70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. archiwum własne autora

Krótki lot

Siódmego dnia pandemii Kajetan Rost sięgnął po swój dziennik: „Kairos – »ten oto«, »ten właściwy« czas – przeczytał na jednej z pierwszych stron – odpowiedni moment do działania, stworzony przez okazję i niepowtarzalne, przemijające okoliczności.

Kairos będzie zatem oznaczał krytyczny, decydujący moment, chwilę jedyną spośród wielu, chwilę doskonałą, dramatyczny, zawiązany na mgnienie oka splot okoliczności, losu i gotowości do działania”.

Rost uśmiechnął się pod nosem. Potem zanotował:

„Stoję na balkonie i patrzę na moje osiedle. Właściwie we wszystkich oknach pali się jakieś światło. Jeszcze chyba nigdy tak tu nie było. Jest dziewiętnasta, a oni wszyscy są w domach. Mniej wydajemy, nie marzymy już o wakacjach nad ciepłym morzem, nie latamy. Latają jeszcze puste samoloty, ale zaraz przestaną.

Ograniczamy potrzeby, oszczędzamy. Robimy to, co już dawno powinniśmy robić, żeby się ocalić. Wirus nas do tego zmusił. Sami z siebie nigdy byśmy się za to nie zabrali”.

Dziewiąty dzień:

„Szczyt Matterhornu jest rozświetlany pocieszającymi hasłami. Zainstalowali tam jakąś kosmiczną technologię, projektory ogromne, sam nie wiem. I rzucają na stoki góry wizualizacje.

Człowiek nie cofnie się przed niczym, co miałoby mu umożliwić ciągłe gadanie. Ludzka paplanina nie zna granic. Splugawić nią można wszystko. Doświadczamy właśnie sytuacji, w której natura dobitnie przypomina nam o swoim istnieniu i o tym, że jesteśmy jej niewielką, kruchą częścią. A my co? Zamiast być w tym wszystkim, zamiast przyjąć to z jakimś choćby cieniem pokory – ględzimy. Jakby to milczenie i cisza miały nas zabić, a nie wirus”.

Dziesiąty dzień:

„Do tej pory myślałem, że brak zaufania do własnego państwa jest raczej oznaką zdrowego rozsądku. Myślałem tak zapewne dlatego, że to państwo niespecjalnie było mi do czegokolwiek potrzebne. Gardziłem nim. Ale jak nie gardzić władzą, która w pierwszym tygodniu kryzysu zajmuje się politycznymi rozgrywkami zamiast zarządzaniem problemem.

Dziś widzę, że to, jak bardzo nie chcę mieć z tym państwem nic wspólnego, przekłada się w czasie kryzysu na moje konkretne emocje i działania. Bo gdy to państwo wprowadza kolejne zakazy i ograniczenia, ja wręcz organicznie nie ufam w ich zasadność. Gdy proponuje mi się zamontowanie aplikacji, która będzie śledziła moje kontakty i spotkania w obawie przed rozprzestrzenianiem wirusa, to pierwszym odruchem jest podejrzliwość wobec tego państwa. Ono nigdy się nie spisało, dlaczego miałoby się spisać dziś. Cały ten kryzys pokazuje mi, że czym prędzej, gdy tylko będzie to możliwe, muszę zrobić wszystko, by się od tego państwa uwolnić. By przenieść się tam, gdzie państwo może sprawniej działać, bo obywatele mu ufają. Bo ja mu ufam“.

Dwudziestego dnia pandemii Rost postanowił pójść na spacer. Po kwadransie marszu znalazł się na wielkomiejskim uroczysku, otoczonym osiedlami fragmencie podmokłej łąki. Teren ten przetrwał tylko dlatego, że był zbyt grząski, by jakiemuś deweloperowi opłacało się tu cokolwiek budować. Były tu zakątki, w których Rost mógł się poczuć jak na najprawdziwszym dzikim pustkowiu. W ten jasny, rześki poranek powierzchnię mokradeł ścinała cienka warstwa przeźroczystego lodu. Pożółkłe ubiegłoroczne trawy przyciśnięte były do ziemi koralikami szronu. Rost szedł ledwo widoczną ścieżką, uważnie patrząc pod nogi. Przemierzył w ten sposób całe grzęzawisko i wyszedł nieopodal jednego z nowszych osiedli po drugiej stronie. Zbliżał się właśnie do zastawionego samochodami parkingu, gdy w pobliskiej kępie krzaków coś się zakotłowało. Po chwili wyleciał stamtąd bażant. Energicznymi ruchami krótkich skrzydeł wzbił się na niewielką wysokość. Zachwycony Rost śledził jego lot aż do momentu, gdy sylwetka ptaka znalazła się na tle oślepiającej tarczy słonecznej. Wtedy zamknął oczy i po chwili usłyszał głuche uderzenie. Gdy je ponownie otworzył, po bażancie nie było już śladu. W drzwiach balkonowych mieszkania na pierwszym piętrze najbliższego bloku stała zaś młoda kobieta w nocnej koszuli. Przez zamkniętą szybę patrzyła na martwego ptaka leżącego u jej stóp.

Tamtego dnia Rost zapisał w dzienniku:

„Czuję się trochę jak ten bażant. Boję się o siebie i swoją rodzinę. Widzę kolejki w sklepach, ludzi kłócących się o podstawowe produkty przy kasach. Widzę rząd, który korzysta z okazji i jeszcze bardziej demontuje demokrację. I wielkie firmy, nietykalne w tym wszystkim, które zaraz będą mogły jeszcze bardziej uzależnić nas od siebie. Widzę zamykające się granice, nadużywającą siły policję i złe spojrzenia ludzi na ulicach. Nie widzę żadnej przyszłości, o żadnej poważnie nie da się dziś pomyśleć. Wiedziałem, że to wszystko nadejdzie, ale zakładałem, że dopiero za dwadzieścia, trzydzieści lat, w związku z inną katastrofą. Że mamy jeszcze trochę czasu. Jeszcze trochę nieporadnego, ale swobodnego lotu tuż nad twardą ziemią”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter