Zacznijmy od pytania, które tylko wydaje się retoryczne: kto tu mówi? Narrator. Wiadomo. Ten, który opowiada. Proszę o kolejne pytanie.
Nie, zaraz, przecież to nie jest odpowiedź. To odruch. A odruchy, jak to odruchy, są poza kontrolą. Dlatego stanowią źródło połowy problemów, jakie napotykam w tekstach ćwierć- i półgotowych,
a nawet takich, które w oczach autorów uchodzą za skończone i z gatunku tych, że „ani przecinka już nie zmieni”. Tymczasem gdzieś głęboko, pod powierzchnią ze słów, zdań i akapitów, kryją się problemy z głosem.
Przyjrzyjmy się Cesarzowi Ryszarda Kapuścińskiego. Nie po to, żeby po raz kolejny rozstrzygać, czy piesek Lulu naprawdę siusiał dygnitarzom na buty, czy była to metafora, symbol albo zmyślenie reportera z nosem do alegorii. Bardziej niż Hajle Sellasje, pałace i dworzanie (ewentualnie Gierek i jego podnóżki) kręci mnie inny cesarz. Nie ten w mundurze ze złotymi wyłogami, tylko ten wyłaniający się z Helvetiki, Timesa albo Ariala. Narrator.
Bo narrator w Cesarzu przecież nie opowiada historii – on ją ustanawia. „Nikt, ale to nikt, przyjacielu, nie przeczuwał, że nadciąga koniec” – mówi dworzanin, chociaż tak naprawdę to narrator mówi, tyle że jego ustami. To on decyduje, kogo dopuści do głosu, komu pozwoli istnieć. Nie tylko pisze o władzy, on ją egzekwuje. Ten ktoś istnieje w tekście, zanim jeszcze zdążymy zauważyć jego obecność.
Kim jest? Odpowiedź – jak się zdaje – pada już na pierwszej stronie Cesarza: to Kapuściński. Reporter w Addis Abebie tuż po rewolcie, człowiek, który się boi, który zmienia samochody i uważa, żeby nie siedzieć przy oknie, bo wtedy można dostać kulę od przejeżdżającego ulicą patrolu. Narrator-uczestnik, narrator-świadek który spotyka się potajemnie z byłymi dworzanami Hajle Sellasjego, uwierzytelniony przez własne ciało i własny strach. To jest jeden z najbardziej klasycznych gestów narracyjnych, nie tylko w reportażu: jestem tu, widziałem, możecie mi ufać.
Ale już chwilę później pojawia się jeszcze ktoś i dopowiada, jakby chciał uprzedzić wątpliwości: te głosy nie będą zindywidualizowane. Nim pada pierwsze zdanie o Hajle Sellasjem, postanawia, że dworzanie nie będą mieć imion, twarzy, biografii – tylko funkcje i słowa. Że będą mówić językiem ozdobnym, rytualnym, lekko archaicznym, że będą snuć dygresję po dygresji, że będą mieli tendencję do litanii („ludzie ochrony, kucharze, poduszkowi, szatni, woreczkowi, tragarze prezentów, pieskowi, tronowi, lokaje i służki…”) i antropomorfizacji (bogate życie teczek z donosami). To wszystko są decyzje narracyjne. Ktoś je podjął. Ktoś zdecydował, że tak będzie. Ten ktoś to już nie jest reporter, który siedzi przy ścianie z dyktafonem czy notatnikiem albo po prostu słucha. To narrator-montażysta, który patrzy na materiał z zewnątrz i skleja głosy dworzan w jeden chór. Ex post, z dystansu, z wiedzą o całości, której reporter-uczestnik jeszcze nie miał.

