70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dziennik Kairosu: Klatrat, wina i wyobraźnia

Kaj dość szybko też zrozumiał, że w pojedynkę nie ma żadnych szans. Na tę myśl się wzdryga. Nie lubi pracy w grupie, nie jest w tym dobry. W jednej z gazet wyczytał, że aby dokonała się zmiana, musi się w nią zaangażować przynajmniej 3,5% społeczeństwa.

Kajetan Rost szedł ulicą. Na ścianie odrapanej kamienicy zobaczył wymalowane sprayem zdanie. Przystanął i przebiegł wzrokiem po murze: „P L A N E T A B jest na razie poza naszym zasięgiem”.

Nic więcej, tylko kilka słów na spękanym tynku.

Rost nie mógł oderwać od nich oczu. Nagle w tej krótkiej chwili olśnienia uświadomił sobie, że wielkie słowa przestały go ostatnio mierzić: planeta, ludzkość, przyszłość. Każde z nich zaczęło dla niego coś znaczyć, przestało być nieogarnialnym hiperobiektem, a stało się czymś bardzo namacalnym, czymś, co dotyczy jego i jego rodziny.

(Oczywiście zawsze dotyczyło, teraz po prostu to czuł. Być może po raz pierwszy w życiu).

Miał wręcz wrażenie, że te słowa stały się na powrót prawdziwe. Jakby wróciły z krainy abstrakcji do realnego świata.

Są jednak też takie pojęcia, których Rost wcześniej nie znał, a teraz się ich boi. Jednym z nich jest klatrat metanu – substancja zalegająca na oceanicznym dnie.

Chińczycy zdołali ją nawet kiedyś wydobyć i spalić. „Paliwo przyszłości?” – przeczytał Kaj w artykule z czasów, w których jeszcze uchodziło pisać takie rzeczy w poważnych gazetach. Z klatratem jest ten problem, że podgrzewanie mórz powoduje jego rozpad i uwalnianie metanu do atmosfery. A to dla Ziemi wiadomość bardzo zła, bo metan jest o wiele bardziej szkodliwym gazem cieplarnianym niż dwutlenek węgla. Im szybciej podgrzewamy klimat, tym większe ryzyko rozpadu klatratów i rozpoczęcia nieodwracalnej reakcji łańcuchowej, w której na Ziemi stanie się jeszcze cieplej. Ta wizja spędza Kajowi sen z powiek. Fizyczny wręcz ból sprawia mu świadomość własnej niemocy wobec niszczącej siły mechanizmu, który pozostaje poza wszelką ludzką kontrolą.

(Kaj łapie się na tym, że wiara w możliwość kontrolowania wszystkiego jest wręcz fundamentem świata, w którym wyrósł). „Klatrat metanu – zapisał w swoim dzienniku – stanowi doskonałą metaforę całej mojej bezsilności względem tego, co się dzieje”.

Od jakiegoś czasu Kaj próbuje ten stan jakoś przemóc. Zaczął od siebie. Zrezygnował z latania samolotem, ograniczył do minimum jeżdżenie samochodem. Oszczędza wodę i energię, unika plastiku. Na chwilę poczuł iluzję sprawczości. Szybko jednak zrozumiał, że niewiele z tego wynika, może poza poczuciem winy. Uświadomił to sobie pewnego dnia, zamawiając obiad w restauracji. Z neofickim zapałem oświadczył kelnerce, że prosi o coś bezmięsnego.

– Bardzo to wygodne – mruknęła pod nosem.

Rost nie wiedział dokładnie, co miała na myśli, ale po chwili namysłu się z nią zgodził. Uświadomił sobie, że pławiąc się w tym poczuciu indywidualnej winy, sam zwalnia się z tych działań, które wymagają prawdziwych wyrzeczeń. Gdyby naprawdę nie chciał szkodzić planecie, musiałby podjąć decyzje, które zaprowadziłyby go na obrzeża społeczeństwa.

Kaj dość szybko też zrozumiał, że w pojedynkę nie ma żadnych szans. Na tę myśl się wzdryga. Nie lubi pracy w grupie, nie jest w tym dobry. W jednej z gazet wyczytał, że aby dokonała się zmiana, musi się w nią zaangażować przynajmniej 3,5% społeczeństwa.

3,5% – pomyślał – to ponad milion dwieście tysięcy jego rodaków.

Pięćdziesiąt dwa i pół tysiąca mieszkańców jego miasta.

Czterdzieści osób z jego osiedla. Trzydziestu pięciu znajomych z portalu społecznościowego.

(Ma wrażenie, że tam sprzymierzeńców sprawy ma wokół siebie więcej, ale czy to cokolwiek znaczy?)

Dlatego Kaj Rost postanowił nauczyć się teraz myśleć o rzeczach, które wydają się nie do pomyślenia. Jest przekonany, że od tego musi zacząć, że to jedyna droga.

„Ocalić świat można, tylko robiąc krok w nieznane – zapisał w dzienniku – bo wszystko, co znamy, zawiodło”.

Tak właśnie zaczął prowadzić swój dziennik. Ponad wszystko wierzy bowiem w poznawczą moc słowa. Pisaniem chciał poskromić własny paraliżujący strach związany z przyszłością. Rozmyślając o swojej sprawczości w czasach klimatycznej katastrofy, doszedł bowiem do wniosku, że kryzys, z którym musi się zmierzyć ludzkość, jest tak naprawdę kryzysem wyobraźni.

„Wszyscy już dokładnie wiemy – zanotował – co trzeba zrobić, by klimat nie podgrzewał się w katastrofalnym tempie. Te rozwiązania są technicznie i ekonomicznie osiągalne. Kłopot w tym, że nie umiemy sobie wyobrazić świata, w którym ich wdrożenie byłoby możliwe. Wymagają one bowiem poświęceń, a do tych nie jesteśmy już skłonni”.

Po napisaniu tych słów Kaj przypomniał sobie o zdaniu, które kilka dni wcześniej przeczytał w wywiadzie z amerykańskim poetą:
„O wiele łatwiej jest nam wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu”.

Choć sam nie miał pewności, czy dla kapitalizmu jest jakakolwiek rozsądna alternatywa, słowa te wydały mu się przygnębiająco prawdziwą diagnozą świata, w którym przyszło mu żyć.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter