Posłuchajcie: Tuż po dziewiątej rano do gabinetu prezesa nowojorskiej firmy produkującej spinki do włosów wdziera się mężczyzna. Barczysty, ogorzała twarz, kędzierzawa szopa na głowie. W ręku trzyma słuchawkę telefoniczną, którą chwilę wcześniej wyrwał razem z kablem z centralki w sekretariacie. Prezes próbuje wstać, ale fotel umyka mu spod siedzenia. Mężczyzna rzuca się na niego, przewraca, owija kabel wokół szyi ofiary. Prezes ciska się, miota, czuby jego butów szukają oparcia na lśniącym linoleum. Wtedy wpada sekretarka. Patrzy. Chwyta leżący na biurku nożyk do listów i wbija go napastnikowi w łopatkę. Mężczyzna stęka. A potem oddaje nóż. Przeprasza. Opadają mu ręce.
Możesz poczuć pewną dezorientację bo nie wiesz, gdzie właściwie jesteś, co tu się dzieje, a przede wszystkim po co. To nawet dobrze – właśnie tak powinno to działać. Jesteś w samym centrum zdarzeń, a nie za mniej lub bardziej przeźroczystą szybą.
Za to tę sytuację pewnie pamiętasz: Pewnego ranka mężczyzna budzi się i stwierdza, że gospodyni nie przyniosła mu śniadania. Dzwoni więc po nią, ale do pokoju wchodzi nieznajomy. Mężczyzna pyta go, kim jest, żąda wyjaśnień, ale tamten mówi, że to niemożliwe. Mężczyzna przechodzi do sąsiedniego pokoju. Tam drugi nieznajomy informuje go, że jest aresztowany. Za co? Tego nie może powiedzieć. Mężczyzna domaga się dokumentów, ale nieznajomi jedzą jego śniadanie i mówią, że na takie pytania nie odpowiadają. W końcu mężczyzna wraca do swojego pokoju, je jabłko, popija wódką. Już przegrał, choć przecież nikt go nawet nie tknął.
I jeszcze jedna: W nadzwyczajnie upalne lipcowe popołudnie młody człowiek wychodzi z nędznego sublokatorskiego pokoiku i wolnym krokiem rusza przez miasto. Na schodach mija gospodynię. Czuje coś w rodzaju paniki i wstyd, który sprawia, że się czerwieni, choć sam nie wie dlaczego. Idzie przez upalny Petersburg do pewnej starszej kobiety, lichwiarki, i oddaje jej zegarek pod zastaw. Ona wycenia go na rubel piętnaście. On bierze pieniądze, nie protestuje. Wychodzi. Na zewnątrz ogarnia go coś, co narrator nazwie zgnębieniem.
Pierwsza scena pochodzi z powieści Poświata Michaela Chabona. Druga oczywiście z Procesu Franza Kafki, a trzecia z pierwszych stron Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego. Trzy różne książki, trzej bardzo różni autorzy, trzy różne tryby. Jednak każda z tych scen robi dokładnie to samo: zamienia czytelnika z obserwatora w uczestnika. Nie opowiada o czymś z dystansu, lecz dzieje się teraz, w czasie rzeczywistym, z kimś konkretnym w centrum zdarzeń, kto czegoś chce, na coś natrafia i wychodzi z tego inny, niż wszedł.
To właśnie jest scena.
SCENA 1, w której wchodzimy do pasażu
Zanim bardziej szczegółowo przyjrzymy się przeróżnym scenom, powiedzmy, czym scena na pewno nie jest. Proza bowiem, ale też reportaż, biografia, autofikcja – co tylko chcecie – budują dwa podstawowe tryby. Jeden z nich to właśnie scena. A drugi?

