Zdjęcie mężczyzny na czarnym tle. Ma krótkie włosy, jest ubrany w białą koszulę i szarą marynarkę
Fot. Matteo Nardone/Pacific Press/fot. Matteo Nardone/Pacific Press/
z Adamem Gopnikiem rozmawia Michał Choiński czerwiec 2026

Z wielu jedno

Kryzys, w jaki wpędza nas administracja Trumpa, przypomina o tym, by budować własne instytucje. Jeśli chcesz żyć w otwartym społeczeństwie, musisz żyć otwarcie. Jeśli sprzeciwiasz się kłamstwom, musisz odmówić ich powtarzania. Jeśli wierzysz w demokrację, musisz aktywnie ją praktykować na swoim własnym podwórku

Artykuł z numeru

O czym śni Ameryka?

O czym śni Ameryka?

Czytaj także

Dziewczynka przygląda się przez szybę karabinowi na wystawie

Paul Auster

Kraj skąpany we krwi

Z okazji 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości chcielibyśmy przyjrzeć się amerykańskim mitom. Być może najbardziej znanym jest american dream, którego bankructwo ogłaszano wielokrotnie w ciągu XX w. Jak się ma amerykański sen w czasach Trumpa?

Cóż, istnieje kilka różnych amerykańskich snów. Tym najlepiej znanym mnie i człowiekowi, którego zdjęcie widać w moim biurze, Philipowi Rothowi, jest sen śniony przez imigrantów. Ich amerykańskie marzenie – z tysiącem wyjątków i zostawiając na moment na boku odrębne doświadczenia Afroamerykanów – stało się rzeczywistością.

Istnieją niezliczone rodziny imigrantów, które przybyły do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia i w krótkim czasie osiągnęły więcej, niż mogły rozsądnie oczekiwać.

Tak było też z Twoją rodziną.

Moi przodkowie byli Żydami urodzonymi w Żytomierzu w Ukrainie. Przybyli do miejsca, które mój dziadek nazywał „tym krajem”, nie znając angielskiego i zaczynając od pracy w hurtowni rybnej. Udało im się wysłać swoje dzieci na studia, a mój ojciec – którego ojciec nie potrafił tak naprawdę czytać po angielsku – został profesorem literatury angielskiej XVIII w. A to z kolei mnie pozwoliło zajmować się pisaniem i pracować dla „New Yorkera”.

Tak jak przez dekady przybywali Irlandczycy, Włosi, Polacy czy Żydzi, tak dziś pojawiają się Indonezyjczycy czy Banglijczycy. I wciąż – mimo antymigracyjnej retoryki Trumpa – istnieje dla nich szansa na awans społeczny. Pamiętam, jak niedługo po wyborze Trumpa jechałem z moją żoną Marthą nowojorską taksówką. Wdaliśmy się w rozmowę z taksówkarzem, który był imigrantem z Bangladeszu.

Bez cienia skrępowania zakrzyknął: „Niech Bóg błogosławi Amerykę!”. Powiedział nam, że ma dwoje dzieci – jedno zostało lekarzem, a drugie inżynierem na Massachusetts Institute of Technology. Z dumą pokazał nam ich zdjęcia: „Zawsze pytałem moje dzieci: co wybieracie? Chcecie siedzieć z przodu, gdzie ja prowadzę taksówkę, czy na tylnym siedzeniu, jako pasażerowie? To wasz wybór w życiu”.

I dodał: „Oboje jeżdżą teraz z tyłu. Nie prowadzą taksówki jak ich ojciec”. Mój dziadek powiedziałby to samo. Tak więc ta strona amerykańskiego snu – przynajmniej do pewnego stopnia – wciąż jest prawdziwa.

Przypomina mi się scena otwierająca słynną sztukę Tony’ego Kushnera Anioły w Ameryce, w której rabin wygłasza mowę pogrzebową nad zmarłą kobietą, imigrantką ze starego świata, która przybyła z „litwackiego sztetla”. To jeden z tytułowych „motywów narodowych” Kushnera.

Właśnie tak! Tony czuł, że to jest prawda. Że te doświadczenia są prawdziwe i nie powinniśmy ich ignorować.

Odrębną sprawą są losy czarnych Amerykanów, o których zaczęliśmy otwarcie mówić dopiero w ostatnich 50 latach. Przeważającym doświadczeniem czarnych Amerykanów jest to, że ich dziadkowie byli robotnikami rolnymi, a wielu z nich jest obecnie przedstawicielami klasy średniej. Ale w tym przypadku za awansem kryje się brutalna historia niewolnictwa i dyskryminacji.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się