70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szpalty obalają ustrój

Przez 44 lata, od 1946 do 1990 roku, redakcja miesięcznika „Znak” funkcjonowała w asyście dodatkowego, nieproszonego współpracownika – cenzury. W jaki sposób redaktorzy utrzymywali równowagę między nadmiarem ostrożności a obroną niezależności?

Kamienica przy kleparzu – najstarszym placu targowym w Krakowie – gdzie miał siedzibę miejscowy oddział Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, miała zasikaną bramę.

„W Krakowie cenzura jest od dołu obszczana” – zauważał złośliwie Franciszek Blajda, który jako redaktor techniczny „Znaku” (od 1958 r.) zajmował się kontaktami z drukarnią, magazynowaniem numerów pisma, ich kolportażem, korektą, a przede wszystkim prowadził pertraktacje z cenzurą na temat ostatecznego kształtu zakwestionowanych tekstów. „Frankowi”, jak go nazywali przyjaciele, pomagała w niełatwych sporach rozległa wiedza, gruntowna znajomość tekstów tworzących numer, ale też „gargantuiczne” (jak je określił Tomasz Fiałkowski, sekretarz redakcji „Znaku” w latach 1984–1990) poczucie humoru. – Franek miał temperament frontmana – dodaje Maria Makuch, sekretarka i korektorka „Znaku” w latach 1980–1992, później redaktorka wydawnictwa Znak. – Był bezpośredni, prostolinijny, empatyczny. Miał duże poczucie humoru sytuacyjnego. To mu ułatwiało kontakty z najtrudniejszym przeciwnikiem i pozwalało się odnaleźć w każdej sytuacji, także w tych nieśmiesznych.

Maria Makuch (wówczas nosząca panieńskie nazwisko Pajor) pomagała Frankowi Blajdzie taszczyć paczki wypchane poskładanymi szpaltami tekstów „Znaku” (każda miała blisko metr długości). Obrazu grupy dopełniał Kadot – pies Marii, jedyny w Krakowie dalmatyńczyk, który chodził z nią codziennie do pracy, czyli do redakcji „Znaku” przy Siennej, do drukarni przy Wadowickiej. Naturalną koleją rzeczy wędrował także do cenzury, gdzie, podpuszczany przez jej pracowników, dawał pokazy ujadania na dźwięk słowa „ubek”. Jednocześnie trwały negocjacje, prowadzone przez Franka, który tłumaczył, wyjaśniał, przekonywał. Jego metoda polegała na tym, żeby przeciwnika zalać potokiem słów. Czasami – rozśmieszyć. Oddelegowani do cenzurowania „Znaku” urzędnicy dzielnie znosili tyrady pana Franka, ale trudno było ich zbałamucić.

 

***

Mogłoby się wydawać, że w niszowym piśmie dla intelektualistów, którego znakiem rozpoznawczym są długie teksty na tematy teologiczno-filozoficzne, cenzorzy raczej nie znajdą pola do wykazania się. Cykl wydawniczy nie pozwalał reagować na bieżące wydarzenia polityczne, więc tym bardziej nie powinni byli gmerać w szpaltach pisma. Tymczasem roboty bywało tyle, że z powodu przetrzymywania materiałów (nie istniał bowiem wyznaczony administracyjnie termin zwrotu ocenzurowanych artykułów) i liczby wprowadzanych cięć, jakie trzeba było załatać – pracę nad numerem kończono długo po terminie, który pozwalał dostarczyć pismo czytelnikom na czas. O tym, co w konkretnej sytuacji politycznej kwalifikowało się do usunięcia, nie decydowała, rzecz jasna, ani pani Beata Śliwińska, ani pan Daniel Olcoń – cenzorzy oddelegowani do „pilnowania” autorów „Znaku” (nie byli jedyni, ale ich nazwiska zachowały się w pamięci dawnych redaktorów miesięcznika).

„Cenzura to zbrojne w długopis ramię partii” – zauważył trafnie Michał Tarkowski ( „Gazeta Wyborcza”, 27–28 lutego 2016), aktor, reżyser, współzałożyciel kabaretu Salon Niezależnych. Decyzje na temat tego, co i dlaczego zostaje uznane za niecenzuralne, zapadały w Komitecie Centralnym PZPR. O tym, że istnieje Książka zapisów i zaleceń Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie, gdzie szczegółowo instruowano, jak cenzurować teksty, można się było dowiedzieć dopiero w 1977 r. W wydawnictwie emigracyjnym Aneks, a w Polsce w drugoobiegowej Niezależnej Oficynie Wydawniczej ukazała się wówczas Czarna księga cenzury PRL napisana przez Tomasza Strzyżewskiego – pracownika urzędu przy Rynku Kleparskim, który uciekł na Zachód. Cenzurę powołał do życia dekret z 5 lipca 1946 r., który zapowiadał wydanie przez Radę Ministrów statutu określającego zakres i tryb jej działania. Ponieważ dokument nigdy nie powstał, cenzura działała wedle zmiennych, nigdy nieujawnianych kryteriów, które wynikały z wytycznych aktualnej ekipy rządzącej. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk był organem administracyjnym, ale jego decyzje, podejmowane bez podstawy prawnej, nie były uzasadniane ani nie mogły być zaskarżone do sądu. Samowolę funkcjonowania cenzury udało się ograniczyć dopiero w czasie „odnowy”, jaka rozpoczęła się w Polsce po podpisaniu Porozumień Sierpniowych. Komisja Rządowa oraz wspólna Komisja NSZZ „Solidarność” i Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych wynegocjowały Ustawę o kontroli publikacji i widowisk, uchwaloną przez Sejm 31 lipca 1981 r. Wydawca i autor uzyskali prawo zaznaczania ingerencji cenzorskich w tekście. Inna sprawa, że cenzorzy – najzupełniej bezprawnie, na zasadzie „decyzji ustnej” – pilnowali, by np. w „Znaku” w jednym artykule znalazły się najwyżej cztery takie miejsca z wszystkich wprowadzonych. Działania cenzora przestały być jednak uznaniowe, bo konieczne stało się podanie podstawy prawnej każdej ingerencji. Z kolei za sprawą ustalenia trybu odwołania od decyzji – w pierwszej kolejności do Głównego Urzędu w Warszawie, w drugiej do Naczelnego Sądu Administracyjnego – utraciły charakter ostatecznych. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter