Ilustracja: Ewelina Karpowiak
Filip Springer lipiec–sierpień 2019

Kwestia przetrwania

Odwracam dziś oczy od książek w tekturopodobnych okładkach, którymi zalane zostały ostatnio księgarnie. Od książek o drzewach, mchach, kałużach, chmurach, ptakach i myszach. Od tych wszystkich „poradników przygody”, „leśnych almanachów”, „przewodników po zielonym”.

Artykuł z numeru

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Wtedy nie chodziło nam o żaden zachwyt, szło jedynie o przetrwanie. To nam było po prostu niezbędne do życia. Ale stanąć na środku leśnej polany, zamknąć oczy, wsłuchać się w śpiew ptaków i tego typu rzeczy – pewnie nie umielibyśmy sobie wyobrazić większego obciachu. Wydałoby się nam to pretensjonalne i zbędne.

Spotykaliśmy się zwykle w soboty, wczesnym rankiem, na dworcu. Byliśmy zieloni, trochę czarni. Takie ubrania były najtańsze i najlepsze do lasu. Podróbki amerykańskich M-65, bo mało kogo było stać na oryginały. Właściwie to nikogo nie było stać. Byliśmy wtedy niemalże bezgotówkowi, wszystko, co potrzebne, przynosiliśmy z domu – kanapki, kiełbaski na ognisko, placek od mamy, herbatę w termosach. Pieniędzy potrzebowaliśmy jedynie na pociąg. Nie że na bilet, bo czasem udawało nam się wcisnąć w rękę konduktora kilka monet i przejechać parę przystanków na gapę. No tak było, co poradzę.

Nigdy nie zapomnę uczucia ekscytacji, gdy wysiadaliśmy na jednym z tych przymglonych wiosennym albo jesiennym porankiem peronów. Puszczykowo, Promno, Murowana Goślina, Oborniki Wielkopolskie. Staraliśmy się wybierać takie miejsca, gdzie było blisko do lasu. To do niego przyjeżdżaliśmy.

Pamiętam pierwszą taką moją wyprawę – jeszcze w zuchach, zimą. Drużynowy zabrał nas na poszukiwanie źródeł lokalnej rzeczki. Nazywała się Wirenka i płynęła skrajem Wielkopolskiego Parku Narodowego. Wiła się między gospodarstwami, czasem przez pola, czasem przez las. Nawet nie wiem, czy dalej płynie. Jezu, jaka to była przygoda, naprawdę myślałem, że szukamy tych źródeł. Że jeśli nie my, to one pozostaną nieodkryte. Że w nas cała nadzieja.

Chyba nigdy nie dowiedziałem się więcej o tym, czym jest podróż, niż w czasie tamtej wyprawy. Dopiero po latach, gdy sam byłem zuchowym drużynowym, odkryłem, że tę formę pracy opisał w jednym ze swoich poradników z serii „Zastęp-zbiórka!” Jan Stykowski.

No więc peron, las, busola, mapa, azymut. Porzucaliśmy drogi, chyba że akurat wiodły w dobrym kierunku. Ale często po prostu szliśmy na wskroś, do upatrzonego na mapie punktu.

Gdy dopadał nas głód, siadaliśmy i zjadaliśmy co kto miał. Około południa rozpalaliśmy ognisko, smażyliśmy kiełbaski, leniuchowaliśmy chwilę, a później ruszaliśmy dalej. Żeby zdążyć na ostatni sensowny pociąg do Poznania. Końcowy odcinek kilkuset metrów zwykle biegliśmy, bo zbyt byliśmy tego lasu zachłanni, nigdy nam nie starczało czasu, żeby się nim nasycić. A wiedzieliśmy, że musi nam starczyć na cały tydzień, że następna okazja będzie dopiero w przyszłą sobotę.

Bywały takie miesiące, że nie musieliśmy się umawiać – wystarczyło po prostu pojawić się rano na dworcu i wsiąść do pociągu. Ale bywały i takie, że święta, szkoła, imieniny ciotki. Trzeba było zostać w domu. Markotnieliśmy wtedy, wypatrywaliśmy na szkolnych korytarzach tęsknym wzrokiem, snuliśmy plany, dokąd pojedziemy, gdy już będzie można.

Pamiętam też ostatnią z tych wypraw. Tylko Czejen mógł jechać, reszta już pracowała, studiowała, już nas wtedy życie zaczęło dopadać. Lało jak cholera, pojechaliśmy do Rejowca, z zalanej wodą stacji ruszyliśmy w stronę najbliższej kępy drzew, rozwiesiliśmy tam płachtę biwakową i na turystycznej maszynce z wyciętej puszki po konserwach (znów patent Stykowskiego) zagotowaliśmy sobie herbatę. Deszcz dudnił o tę płachtę, herbata była cierpka i parzyła w usta, miałem przemoczone buty i byłem bliski płaczu. Wiedziałem, że coś mi właśnie odjeżdża z życiowego horyzontu, że już zaraz, za chwilę będzie inaczej, i to wcale nie znaczy, że będzie lepiej.

Tak sobie chyba wtedy wyobrażałem dorastanie.

Odwracam dziś oczy od książek w tekturopodobnych okładkach, którymi zalane zostały ostatnio księgarnie. Od książek o drzewach, mchach, kałużach, chmurach, ptakach i myszach. Od tych wszystkich „poradników przygody”, „leśnych almanachów”, „przewodników po zielonym”. Tak, dobrze, że są. Lepiej, niż gdyby ich nie było. Patrząc jednak na ich sterty zalegające w księgarnianych sieciówkach, nie umiem pozbyć się wrażenia, że mój osobny, prywatny bastion właśnie legł w gruzach. (Wiem, że nie był tylko mój, ale co z tego). Rynek wdarł się i tam. Coś, co nam wtedy było niezbędne do życia i dostawaliśmy to niemal całkowicie za darmo, czyli bycie w lesie, sprzedaje się opakowane w przymus zachwytu.

A to nie o zachwyt nam wtedy szło, to była po prostu kwestia przetrwania. Jeden dzień z tych siedmiu składających się na tydzień musieliśmy spędzać w lesie. Nie umieliśmy bez tego żyć. Nie wiedzieliśmy, że będziemy musieli.

*

Lubię Rudawy, nie tylko dlatego, że jest tam Miedzianka, która przecież zmieniła mi życie. Lubię Rudawy za to, że są poręczne (ponożne?), kompaktowe. Takie na jeden dzień, może weekend. Można przyjechać wcześnie rano do Janowic Wielkich i do wieczora złazić sporą część tych górek. Albo do Trzcińska, gdzie jeszcze do niedawna był gruntowy, miękki peron, a na budynku poczekalni napis „San Fran Trzcińsko”. Chyba nawet wolę wysiadać właśnie tam. Ze stacji mogę wyruszyć na północ, trochę niebieskim szlakiem w stronę Radomierza. Ale zwykle go porzucam i po prostu wałęsam się po zrudziałych łąkach, z których roztacza się widok na Sokoliki i Janowice w oddali. Odkryłem je stosunkowo niedawno i jestem nimi zachwycony. Ale mogę też ruszyć na południe, też niebieskim, przedrzeć się przez stromizny między Krzyżną Górą a Trzema Koronami, by w Szwajcarce zjeść śniadanie i wypić herbatę. Tam zwykle się waham, bo Karpniki są w dole, a to jest zawsze dobry pomysł, żeby do Karpnik zajrzeć. Tyle że to nie po drodze. Wybieram więc zwykle zielony i idę w stronę Jańskiej Góry, a potem dalej – w zależności od humoru – w stronę Pieca, Lwiej Góry albo Skalnego Mostu. Jeśli pogoda się zepsuje, wiem, że w każdej chwili mogę stąd uciec w stronę Janowic. Ale zwykle nie uciekam, tylko idę aż do Mniszkowa, a stamtąd grzbietem, koło grobu Ueberschaera, aż do Miedzianki. To już mój rewir, jestem u siebie. Zatrzymuję się przy cmentarzu, kręcę się przez chwilę po łące, która była rynkiem, a potem idę do Browaru Miedzianka na obiad. Stąd mam już 1,5 km do dworca w Janowicach, a stamtąd niemal co godzinę pociąg do Wrocławia i dalej w Polskę.

Kup numer