Ile Pan ma lat, Panie Jacku?
Urodziłem się w roku 1944, niedługo skończę 82 lata.
Czyli urodził się Pan, kiedy jeszcze trwała wojna.
No tak. Wie Pani, że w młodości nigdy o tym nie myślałem? Dość późno do mnie dotarło, jaką to miało wagę. Nie tak dawno przypomniało mi się, że w dzieciństwie z chłopakami znajdowaliśmy pociski, granaty i wysadzaliśmy je na łąkach, gdzie oni paśli krowy.
Mojej matce to się nie podobało. Nie dziwię się. Pamiętam taki szczegół, idę z tymi chłopakami – oni wszyscy byli starsi – i nagle widzimy otwarty grób. Tam są mundury, potem zrozumiałem, że to były mundury niemieckie. Jest drabinka w dół, ja po niej schodzę – chyba z ciekawości – i nagle oni mi tę drabinkę zabierają, wyciągają do góry. I ja tam zostaję…
W tym grobie?
Tak. To było bardzo okrutne, dla nich to był żart. I nagle czuję, że moje stopy wsiąkają w jakąś galaretę… A to było ciało. W końcu, śmiejąc się, wyciągnęli mnie stamtąd. Dopiero po długim czasie do mnie dotarło, że zacząłem szkołę zaledwie pięć lat po zakończeniu wojny.
Pamiętam tę myśl: Jacek, ty jesteś wojennym dzieckiem. Długo to wypierałem: jaka wojna, jakie to ma znaczenie, przecież to było tak dawno. Potem zrozumiałem – nie bez powodu te granaty wrzucaliśmy w ognisko.
Zanim jeszcze Pan te granaty wrzucał do ogniska, był Pan dzieckiem, które się urodziło wtedy, kiedy wcale jeszcze nie było pewności, że wojna się skończy. Jak Pan myśli, jak to na Pana wpłynęło?
Jak zacząłem dorastać, pytałem matkę o wojnę, a ona mnie zbywała: to było trudne, ale się skończyło. Tu stawiała kropkę. Miała w sobie trochę niemieckiej krwi – wywodziła się z rodziny niemieckiej, która z Królewca przeniosła się do Polski. Może dlatego nie chciała wchodzić w szczegóły? Choć zarazem była bardzo polska. Była też mocno wierzącą katoliczką.
Pan jest psychoanalitykiem, musiał Pan mieć swoją analizę, prawda?
Oczywiście. Miałem cztery lata własnej analizy szkoleniowej, na którą chodziłem trzy, cztery razy w tygodniu. Bardzo…