Nie wyglądał na martwego i nie wyglądał też na trzydziestolatka; czy, w takim razie, wyglądał na martwego trzydziestolatka? To nie jest pytanie, które zostało wówczas zadane. Nie skierowano go ani do sąsiada z pierwszego, drugiego, trzeciego – w każdej nawie było ich po osiem – rzędu, znajomego albo nie, ani też do samego siebie, w milczeniu, wszakże oddzieliwszy niewypowiedziane wyrazy odpowiednimi przerwami. Nie zastanowiono się: jak w ogóle powinni wyglądać martwi trzydziestolatkowie?
Tym, co uniemożliwiało, żeby to uczynić, było tamtego poranka przede wszystkim zimno, które nie wiadomo jaką drogą wdzierało się do cerkwi na Woli. Drzwi do niej – duże, wyglądające na ciężkie i półkoliście sklepione – zamknięto jeszcze przed początkiem nabożeństwa: wówczas otworzyły się inne, mniejsze, które prowadziły za ikonostas. Potem rozległo się skrzypienie, potem jeszcze jedno, aż w końcu: Cariu Niebiesnyj, Utieszitielu, Dusze istiny, iże wiezdie syj i wsia ispołniajaj, Sokrowiszcze błagich i żizni Podatielu… Odwrócony, ze wzniesionymi rękami, za wrotami do ikonostasu stał mężczyzna ubrany na biało. Kolor jego stroju był wyraźniejszy niż ten śniegu na zewnątrz; acz w ten sposób mogłoby się wydawać, nie stało się wówczas tak, że się wydało. Zasp, które tamtej zimy od kilku miesięcy pokrywały Warszawę, nie sposób było zza zamkniętych drzwi ujrzeć, zaś przypomniane – gdyby choć raz zdarzyło się, że zostały przypomniane – ociosywały się one z pozostałości błota i ze śladów moczu.
I chociaż nie było ich widać, a do cerkwi nie wpadał gram wiatru, nie robiło się tam cieplej. Przeciwnie: mróz, jakby brał się spod pokrytej wilgotnym dywanem podłogi, z każdą minutą coraz szczelniej wypełniał wnętrze. Oświetlały je tylko dwa żyrandole, i dlatego, mimo że ozdobione, ściany cerkwi nie błyszczały, wydając się raczej – tak się tamtego poranka wydało osiem razy – wypłowiałe i czarne. Podobnie jak ze ścianami, było z krawatem jednym, drugim, raz odcinającym się od jasnej koszuli, a raz nieodcinającym się od ciemnej, z płaszczem i z garsonkami, i z puchową kurtką, i z czapką, miętoloną w garści, a także z twarzą: tą ogoloną i tą wręcz przeciwnie; tą zaczerwienioną od zimna i tą zaczerwienioną od – chyba – płaczu.
Na pierwszy rzut oka zaczerwieniona od – chyba – płaczu była jakby bardziej szorstka i niezdrowa od rumianej od zimna: to by można zobaczyć,…