fbpx
fot. archiwum własne autora
Filip Springer listopad 2022

Wypadek atmosferyczny

Wraz z końcem przyrody wyczerpaniu ulega także pojęcie katastrofy naturalnej. Ciągle jest jednak nadużywane.

Artykuł z numeru

Odczarowanie Jezusa

Czytaj także

Filip Springer

Powrót do przeszłości

Czasem po prostu nie umiem się powstrzymać. Słyszę albo czytam nazwę jakiegoś miasta czy zapadłej wsi i mimowolnie wpisuję ją w okno wyszukiwarki. Chcę natychmiast zobaczyć, jak tam jest, a Google Street View daje mi szybki podgląd – bez pudru i instagramowych filtrów.

Tak właśnie trafiłem do Engis. Podążyłem tam za holenderskim reporterem Frankiem Westermanem, który na prawie 350 stronach książki My, człowiekowate brawurowo opisuje kawał historii paleoantropologii i jej kolonialnych uwikłań. Przy tej okazji udaje się do Engis, dość parszywej przemysłowej dziury w belgijskiej dolinie Mozy. To w tamtych okolicach w 1829 r. Philip Carel Schmerling znalazł dwie czaszki. Jedna z nich okazała się później pierwszym zidentyfikowanym neandertalczykiem, choć nikt wtedy nie dawał wiary w doniosłość tego odkrycia.

Jednak to nie ludzka paleohistoria przywiodła mnie do Engis.

Reportaż, podobnie jak ruletka, opiera się na przypadkowości – pisze Westerman – znajdowanie tego, czego się nie szukało – zdolność dokonywania przypadkowych odkryć, może odsłonić niespodziewane skarby. Czasem wystarczy się po nie schylić, czasem same wpadają człowiekowi w ręce”.

Przy okazji swojej włóczęgi Westerman opisuje zdarzenia z roku 1930. Wtedy to w pierwszych dniach grudnia dolinę Mozy pokryła gęsta mgła. Nie było to nic dziwnego w tym rejonie i o tej porze roku. Ta mgła była jednak inna. Oblepiała płuca, coraz trudniej się w niej oddychało. Niektórzy pluli krwią, inni coraz mocniej kaszleli. Mgła zabiła ponad 60 osób.

Wyjaśnienia tej sprawy podjął się przysłany z Liège patolog Jacques Firket. Jego komisja ustaliła, że przyczynę zgonów stanowiła bardzo niekorzystna koincydencja dwóch czynników. Dolina Mozy od XIX w. była (i jest) jednym z najsilniej uprzemysłowionych regionów w Europie. W okolicach Engis znajdowały się liczne zakłady, które tamtego grudnia 1930 r. na potęgę spalały silnie zasiarczony węgiel. Zawierający związki siarki pył został uwięziony przez gęstą późnojesienną mgłę. Powstały w efekcie smog okazał się tak toksyczny, że aż zabójczy. Najmłodszą ofiarą śmiertelnej mgły z doliny Mozy była kobieta imieniem Louise. To właśnie jej został poświęcony niewielki pomnik wyrzeźbiony w 2000 r. przez lokalnego artystę Paula Vandersleyena.

Dworzec w Engis jest świeżo po przebudowie. Na historyczny budynek nałożono nowoczesną bryłę. Nie spodziewam się po tym mieście niczego specjalnego. Jestem tu tylko dlatego, żeby zobaczyć Louise. Nie wiem, gdzie jest jej pomnik, Westerman wspomina o tym zdawkowo, internet na ten temat niemal milczy. W anglo- i francuskojęzycznej sieci dostępne są raptem dwa zdjęcia figury, z obu jednak komputerowo wymazano tło, trudno więc ustalić, gdzie ona stoi. Nie pozostaje mi więc nic innego jak posnuć się po uliczkach Engis fotografowanych kilkukrotnie przez samochody Google’a od 2010 r. Idę nad rzekę, kręcę się wokół mostu prowadzącego do przemysłowego nabrzeża. Kilka nieostrożnych kliknięć wyrzuca mnie na peryferie miasta, w okolice stojącej nad samą Mozą elektrowni. Intuicja podpowiada mi, że nie tu powinienem szukać pomnika trzymającej twarz w dłoniach Louise. Wracam więc do miasteczka i coraz bardziej zrezygnowany snuję się po uliczkach, łapiąc się przy tym, że automatycznie niemal zmierzam w stronę dworca – jakby to pociąg miał mnie stąd zabrać, a nie kliknięcie zamykające aplikację. I wtedy właśnie, przechodząc obok siedziby lokalnych władz, kątem oka zauważam niewyraźną postać siedzącą na zielonym skwerku. Ujęcie jest zamazane, muszę więc pobawić się suwakiem czasu i zobaczyć, jak sfotografowano to miejsce wcześniej. I rzeczywiście, dostrzegam Louise, najmłodszą ofiarę zabójczej mgły znad Mozy.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się