70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jakub Walczak/Reporter

Polscy księża wyklęci

Analizując przypadki kościelnych sankcji wobec duchownych, odnosi się wrażenie, że nie ma nad Wisłą poważnych sporów teologicznych, za to bez trudu natrafia się na polityczne. Ani księża Lemański i Boniecki, ani Isakowicz-Zaleski czy Mądel nie odeszli w żadnym miejscu od ortodoksji. Czy kościelne kary dla nich miały zatem sens?

Kary dla księży, o jakich czytamy w polskiej prasie, są innego rodzaju niż te nakładane na teologów przez Kongregację Nauki Wiary. Nie pochodzą od watykańskich dykasterii, ale od miejscowych przełożonych: biskupów lub prowincjałów. Jako wierni i społeczeństwo dowiadujemy się tylko o takich sankcjach, które dotyczą działalności publicznej księży, a nie np. nadużywania alkoholu. Istnieje wiele powodów, ze względu na które kara może być nakładana, najczęściej jednak wywołują je: wypowiedzi niezgodne z nauką Kościoła, opinie, które godzą w jego dobro lub prowadzą do zgorszenia, wreszcie: okazywane nieposłuszeństwo. O tym, kto może nałożyć karę, rozstrzyga inkardynacja – zyskiwane podczas święceń (diakonatu lub prezbiteratu) przyporządkowanie do poszczególnej diecezji lub zgromadzenia zakonnego. Kodeks Prawa Kanonicznego nie dopuszcza możliwości występowania księży „tułaczy”. To właśnie ze względu na inkardynację szeroko komentowanych w mediach sankcji dla ks. Adama Bonieckiego, członka Zgromadzenia Księży Marianów, nie mógł zdjąć żaden biskup, wyznaczył ją bowiem prowincjał tego zakonu. Jednocześnie tłumaczy to fakt dotychczasowej bezkarności ks. Tadeusza Rydzyka – mimo że jego działalność publiczna już nie raz budziła kontrowersje i ściągała na siebie krytyczne uwagi hierarchów. Jako redemptorysta musi się on liczyć przede wszystkim z przełożonymi w swoim zgromadzeniu.

Kodeks Prawa Kanonicznego wylicza różne kary: od najsurowszych, jakimi są ekskomunika (wyłączenie ze wspólnoty wiernych) czy suspensa (ograniczenie pełnienia funkcji kapłańskich), po różnego rodzaju zakazy, pozbawienie sprawowanych funkcji i przeniesienie. Przewiduje także nagany i upomnienia kanoniczne.

Lustracja

Zagadnieniem, które sprowokowało największą liczbę sankcji w polskim Kościele, była lustracja. Za kluczową postać dla procesu rozliczenia się duchownych ze współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL uznać trzeba ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – do 2005 r. znanego przede wszystkim jako duszpasterz polskich Ormian, współzałożyciel i prezes Fundacji im. Brata Alberta, niosącej pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie, a także jako duszpasterz nowohuckiej Solidarności w latach 80. Jak pisał we wstępie do swej książki Księża wobec bezpieki, przez długi czas nie myślał nawet o tym, by udać się do IPN-u w celu zapoznania się z aktami SB – również z własną teczką (był osobą inwigilowaną). Gdy z radia dowiedział się jednak, że w archiwach bezpieki zachowała się taśma wideo nakręcona po jego drugim pobiciu w roku 1985 (na jej podstawie stacja TVN wyemitowała reportaż pt. Zniszczyć księdza), zmienił zdanie. Spotkanie z aktami było dla niego „doświadczeniem porażającym” – wstrząsnął nim fakt, że donosicielami byli księża powszechnie znani i cenieni. Zwrócił na ten problem uwagę władz kościelnych, jednak one nie podjęły wówczas konkretnych działań. Postanowił więc zaapelować do duchownych o samooczyszczenie, ale jego wezwania do ujawnienia się byłych agentów i współpracowników SB oraz występy medialne, w których nagłaśniał sprawę, okazały się nieskuteczne. W konsekwencji rozpoczął samodzielne badania historyczne w archiwach IPN.

Wobec ks. Isakowicza-Zaleskiego przełożeni sankcje zastosowali dwukrotnie. Po raz pierwszy 31 maja 2006 r. Pismo, które podpisał metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, głosiło: „Wyrażam moje ubolewanie i dezaprobatę wobec działań podejmowanych przez Księdza (…) w związku z upublicznianiem nazwisk księży archidiecezji krakowskiej podejrzewanych o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL. Rzucanie oskarżeń wobec konkretnych osób tylko w oparciu o pobieżne zaznajomienie się z materiałami, bez wnikliwych studiów historycznych, które pozwolą na obiektywną ocenę wiarygodności zgromadzonej dokumentacji, jest zachowaniem wysoce nieodpowiedzialnym i krzywdzącym. Przypominam, że nie upoważniłem Księdza do zajmowania się tą sprawą, ale zleciłem to zadanie kompetentnym osobom dysponującym historyczną wiedzą i doświadczeniem oraz gwarantującym bezstronne spojrzenie na tak delikatną materię. (…) Bez mojej zgody proszę nie podejmować żadnych działań w tej sprawie”. Upomnienie było reakcją kurii na zapowiedź konferencji prasowej, podczas której  ks. Isakowicz-Zaleski miał ujawnić listę nazwisk kapłanów podejrzanych o współpracę z tajnymi służbami PRL.

Kontynuowanie badań stało się możliwe po spotkaniu ks. Isakowicza-Zaleskiego z kard. Dziwiszem, które miało miejsce pod koniec czerwca. Aby uczynić zadość postulatom metropolity, ks. Isakowicz-Zaleski rozesłał listy do kapłanów, którzy figurowali na jego wykazie, by mogli ustosunkować się do stawianych im zarzutów formułowanych na podstawie akt SB. Swoboda działań księdza nie potrwała długo.

Po raz drugi kuria interweniowała 17 października 2006 r. – ks. Isakowicz-Zaleski otrzymał wówczas nakaz powstrzymania się od wszelkich wypowiedzi publicznych na temat kontaktów i współpracy duchownych z SB. Komunikat był bardzo ostry – oskarżano go, że „narusza poważnie komunię Kościoła, wypacza obraz kapłana, który staje się inkwizytorem, niemiłosiernym i bezwzględnym oskarżycielem”.

Ks. Isakowicz-Zaleski czuł się dotknięty zarzutem o rozbijanie jedności Kościoła, stawianym wcześniej – jak pisał – tylko Lutrowi i Husowi. Jak wspominał później, pod wpływem tych oskarżeń nosił się nawet z zamiarem zrzucenia sutanny. Kuria argumentowała zaś, że ksiądz „poważnie nadużył zaufania” kard. Dziwisza, który zezwolił mu właściwie wyłącznie na badanie represji, jakie spotkały duszpasterza Ormian osobiście, tymczasem ten złożył 9 października 2006 r. w Wydawnictwie Znak maszynopis całej książki nt. stosunku księży krakowskich do działań SB. Ostatecznie książka pt. Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej ukazała się w lutym 2007 r. Jej publikacji do końca towarzyszyła niepewność – wydawca postawił warunki: uznanie jej treści za w pełni odpowiadającą prawdzie historycznej przez kompetentnych i miarodajnych historyków, zdjęcie z autora zakazu dyscyplinarnego nałożonego przez kurię krakowską oraz wydanie przez metropolitę krakowskiego oceny moralnej książki. Kard. Dziwisz mimo zapowiedzi wydania takiej opinii (w piśmie z 17 października 2006 r. zastrzegł on sobie prawo moralnej oceny) nie przedstawił jej, ale też nie zakazał publikacji książki.

Warto odnotować, że oprócz dwóch interwencji kurii, ks. Isakowicz-Zaleski spotkał się w tym czasie ze sporą krytyką ze strony hierarchów Kościoła. Najdosadniej wybrzmiała ona w ustach kard. Józefa Glempa, który określił go mianem „nadubowca”, stwierdzając, że ten „węszy i tropi księży po całej Polsce, nie mając ku temu żadnego mandatu” (za te stwierdzenia prymas przeprosił później w prywatnym liście). Lustracyjna aktywność ks. Isakowicza-Zaleskiego oddziaływała także na innych duchownych. We wrześniu 2006 r. za przeprowadzenie i opublikowania na stronie Tezeusz.pl wywiadu z duszpasterzem Ormian kara spadła na jezuickiego diakona Andrzeja Miszka. W rozmowie pojawiły się informacje o dwóch krakowskich jezuitach, którzy mieli współpracować z bezpieką (TW Kazek i TW Anteusz), a także podejrzenia wobec innych współbraci. Jezuici byli też w niej krytykowani za opieszałość w rozliczeniu się z przeszłością. Miszk został decyzją prowincjała o. Krzysztofa Dyrka SJ przeniesiony z Krakowa do Wrocławia, a jednocześnie otrzymał zakaz wypowiadania się publicznie nt. lustracji. Karę przyjął, choć argumentował, że lustracja nie jest sprawą zakonu, ale całego Kościoła i społeczeństwa polskiego. Diakonowi odmówiono w kolejnym roku dopuszczenia do święceń prezbiteratu, a następnie pod pretekstem nieposłuszeństwa usunięto z zakonu.

W obronie diakona Miszka stanął o. Krzysztof Mądel SJ, który komentował sprawę w ten sposób: „To wygląda tak, jakby ktoś naciskał na prowincjała, aby uciszył księdza Andrzeja”. W konsekwencji o. Mądel musiał przenieść się z Krakowa do Kłodzka. Otrzymał też upomnienie i zakaz wypowiadania się dla mediów. Prowincjał jezuitów tłumaczył później, że Miszk i Mądel zostali ukarani „nie za szukanie prawdy, ale za świadome, publiczne i ostentacyjne łamanie poleceń przełożonych, za nieodpowiedzialne wypowiedzi naruszające jedność umysłów i serc wspólnoty, do której dobrowolnie wstąpili i w której obowiązuje pewien sposób postępowania”.

Siedem lat później o. Krzysztof Mądel otrzymał drugą karę. W roku 2013 r. zakaz wypowiadania się w mediach (także w Internecie) miał już jednak inną przyczynę. Nieoficjalne domniemywano, że był nią wywiad pt. Kto się boi Franciszka? udzielony „Gazecie Wyborczej”, w którym – broniąc ks. Lemańskiego – skrytykował, po pierwsze, abp. Henryka Hosera, sugerując, że „funkcjonuje [on], jakby w Polsce dalej trwał komunizm, jakby wszyscy tylko czyhali, żeby go zjeść”, oraz po drugie, ks. Franciszka Longchamps de Bériera, którego określił mianem „habilitowanego nieuka” (co było odniesieniem do jego wypowiedzi o „bruździe dotykowej” pojawiającej się rzekomo u dzieci urodzonych dzięki zapłodnieniu in vitro). Jako drugi powód wskazywano wpis na portalu natemat.pl, w którym o. Mądel krytykował współbrata o. Aleksandra Jacyniaka SJ za upolitycznione kazanie wygłoszone w 40. „miesięcznicę” katastrofy smoleńskiej. Później okazało się jednak, że sankcja miała być następstwem „incydentu wewnątrzzakonnego”, który zaszedł we wspólnocie w Nowym Sączu. Jak tłumaczono po publikacji wywiadu, o. Mądel „sprowokowany [poprzez uderzenie gazetą i nazwanie go „sk…” – przyp. M.B.] miał uderzyć oraz ranić jednego ze współzakonników”.

Antysemityzm i nacjonalizm

Drugi temat, z którym Kościół bez wątpienia ma problem, to stosunek do Żydów. W klarowny sposób pokazuje to sprawa sprzed ponad 20 już lat z udziałem o. Stanisława Musiała SJ i ks. Henryka Jankowskiego. Ks. Jankowski, legendarny kapelan Solidarności, w roku 1997 wciąż (od 1970 r.) pełniący urząd proboszcza parafii św. Brygidy w Gdańsku, znany był ze swego politycznego zaangażowania. Medialne kontrowersje wywoływały m.in. przygotowywane przez niego wielkanocne Groby Pańskie, zawierające silny przekaz ideologiczny. Gdy w 1997 r. formował się rząd koalicji AWS i UW, ks. Jankowski wygłosił z ambony następujące zdanie: „nie można tolerować mniejszości żydowskiej w polskim rządzie, bo naród się tego boi”. Była to aluzja skierowana przede wszystkim pod adresem Bronisława Geremka, wówczas kandydata na stanowisko ministra spraw zagranicznych. W odpowiedzi na te słowa abp Gocłowski nałożył na ks. Jankowskiego roczny zakaz głoszenia kazań – oficjalnym uzasadnieniem było uczynienie z ambony „trybuny politycznej”. Musiał, od lat zaangażowany w promowanie dialogu chrześcijańsko-żydowskiego (m.in. w rozwiązanie sporu o obecność klasztoru Karmelitanek na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau), został poproszony przez redakcję „Tygodnika Powszechnego” o komentarz nt. reakcji Kościoła na antysemickie kazanie ks. Jankowskiego. Napisał artykuł Czarne jest czarne, za który rok później otrzymał nagrodę Grand Press. Tekst zawierał zdecydowaną krytykę hierarchów za brak stanowczego potępienia antysemityzmu, co określił mianem banalizacji zła. Kara na o. Musiała spadła jednak dopiero w sierpniu 1998 r. po publikacji tekstu Zaciśnięte pięści przeciw, w którym skrytykował polskich biskupów za brak reakcji na upolitycznienie krzyża podczas akcji zainicjowanej na oświęcimskim żwirowisku przez b. posła Kazimierza Świtonia. Kard. Józef Glemp nazwał go wówczas „reprezentantem opcji żydowskiej”, a zakonni przełożeni wystosowali pisemny zakaz wypowiedzi publicznych „w sprawie krzyży oświęcimskich i tematów pokrewnych”.

Dodać należy, że w przypadku ks. Jankowskiego zakaz głoszenia kazań trwał de facto o wiele dłużej – do 2008 r., kiedy to uchylił go nowy metropolita gdański – abp Sławoj Leszek Głódź. Wcześniej, w 2004 r. (tuż przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej), kara dla niego została nawet zaostrzona – w reakcji na Grób Pański wyrażający sprzeciw wobec integracji europejskiej abp Gocłowski pozbawił prałata probostwa w parafii św. Brygidy (drugim powodem odsunięcia był „nieład etyczny tolerowany [przez ks. Jankowskiego – przyp. M.B.] na plebanii”; dziś wiemy, że „nieład” ten był znacznie poważniejszy, niż się wówczas wydawało…). Co ciekawe, decyzji takiej nie wywołała instalacja wielkopiątkowa, którą prałat przygotował w swojej parafii trzy lata wcześniej – przedstawiał on zwęgloną stodołę w Jedwabnem z ludzkim szkieletem w środku. Towarzyszący jej napis informował: „Żydzi zabili Pana Jezusa i Proroków i nas także prześladowali”.

Posługując się współczesnym językiem, można by tę sytuację ocenić jako przejaw „symetryzmu”: karę otrzymał zarówno Jankowski, jak i Musiał. Warto jednak zwrócić uwagę na wypowiedziane po czasie słowa o. Musiała: „Zakaz zakazowi nie jest równy. Ks. Jankowski głosił poglądy antysemickie. Antysemityzm – jak uczy Kościół – jest grzechem. W moim przypadku nie głoszę grzesznych poglądów. Uważam, że zakaz był podyktowany chwilą, by w danym momencie, tzn. w sierpniu 1998 r., nie dolewać oliwy do ognia”.

Pytanie, czy brak potępienia wprost antysemickich słów gdańskiego prałata nie ustanowił dla nich w przyszłości cichej tolerancji. Kwestia ta wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście aktywności ks. Jacka Międlara, do 26 września 2016 r. członka zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. To interesujący przypadek, ponieważ zakonni przełożeni zastosowali wobec niego różne kary: przeniesienie, zamknięte rekolekcje, różnego stopnia zakazy – aż do niezgody na jakiekolwiek wystąpienia publiczne, organizowanie wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, zakazano mu także aktywności w środkach masowego przekazu. Młody ksiądz zapracował na to w ciągu kilku miesięcy. Zaczęło się od udziału w marszu antyimigranckim, który we wrześniu 2015 r. miał miejsce we Wrocławiu. Na czele niesiono transparent: „Za zdradę narodu spotka cię kara, zawiśniesz na sznurze, ty k… stara”. Miał on być wiadomością dla premier Ewy Kopacz, która wcześniej zgodziła się na unijny program relokacji uchodźców, wymagający od Polski przyjęcia określonych kwot imigrantów. Ks. Międlar wołał ze sceny: „Będą o was mówić, że jesteście faszystami! Ja często słyszę, że jestem księdzem faszystą. Bzdura! Niech sobie gadają”.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter