70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie bez grymasów

Odbiorcy, podobnie jak twórcy, muszą dać sobie szansę zauważenia detali, a przez to: urody świata. To pierwszy, niezbędny krok do rozpoczęcia edukacji artystycznej. Z dzieckiem powinni to uczynić jego rodzice, niezależnie od tego, kim są z zawodu, gdzie mieszkają, jakie mają zainteresowania. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, by powiedzieć: popatrz, posłuchaj… Reszta przyjdzie sama.

Jak Pan zapamiętał swój pierwszy kontakt ze sztuką?

Rok czy dwa po zakończeniu wojny mój ojciec, który był kupcem galanteryjnym jeszcze z czasów przedwojennych…

„Porębski i Zimler, obecnie Julian Rodziński” – jak można przeczytać na fotografii sklepu przy pl. Mariackim w Krakowie, zawieszonej w Pana pracowni.

Zgadza się. Ojciec przeczytał w „Dzienniku Polskim” informację o otwarciu Domu Jana Matejki przy Floriańskiej. I tak znalazłem się w muzeum, które dzisiaj mogłoby śmieszyć swoją staroświeckością (kilka sprzętów, szkice do Bitwy pod Grunwaldem, rekwizyty), ale dla mnie – wówczas sześcio- czy siedmiolet-niego chłopca – było miejscem, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się z warsztatem malarza. I gdzie obudził się we mnie ten rodzaj wrażliwości, który ostatecznie doprowadził do tego, że wybrałem malowanie jako swój rodzaj odpowiedzi na to, co mnie otacza.

Pana rodzice mieli zainteresowania artystyczne?

Nie większe od innych ludzi, którzy wówczas przychodzili do bazyliki Mariackiej, by zobaczyć nawę główną, ogołoconą z ołtarza Wita Stwosza, wywiezionego przez Niemców w głąb Rzeszy. Oglądali pustkę, która widać przejmowała ich jakimś bólem… Moi rodzice byli wrażliwi na takie tematy nie tyle z racji odebranego wychowania czy edukacji – oni po prostu uważali, że należy zwrócić naszą, dzieci, uwagę na sztukę. Nawet jeśli nie żyje się dyskusjami o obrazach i architekturze na co dzień.

Wizyta w Domu Matejki to nie wszystko. Mniej więcej w tym samym czasie ojciec zabrał mnie i brata niemal na koniec świata, bo aż do Borku Fałęckiego – oddalonej od centrum dzielnicy na południu Krakowa, gdzie jeszcze przed wojną wybudowano kościół pw. Matki Bożej Zwycięskiej. Budowla, zaprojektowana przez inż. Tadeusza Ruthiego, uchodziła za nowoczesną. Faktycznie: bryła kościoła, m.in. za sprawą żelbetonowych filarów, była czymś zupełnie innym od tego, do czego przywykliśmy w starym Krakowie. Mojemu ojcu może się to nawet i nie podobało, niemniej zawiózł nas tam, by pokazać coś wówczas prekursorskiego.

Gdy zacząłem chodzić do szkoły, nie było tam przedmiotu, który później nazwano wychowaniem plastycznym. Ale były takie osoby jak o. Alan Chrząstek, franciszkanin, który uczył religii i podczas zajęć zaprowadził nas do bazyliki swojego zakonu przy pl. Wszystkich Świętych. W kaplicy Męki Pańskiej wisiało od 1946 r. czternaście stacji Drogi Krzyżowej, malowanych przez Józefa Mehoffera od 1933 r. Ojciec Chrząstek objaśniał nam te przejmujące obrazy wyniszczenia i sponiewierania człowieczeństwa Chrystusa, ale zwracał też uwagę np. na zmieniającą się na obrazach aurę – od niemal pogodnej z pierwszej stacji, do posępnej i tajemniczej, im bardziej przybliżaliśmy się do śmierci Zbawiciela. Po raz pierwszy w naszym polu widzenia znalazł się fakt kadrowania twarzy, co zastosował Mehoffer. Zobaczyliśmy Drogę Krzyżową niepozbawioną wizji artysty, która pozwoliła mu „zobaczyć” Jezusa czyniącego znak krzyża (jak my sami w chwilach ciężkiej próby!) w trakcie przygotowań poprzedzających przybicie Go do krzyża. O. Chrząstek opowiadał to zaledwie kilkuletnim dzieciom, w jednakowym stopniu wprowadzając nas w największe tajemnice wiary, jak sztuki.

Gdy szukałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego to takie ważne, by dzieci poznawały świat także przez dzieła wielkich mistrzów czy w salach filharmonii, znalazłam cytat z Andrieja Tarkowskiego, którym posłużył się Pan w tekście O istocie sztuki: „Artyści powinni przygotować nasze dusze do percepcji i recepcji dobra”. Słowa o duchowej przemianie, którą sztuka czyni możliwą, wydają mi się jednak tak wielkie…

Że istnieje obawa, że wielu nic nie powiedzą? A może wystarczy przypomnieć, że poznanie przez sztukę to jedna z możliwych reakcji na to, co nas otacza i wzrusza? Rzecz całą, nie używając wielkich słów, trzeba sprowadzić do czynności najprostszej: zatrzymania się i rozejrzenia wokół – tak zobaczymy krajobraz, kolor nieba i ziemi, kształt domów, światło zmieniające się wraz z pogodą.

Kiedy pojechałem do Arles, by zwiedzić muzeum Vincenta van Gogha, poszedłem zobaczyć także najbliższą okolicę. Wyszedłem kawałek za rynek i… oniemiałem. Zobaczyłem pomarańczowe pole – chyba dojrzewała tam pszenica – zieloną trawę i niebo tak błękitne w południe, jakby było namalowane, a nie naturalne. Van Gogh, żyjąc w takiej kolorystyce, nie mógł malować inaczej! Odbiorcy, podobnie jak twórcy, muszą dać sobie szansę zauważenia takich detali, a przez to: urody świata. To pierwszy, niezbędny krok do rozpoczęcia edukacji artystycznej. Z dzieckiem powinni to uczynić jego rodzice, niezależnie od tego, kim są z zawodu, gdzie mieszkają, jakie mają zainteresowania. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, by powiedzieć: popatrz, posłuchaj… Reszta przyjdzie sama.

W szkole?

Tak byłoby najlepiej, ale wychowania plastycznego albo nie ma, albo zajęcia są prowadzone w bardzo ograniczonym zakresie. Sami sobie wyrządzamy krzywdę – skazujemy kolejne pokolenia na emocjonalne kalectwo. I społeczne zresztą też.

„Opozycjonista, a ceni prowadzoną za PRL-u edukację artystyczną” – nieraz to Panu zarzucano.

Dziwili się ci, którzy uważali, że w PRL-owskiej edukacji nie było nic na tyle dobrego, iż warte byłoby przeniesienia w nowe czasy. Nie uważam tak, mimo że w latach 80. uczestniczyłem w ruchu kultury niezależnej.

Prowadziłem zajęcia plastyczne po ukończeniu Akademii Sztuk Pięknych, od 1963 r., najpierw jako wychowawca w domu dziecka, potem jako nauczyciel w szkole podstawowej. Podręczniki były siermiężne, ale fachowo wprowadzały młodego odbiorcę w tematykę. Nie było w nich śladu propagandy rozumianej jako możliwości oddziaływania państwa na sztukę ani formułowania oczekiwań społecznych wobec niej. To była po prostu świetnie opracowana historia sztuki, po którą sięgałem podczas zajęć praktycznych. Do tego dochodziły wizyty w muzeach i zwiedzanie zabytków – tak prowadzona edukacja była żywym i głębokim wprowadzeniem w sztukę. Jak znamiennym w skutkach, przekonałam się pewnego roku podczas inauguracji roku akademickiego w krakowskiej Akademii Muzycznej. Po uroczystości podszedł do mnie rektor uczelni, prof. Stanisław Krawczyński, z pytaniem: „Czy pan mnie poznaje?”. Niestety, jego twarz nic mi nie mówiła. „Uczył mnie pan wychowania plastycznego w szkole podstawowej. Do dzisiaj pamiętam wrażenie, jakie na nas robiły Pana opowieści o sztuce”. Nie sądzę, bym był tak fantastycznym nauczycielem… To wspomnienie pokazuje jedynie, jak chłonnym i wrażliwym na sztukę odbiorcą są dzieci. Jak łatwo poruszyć w nich pewną strunę, jeśli tylko zapewni im się obcowanie z czymś, co jest prawdziwe. Bez autentyczności nie ma bowiem wzruszeń, a człowiek ich niezaznający pozostanie na sztukę głuchy.

Obcowanie z czymś prawdziwym niszczy fałsz obecny w każdym z nas, kiedy udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, albo ulegamy złudzeniom. Potrafimy siebie sprawiedliwie ocenić, niczym Pana nauczyciel z ASP Emil Krcha, który o obrazach swojej uczennicy potrafił powiedzieć: „Bardzo interesująca posadzka”. Przychodzi mi na myśl ewangeliczne: zobaczyć siebie w prawdzie…

Życie bez grymasów – tak to ujmijmy. A osobą, która malowała w sposób tak oceniony, była żona Tadeusza Kantora Maria Stangret. Tutaj, na wprost, obok zdjęć Józefa Czapskiego i Jerzego Nowosielskiego, jest i jego fotografia – niskiego, małomównego malarza, który nie miał względu na osoby, gdy wygłaszał swoje bezlitosne sądy. Nie był w tym odosobniony. Profesorowie, choć bywali serdeczni, stawali się potworami w trakcie korekt i przeglądów prac: Nowosielski słynął z oschłości w kontaktach, Wacław Taranczewski był z kolei wymagającym intelektualistą. Czułostkowość nie sprzyja bowiem docieraniu do prawdy o sobie ani do prawdy w sztuce. Proszę sobie wyobrazić, że Adam Chmielowski – czyli św. Brat Albert – mimo że uczestniczył w powstaniu styczniowym, bardzo krytycznie oceniał patriotyczne malarstwo Jana Matejki. Obrazy powstańcze Chmielowskiego to np. przedstawianie wieczornego odpoczynku powstańców, a nie bitewnego zgiełku. Zdawał sobie sprawę, że usiłując namalować potyczkę, zacznie kłamać – tak trudno było mu przedstawić grozę tego, co widział. Matejko nie widział, więc może łatwiej było mu to malować…

W pedagogice sztuki bez emocji i wzruszeń, bez mówienia sobie prawdy, że coś jest nieudane albo trąci fałszem, nie ma możliwości tworzenia sztuki i otwierania się na nią. Kiedy rok przed końcem studiów wyjechałem z kolegami z roku i wykładowcami na wycieczkę do Grecji, po powrocie zaczynaliśmy pracę nad dyplomem z poczuciem, że jesteśmy w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

Zbiory muzeów i wielki świat zburzyły wam dotychczasowe wyobrażenia o sztuce?

Jak mogło być inaczej po obejrzeniu w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu zestawu dzieł Rembrandta? Albo oryginalnych fragmentów greckiej architektury i tamtejszego pejzażu? Dotknęliśmy czegoś prawdziwego…

W momencie formowania się osobowości człowieka, kiedy zaczynają się kształtować jego upodobania, musi się pojawić jakiś impuls albo słowo, które otworzy go na doznania związane ze sztuką. Jeżeli tego zabraknie w dzieciństwie, prawdopodobnie nie pojawi się już nigdy. Chyba że w postaci mało dojrzałego osądu opierającego się na osobistych werdyktach: podoba mi się, albo: nie podoba. I odrzucania tego, co mało zrozumiałe. Chociaż… Wiele lat temu pojechałem do muzeum w Colmarze, by obejrzeć ołtarz z Isenheim, stworzony na początku XVI w. przez Matthiasa Grünewalda dla szpitala trędowatych, prowadzonego przy klasztorze Antonitów. Chciałem zobaczyć krzyż malowany z myślą o ludziach nieuleczalnie chorych, a jednocześnie napiętnowanych społecznie – dla tych, którzy wówczas uchodzili za ostatnich z ostatnich. Najpierw jednak napotkałem turystów japońskich i amerykańskich, uzbrojonych w kamery i aparaty fotograficzne. Rozgadany tłum, błyskający fleszem, zbliżał się do miejsca, w którym ołtarz jest eksponowany… Kiedy zobaczyli tryptyk, momentalnie zrobiło się cicho. Tkwi w tym zdarzeniu podnoszące na duchu domniemanie, że nawet jeśli pozbawimy dzieci kontaktu ze sztuką, mogą to sobie w dorosłości zrekompensować odkrywaniem zabytków i dzieł sztuki na własną rękę. Tym bardziej że wielkie dzieła – jak choćby wspomniany ołtarz z Isenheim – mogą zachwycić, mogą zirytować, ale raczej nie pozostawią obojętnym. Prędzej pozwolą odkryć w sobie niepoznaną dotąd wrażliwość.

Kiedy rozpoczynał Pan pracę w domu dziecka, co wydawało się Panu najważniejsze do przekazania uczniom? Że piękno wokół uszczęśliwia?…

Dwa lata przepracowane w charakterze wychowawcy w krakowskim domu dziecka przy Siemiradzkiego są jednymi z ważniejszych doświadczeń w moim życiu. Miałem do czynienia z dziećmi poważnie okaleczonymi emocjonalnie – porzuconymi, bez umiejętności nawiązywania bliskich relacji – więc mogłoby się wydawać, że opowiadanie im o sztuce, która…

… uzdatnia „nasze dusze do percepcji i recepcji dobra”…

… zakrawa na ponury żart. Do dzisiaj pamiętam braci bliźniaków, których w miarę systematycznie odwiedzał ich ojciec, jak w dniu jego wizyt niemal od rana siedzieli na schodach wejściowych domu. Czego tak wypatrywali? Momentu kiedy ojciec skręcał z Karmelickiej w Siemiradzkiego i zaczynał się do nich zbliżać. Też chciałem to zobaczyć, więc pewnego razu zostałem na korytarzu. Za chwilę usłyszałem powitalne okrzyki chłopców i zupełnie nieradosną odpowiedź ich ojca: „A dajcie spokój z tymi wrzaskami! Zbierać się, idziemy, do cholery, na ten spacer”…

Takim dzieciom raz albo dwa razy w tygodniu organizowałem spotkania ze sztuką. Pokazywałem reprodukcje, przybliżałem tajniki stylów w malarstwie i architekturze, przynosiłem płyty z muzyką barokową. Pokazywałem świat bardziej przyjazny, gdzie zamiast słów „nie zawracaj mi głowy” uczono delikatności w odnoszeniu się do siebie, uważności. Sztuką próbowałem zmiękczać pancerz, jakim te traktowane bez czułości dzieci zaczynały powoli obrastać. Robiłem to ze świadomością, że jeśli teraz nie pokażę im, ile zyskujemy, idąc do kina czy oglądając album z reprodukcjami, ten impuls może się już w ich życiu nie pojawić. Nie będzie okazji, po prostu, a przecież chodzi o to, by droga do świata sztuki i jej emocji była czymś naturalnym.

Nie ma więc we mnie entuzjazmu wobec dzisiejszego sposobu nauczania o sztuce. Zajęcia nie zawsze są prowadzone przez osoby kompetentne, nie rezerwuje się czasu na wyjścia do muzeum czy wyjazdy dla zwiedzania zabytków, a w trakcie nauki nie tyle chodzi o wtajemniczenie w nowy świat, ile o wystawienie ocen. Nie wspomnę o sytuacji, kiedy zajęć z plastyki, także praktycznych, nie ma wcale, bo zastąpiono je czymś innym, co szkoła uznała za bardziej przydatne czy może bardziej przez uczniów oczekiwane.

„Przez dziewięć lat podstawówki i gimnazjum mali Polacy mają 255 godzin zajęć o sztuce. To mniej więcej tyle, ile mali Duńczycy mają w rok” – zauważył Filip Springer, reporter i fotograf, na łamach „Tygodnika Powszechnego”, opisując najbrzydsze miejsca w Polsce.

Te liczby mówią więcej niż dziesiątki słów. Uwierzy Pani, że moja była asystentka miała wśród studentów w Instytucie Pedagogiki dziewczynę – mieszkankę Krakowa – która nigdy nie była w bazylice Mariackiej? Dowiedziała się o tym, gdy zamierzała zabrać grupę na zwiedzanie kościoła, i ta dziewczyna podeszła do niej z pytaniem: ale właściwie po co? Tak się zastanawiam, czy mógłbym jej odpowiedzieć: po to, by przez bezpośredni kontakt ze sztuką dowiedzieć się czegoś o sobie – o co nam w życiu chodzi.

Tyle że to znowu brzmi jak ponury żart, jeżeli rozmawiamy z osobą, której nikt nigdy nie powiedział: zatrzymaj się, popatrz.

Oglądając ołtarz Wita Stwosza, można nawet nie wiedzieć, kim był twórca ani co przedstawia ołtarz, a zwracają uwagę takie detale, jak ułożenie dłoni, mimika twarzy, draperia sukni. Można cofnąć się 20 metrów, by zobaczyć scenę ukrzyżowania, gdzie chusta – wykuta przecież w kamieniu – wykonana jest z niebywałą maestrią. Dajmy się sztuce zaskoczyć, jak dziecko, które potrafi spontaniczne krzyknąć: ach, to tak wygląda! To, co wzruszało ludzi kilkaset lat temu, jest bowiem tak samo żywe w czasach tabletu i iphone’a.

Nigdy nie zapomnę oglądanej przeze mnie w Nowym Jorku wystawy obrazów Jacksona Pollocka, o którym myślałem: tak sobie chlapie… Ale gdy zobaczyłem trzydzieści kilka płócien, dużych i małych, materię malarską tych chlapnięć czy farby położonej szpachlą, już wiedziałem, że jest w tym ta sama maestria, którą widzimy w obrazach Rembrandta czy figuralnym malarstwie barokowym. By to zobaczyć, potrzeba jednak intymnego kontaktu z dziełem sztuki i rezygnacji z ferowania łatwych ocen. Już mówiłem, chodzi o ten zachwyt: ach, to tak wygląda…

Co zrobić, kiedy tak wygląda, że nie chce się patrzeć? Andrzej Wajda, pisząc o Pana malarstwie, zauważył rzecz nienową: „Jadąc przez nasz kraj i rozglądając się wokoło, patrząc na to, co zbudowano przez ostatnich 50 lat, śmiało można powiedzieć, że Polska jest najbrzydszym krajem w Europie. Cóż z tego – ładna czy brzydka, Polska jest przecież naszym krajem, współczesny malarz musi ją brać taką, jaka jest, i taką właśnie pokochać”.

Nad tym, czym wypełniamy przestrzeń – czy obiektami architektonicznymi zaprojektowanymi z rozmachem, czy też tandetą – nie sposób zapanować w sposób porządkujący wszystko. Ważne, by architekci i inne osoby mające wpływ na kształt naszego otoczenia nie zapominały o tym, że sztuka nie jest eksplozją dowcipów. Wizualnych czy artystycznych. Jako osoba, która od lat ocenia projekty kościołów do realizacji na terenie archidiecezji krakowskiej, muszę wspomnieć o konieczności wprowadzenia do każdego seminarium duchownego zajęć z historii sztuki. Apeluję o to dlatego, że jako oceniający widziałem już wiele, choćby migające kolorami światełka na ambonie czy efektowne galerie handlowe, które do budynku sakralnego upodabniał tylko krzyż na jej wierzchołku. Jeżeli takie pomysły podobają się proboszczom, to znaczy, że nikt im nie wyjaśnił, czym jest dobry gust, z domu tego nie wynieśli, a w dotychczasowej edukacji, także seminaryjnej, zabrakło na to czasu.

Odbiorców sztuki też bym nie zwalniał z odpowiedzialności za kształt naszego otoczenia. Nie zaszkodzi wzbudzić w sobie choć tyle zainteresowania sztuką, by odszukać w niej to, co jest nam bliskie, nie wstydząc się tego, czego nie rozumiemy, bo wydaje się nam obce.

Kiedy czytam teksty o sztuce Jerzego Turowicza czy prof. Jacka Woźniakowskiego, odnoszę wrażenie, że wrażliwość na sztukę nie czyniła z nich pięknoduchów, odgrodzonych od komunistycznej rzeczywistości ścianami wieży z kości słoniowej. Wręcz przeciwnie: ośmielała ich do zmiany świata na „bardziej ludzki”, jak lubił pisać Turowicz. Pan znał ich obu dobrze i przez lata, podobnie jak np. Józefa Czapskiego. Przywołując ich i Pana życiorysy, zapytam naiwnie: czemu warto poświęcić życie, żeby było warte przeżycia?

W życiu – jak w sztuce – w pewnym momencie musimy zatrzymać się i zastanowić, jak to naprawdę z nami jest. Jakie jest moje spojrzenie na świat? Dla mnie wydarzeniem przełomowym były odbyte tuż po maturze rekolekcje u krakowskich kamedułów, głoszone przez młodego wówczas księdza – Stanisława Nagy’ego. Zrozumiałem, czym jest wiara i jakie ma przełożenie na to, co chcę tworzyć. Potem przez przynajmniej 10 lat jeździłem co roku na dwa–trzy tygodnie do kamedułów, gdzie malowałem i modliłem się razem z eremitami, żyjąc wedle ich rytmu.

Tak to widzę: musimy dowiedzieć się, co jest dla nas osobiście istotne. Gdy już wybierzemy i temu poświęcimy życie, nigdy nie będzie ono stracone.

.

STANISŁAW RODZIŃSKI – artysta malarz, od 1963 r. prowadzi samodzielną działalność artystyczną i edukacyjną, prof. ASP im. Jana Matejki w Krakowie (w latach 1996–2002 był jej rektorem). Sygnatariusz Deklaracji Towarzystwa Kursów Naukowych, w latach 1981–1989 uczestniczył w ruchu kultury niezależnej. Przez wiele lat jako krytyk sztuki był publicystą „Tygodnika Powszechnego” (z czasem także innych czasopism). Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i uczestnik wielu zbiorowych. Laureat m.in. Nagrody Miasta Krakowa, Ministra Kultury; w 2013 r. został uhonorowany Medalem Papieskiej Rady do spraw Kultury „Per Artem ad Deum”. Wydał m.in.: Sztuka na co dzień i od święta (1999), Obrazy czasu (2001), Mój szkicownik (2005)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata