Oślepiała nas łuna różowo-czerwonego światła – jechaliśmy na wprost chylącego się ku zachodowi słońca. Wokół ośmiopasmową autostradą pędziły ciężarówki-kontenery, których rozmiary wprawiały mnie w osłupienie. Rozmiary, tempo, kolory. Nie mogłam się nadziwić zamaszystym napisom, jaskrawym znakom graficznym. Nie przepraszały, że żyją. I z pewnością nie przypominały szarych, niemrawych Starów czy Żuków, jakie w owym czasie widywało się na polskich szosach.
Za kierownicą naszego Volvo siedział młodszy brat mojej matki, inżynier elektronik, a od niedawna profesor Carnegie Mellon University. Z ładunkiem belek, desek i impregnatów wracaliśmy z Home Depot, samoobsługowego składu materiałów budowlanych na przedmieściach Pittsburgha w Pensylwanii. Parę lat wcześniej wujek, obroniwszy doktorat na Politechnice Warszawskiej, wyjechał na stypendium do Kalifornii. Wrócił do Polski z minikomputerem z kolorowym jabłuszkiem – jednym z pierwszych modeli nowego rodzaju komputerów osobistych, nad którymi zaczęli właśnie pracować Steve Jobs i Steve Wozniak. Nie nazywały się jeszcze Apple, ale Macintosh. Mimo wszystkich przygód i cudów wujek nie chciał zostawać w Stanach.
Zdanie zmienił dopiero kilka lat później, po wprowadzeniu stanu wojennego. Mówił, że tylko na chwilę – że przygoda, że doświadczenie; może za rok, dwa w Polsce coś drgnie i wtedy wróci. Zabrał jednak żonę i kilkuletnią córkę. Minionej wiosny kupili dom z ogrodem, w którym postanowił wybudować taras. Starym zwyczajem zadzwonił do szwagra w Warszawie. Znali się od dzieciństwa, w czasach studenckich, w wakacje, remontowali razem domy w Szwecji i Anglii. Tym razem ojciec zabrał mnie ze sobą.
Amerykańska obfitość
Przyjechałam zatem na wakacje do wujka z Ameryki. Był rok 1987, miałam 18 lat i za kilka tygodni zaczynałam studia na warszawskiej anglistyce. Jeśli nie liczyć wczasów w Czechosłowacji, nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam za granicę. Połowa lat 80. – schyłkowy stan wojenny – była w Polsce dość ponurym okresem. Dziś, z perspektywy czasu, wspominam te lata jako szczęśliwy etap życia. Żoliborskie Liceum Lelewela, do którego chodziłam, było swego rodzaju enklawą, małym państwem w państwie. Kwitła konspiracja. Organizowaliśmy koncerty Kaczmarskiego i wieczory poezji Herberta. Kolega z klasy został redaktorem miesięcznika „Prymityw”, w którym publikował też naszą twórczość (choć tytuł był dość adekwatny w stosunku do zawartości, redaktor mieni się dziś poważnym analitykiem i publikuje w znacznie szacowniejszych tytułach). Nauczycielki historii i WOS-u oczekiwały od nas znajomości podręczników wydawanych w drugim obiegu – kopiowaliśmy je na mizernych powielaczach, do lektury potrzebna była lupa. Oprócz tajnych kompletów i zakazanych piosenek były też wyprawy w Beskidy i Tatry – pociągiem rzeźnią, z siermiężnymi swetrami z owczej wełny i puszkami konserwy turystycznej.

