, który zaczynał się tuż za ostatnimi zabudowaniami miasteczka. Rost był pewien, że trzy lata temu, gdy był tu po raz ostatni, rósł tam las. Teraz drzewa ułożone w równe sągi czekały już na wywiezienie, a ziemia była zryta przez wielkie harvestery.

Dzięki wycince odsłoniła się nowa panorama, lecz Kajetan nie umiał się nią cieszyć. Poczuł, że coś mu tu odebrano, wbił wzrok w ziemię i ruszył przed siebie.

Pierwsze podejście trwało godzinę. Kajetan przystawał co dwadzieścia minut, by uspokoić kołaczące serce. Wiedział, że to najtrudniejszy odcinek szlaku. I najmniej malowniczy. Gdy wszedł na odpowiednią wysokość, brukowany dukt odskoczył gdzieś trawersem na wschód, a szlak poprowadził Rosta między karłowaciejące świerki. W powietrzu dało się wyczuć igiełki chłodu, zupełnie niezauważalne tam w dole. Dookoła nie było nikogo. Rost szedł dziarsko. Wiedział, że przed nim jeszcze dwie godziny marszu do najbliższego schroniska. Planował w nim udzielić sobie jednorazowej dyspensy na mięso i zjeść kotleta schabowego. Takiego jak jeden z tych, które jedli wtedy z ojcem. Były wielkie jak wiosła i obsługa musiała kłaść ziemniaki na nich, a nie pod nimi. Inaczej nie zmieściłyby się na talerzach.

Na tej wysokości pojawiły się już kępy kosówki. Szlak biegł teraz przetartą w bażynach ścieżką pełną wystających kamieni. Rost pomyślał, że znajduje się w tym momencie najdalej od jakichkolwiek siedzib ludzkich, jak to tylko tego dnia mogło być możliwe. I właśnie wtedy go zobaczył. Mężczyzna leżał w trawie, zaraz przy niewielkiej kładce, którą zbudowano, by turyści nie deptali torfowiska. Podpierał się na łokciach, a jego twarz wykrzywiał grymas bólu. Przez chwilę przyglądali się sobie niepewnie.

– W porządku? – zapytał Rost.

Tamten dźwignął się na łokciach. Był starszy od Kajetana pewnie o 20 lat.
– Obawiam się, że nie – spojrzał na kostkę – dziś już nic ze mnie nie będzie.

Rost zdjął plecak, wyjął butelkę wody. Podał tamtemu.
– Ma pan telefon? Mój nie łapie tu zasięgu.

Komórka Kajetana łapała czeski sygnał. Mogli zadzwonić.Po trzech kwadransach usłyszeli w oddali i gdzieś w dole warkot motoru. Zrozumieli, że to wyczekiwani przez nich goprowcy.

– Tekstowe okno kontroli? – zapytał Rost, bo ciągle jeszcze nie rozumiał, o co chodziło mężczyźnie.

Tamten skinął głową.

– Tak, proszę pana, złudzenia się rozwiewają, maski spadają – powiedział, spoglądając w stronę, z której miała nadciągnąć pomoc – i pan, i ja jesteśmy tu w ramach naszego relaksu, odpoczynku, resetu, kilku chwil oddechu. Niech pan to zresztą nazwie, jak panu wygodnie. Przyjechaliśmy tu w każdym razie po zachwyt, bo ktoś nam wpoił, że żyjemy w kulturze, a do natury tylko czasem wracamy. I że wracamy na naszych warunkach.

Poklepał się delikatnie po skręconej nodze.
– Ale wystarczy taka błahostka na mocno umownym przecież odludziu, żebym poczuł paniczny lęk. Że nikt mnie nie znajdzie, wychłodzę się i umrę. W jednej chwili wszystko, po co tu przyjechałem, te skały, drzewa, niebo, wgląd w odległy pejzaż zacząłem traktować jak wrogów, którzy chcą mnie unicestwić. A to przecież nic innego jak nagie życie. Mocno to trzeźwiące, prawda?


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter