70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szpalty obalają ustrój

Przez 44 lata, od 1946 do 1990 roku, redakcja miesięcznika „Znak” funkcjonowała w asyście dodatkowego, nieproszonego współpracownika – cenzury. W jaki sposób redaktorzy utrzymywali równowagę między nadmiarem ostrożności a obroną niezależności?

Kamienica przy kleparzu – najstarszym placu targowym w Krakowie – gdzie miał siedzibę miejscowy oddział Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, miała zasikaną bramę.

„W Krakowie cenzura jest od dołu obszczana” – zauważał złośliwie Franciszek Blajda, który jako redaktor techniczny „Znaku” (od 1958 r.) zajmował się kontaktami z drukarnią, magazynowaniem numerów pisma, ich kolportażem, korektą, a przede wszystkim prowadził pertraktacje z cenzurą na temat ostatecznego kształtu zakwestionowanych tekstów. „Frankowi”, jak go nazywali przyjaciele, pomagała w niełatwych sporach rozległa wiedza, gruntowna znajomość tekstów tworzących numer, ale też „gargantuiczne” (jak je określił Tomasz Fiałkowski, sekretarz redakcji „Znaku” w latach 1984–1990) poczucie humoru. – Franek miał temperament frontmana – dodaje Maria Makuch, sekretarka i korektorka „Znaku” w latach 1980–1992, później redaktorka wydawnictwa Znak. – Był bezpośredni, prostolinijny, empatyczny. Miał duże poczucie humoru sytuacyjnego. To mu ułatwiało kontakty z najtrudniejszym przeciwnikiem i pozwalało się odnaleźć w każdej sytuacji, także w tych nieśmiesznych.

Maria Makuch (wówczas nosząca panieńskie nazwisko Pajor) pomagała Frankowi Blajdzie taszczyć paczki wypchane poskładanymi szpaltami tekstów „Znaku” (każda miała blisko metr długości). Obrazu grupy dopełniał Kadot – pies Marii, jedyny w Krakowie dalmatyńczyk, który chodził z nią codziennie do pracy, czyli do redakcji „Znaku” przy Siennej, do drukarni przy Wadowickiej. Naturalną koleją rzeczy wędrował także do cenzury, gdzie, podpuszczany przez jej pracowników, dawał pokazy ujadania na dźwięk słowa „ubek”. Jednocześnie trwały negocjacje, prowadzone przez Franka, który tłumaczył, wyjaśniał, przekonywał. Jego metoda polegała na tym, żeby przeciwnika zalać potokiem słów. Czasami – rozśmieszyć. Oddelegowani do cenzurowania „Znaku” urzędnicy dzielnie znosili tyrady pana Franka, ale trudno było ich zbałamucić.

 

***

Mogłoby się wydawać, że w niszowym piśmie dla intelektualistów, którego znakiem rozpoznawczym są długie teksty na tematy teologiczno-filozoficzne, cenzorzy raczej nie znajdą pola do wykazania się. Cykl wydawniczy nie pozwalał reagować na bieżące wydarzenia polityczne, więc tym bardziej nie powinni byli gmerać w szpaltach pisma. Tymczasem roboty bywało tyle, że z powodu przetrzymywania materiałów (nie istniał bowiem wyznaczony administracyjnie termin zwrotu ocenzurowanych artykułów) i liczby wprowadzanych cięć, jakie trzeba było załatać – pracę nad numerem kończono długo po terminie, który pozwalał dostarczyć pismo czytelnikom na czas. O tym, co w konkretnej sytuacji politycznej kwalifikowało się do usunięcia, nie decydowała, rzecz jasna, ani pani Beata Śliwińska, ani pan Daniel Olcoń – cenzorzy oddelegowani do „pilnowania” autorów „Znaku” (nie byli jedyni, ale ich nazwiska zachowały się w pamięci dawnych redaktorów miesięcznika).

„Cenzura to zbrojne w długopis ramię partii” – zauważył trafnie Michał Tarkowski ( „Gazeta Wyborcza”, 27–28 lutego 2016), aktor, reżyser, współzałożyciel kabaretu Salon Niezależnych. Decyzje na temat tego, co i dlaczego zostaje uznane za niecenzuralne, zapadały w Komitecie Centralnym PZPR. O tym, że istnieje Książka zapisów i zaleceń Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie, gdzie szczegółowo instruowano, jak cenzurować teksty, można się było dowiedzieć dopiero w 1977 r. W wydawnictwie emigracyjnym Aneks, a w Polsce w drugoobiegowej Niezależnej Oficynie Wydawniczej ukazała się wówczas Czarna księga cenzury PRL napisana przez Tomasza Strzyżewskiego – pracownika urzędu przy Rynku Kleparskim, który uciekł na Zachód. Cenzurę powołał do życia dekret z 5 lipca 1946 r., który zapowiadał wydanie przez Radę Ministrów statutu określającego zakres i tryb jej działania. Ponieważ dokument nigdy nie powstał, cenzura działała wedle zmiennych, nigdy nieujawnianych kryteriów, które wynikały z wytycznych aktualnej ekipy rządzącej. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk był organem administracyjnym, ale jego decyzje, podejmowane bez podstawy prawnej, nie były uzasadniane ani nie mogły być zaskarżone do sądu. Samowolę funkcjonowania cenzury udało się ograniczyć dopiero w czasie „odnowy”, jaka rozpoczęła się w Polsce po podpisaniu Porozumień Sierpniowych. Komisja Rządowa oraz wspólna Komisja NSZZ „Solidarność” i Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych wynegocjowały Ustawę o kontroli publikacji i widowisk, uchwaloną przez Sejm 31 lipca 1981 r. Wydawca i autor uzyskali prawo zaznaczania ingerencji cenzorskich w tekście. Inna sprawa, że cenzorzy – najzupełniej bezprawnie, na zasadzie „decyzji ustnej” – pilnowali, by np. w „Znaku” w jednym artykule znalazły się najwyżej cztery takie miejsca z wszystkich wprowadzonych. Działania cenzora przestały być jednak uznaniowe, bo konieczne stało się podanie podstawy prawnej każdej ingerencji. Z kolei za sprawą ustalenia trybu odwołania od decyzji – w pierwszej kolejności do Głównego Urzędu w Warszawie, w drugiej do Naczelnego Sądu Administracyjnego – utraciły charakter ostatecznych.

– Co nie zmienia faktu – przypomina Tomasz Fiałkowski – że podstawy prawne były traktowane jak rozciągliwa guma do majtek, wszystko można było pod to podciągnąć. Przez co nawet relacja z sesji o socrealizmie zorganizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim, napisana przez Bronisława Maja, została zdjęta w całości, bo zdaniem cenzora naruszała art. 2, pkt 1 i 2 ustawy o cenzurze.

Wspomniane punkty nie pozostawiają złudzeń, co tak naprawdę było zamiarem Bronisława Maja, gdy pisał sprawozdanie z sesji naukowej: „godził w niepodległość lub integralność terytorialną PRL” oraz „nawoływał do obalenia, lżenia, wyszydzania lub poniżania konstytucyjnego ustroju PRL”.

– A może oni te podstawy prawne losowali? – zastanawia się złośliwie Tomasz Fiałkowski. – Tekst Andrzeja Chwalby Koncepcje podmiotowości społeczeństwa w myśli politycznej na przełomie XIX i XX wieku w zaborze rosyjskim nie mógł się ukazać, ponieważ zdaniem cenzora miał „godzić w konstytucyjne zasady polityki zagranicznej PRL i jej sojusze”. Jak konkretnie autor tego dokonywał, słowem nie nawiązując do współczesności, trudno dociec.

– Hannie Malewskiej polecono usunąć kilka zdań, w których opisywała, jak bolszewicy wyrzucają kogoś z pędzącego pociągu – wspomina Halina Bortnowska, sekretarz redakcji „Znaku” w latach 1961–1983. – Bo jak to? Bolszewicy, nawet w imię dobrej sprawy, mieliby się posuwać do tak niecnych praktyk? „Czy ich zdaniem mam napisać: »wyrzucili z pociągu, nie troszcząc się o jego zatrzymanie?«” – żartowała pani Hania, ale dyskusji z decyzją cenzury o zdjęciu zdania czy tekstu być już nie mogło.

Działania redakcji były rozpychaniem się w gorsecie ograniczeń wolności wypowiedzi, narzucanym przez władze.

Nie silono się więc na prowokacje, np. proponując do druku teksty, które jedynie rozjuszyłyby cenzurę (choćby na temat Katynia) i zakończyły się przetrzymaniem innych artykułów albo zatrzymaniem całego numeru. Jednak redaktorzy starali się nie ustępować z góry ani zbyt szybko.

Halina Bortnowska: – Utrzymanie równowagi między jednym a drugim to była delikatna rzecz, ale mam wrażenie, że redakcja miesięcznika na ogół potrafiła to zrobić – nie byliśmy ani zbyt ustępliwi, ani zbyt zadziorni. Nie prowadziliśmy walki z systemem jako maksymalnie niezłomni, bo czytelnik nic by z tego nie miał. Cenzura zrzucałaby po prostu kolejne teksty, blokując wydanie numeru. I choć wydaje się, że dzisiaj umiarkowany pragmatyzm nie jest w cenie, chyba warto było.

 

***

 

Jak jednak wyglądało to „rozpychanie się” in concreto? Kiedy było groźnie, a kiedy tylko śmiesznie? W jakich sytuacjach upór był niepotrzebny czy nawet straceńczy? W jakich – konieczny? O tym można opowiedzieć wyłącznie na przykładach sporów między redakcją a cenzurą o teksty, akapity, słowa, nazwiska.

Prof. Stanisław Grygiel, filozof, współpracownik kard. Karola Wojtyły, a później papieża Jana Pawła II, był redaktorem miesięcznika „Znak” w latach 1962–1980. Mniej więcej od 1968 r. był także Jędrkiem – starym góralem, który na łamach pisma Hanny Malewskiej, ówczesnej redaktor naczelnej „Znaku”, publikuje pisane gwarą listy do Wawrzka – kolegi frontowego z okopów I wojny światowej (w „realu” był nim ks. Józef Tischner).

W liście z marca 1969 r. ( „Znak” nr 177) rozsierdzony wyjaśnia, jak to pani w banku go „ocyganiła”, bo kupiła od niego 500 dolarów za jedynie coś ponad 2 tys. zł. Dolar w banku kosztuje 4,70 zł, bo jest przeliczany nie wedle realnej wartości złotego na rynku światowym, ale zgodnie z kursem tzw. złotego dewizowego, którego wartość ustala NBP. Gdyby więc Jędrek kupował dolary w banku, za jeden zapłaciłby 17 zł. O ile na taki zakup by mu pozwolono, bo z reguły było to możliwe jedynie przed wyjazdem za granicę – wtedy przysługiwało prawo do zakupu pięciu dolarów. Jeśli gazda miałby ochotę kupić towary luksusowe (np. kawę, whisky czy robot kuchenny) w sklepie dewizowym (sieć takich sklepów prowadził Bank PKO, w 1972 r. przekształcono ją w Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego „Pewex”), jeden dolar miałby wartość ok. 70 zł. Na czarnym rynku cena jednego dolara mogła wynosić nawet 100–120 zł.

– Fragment, w którym Jędrek to przedstawiał, cenzura wywaliła – mówi Stanisław Grygiel. – PRL-owska gospodarka to była kpina, ale śmiać się z tego, że państwo musi ściągać dolary od obywateli, żeby mieć w ręku prawdziwe pieniądze, bo temu służyło istnienie złotego dewizowego? Co to, to nie. Śmiech w PRL-u był zawsze podejrzany.

I kiedy Grygiel przygotowywał się już do załatania dziury (chodziło o zaoszczędzenie czasu linotypistów, by nie musieli łamać tekstu, a może i jakiejś części numeru na nowo), zadzwonił w redakcji miesięcznika telefon. Odebrał Franciszek Blajda.

„Gazda właśnie wszedł do redakcji” – zakomunikował swojemu rozmówcy, którym była wicedyrektor krakowskiej cenzury. – „On już wie, że fragment jest wycięty, ale chciałby z Panią porozmawiać”.

„Pochwalony Jezus Chrystus” – wita się Jędrek z cenzorką. Upłynęła długa minuta, nim głuchą ciszę przebił kobiecy głos z niepewnym „Dzień dobry…”. „A niechze bedzie” – odpowiada Jędrek. I dalej gwarą pyta cenzorkę, czemu mu tak tekst pocięła. Czy on nieprawdę napisał? A jeśli faktom daje świadectwo, to jakże to, w Polsce prawdy pisać nie można? Przed wojną był sekretarzem Wincentego Witosa i ten zawsze go prosił, żeby mu tylko prawdę mówić, choćby i najtrudniejszą. A teraz co? Redakcja, uciszana przez Franka, rechotała w najlepsze. Cenzorka sumitowała się, że ona rozumie, ale nie można wszystkiego pisać tak otwarcie… Zgodziła się jednak, że gdyby wójt robił coś niedobrego, krytyka jest wręcz konieczna. Gdy gazda zapytał chytrze, czy „pierwszego wójta” prawo krytyki też dotyczy, cenzorka wybuchnęła śmiechem nie mniejszym niż redaktorzy „Znaku”.

„Pan wie, że nie mogę puścić tego fragmentu” – powiedziała na koniec. – „Proszę napisać cokolwiek dla załatania dziury. Puszczę to panu od ręki”. Perypetie Jędrka sygnalizowało jedno, niezdradzające szczegółów zdanie: „Pojadem aeroplanem, co kostuje dużo, bo koło osiemset dularów, za co dostołek, edyć nima o cem pisać, ani wspominać, kie to takie głupie”.

– I to już nie było to – wspomina prof. Grygiel. – Ale sympatyczna była troska cenzorki, którą ujęła zapobiegliwość starego gazdy próbującego ocalić nieszczęsny fragment także i takim tłumaczeniem, że gdy tekst będzie krótszy, to i honorarium mniejsze. A tak to mu zawsze ze „Znaku” coś konkretnego do gospodarki kapnęło…

 

***

Oprawiony w szare płótno „znak”, datowany na sierpień–wrzesień 1984 r. (nr 357–358), o tytule Polacy i Ukraińcy. Wczoraj, dziś, jutro, został wydrukowany w nakładzie zaledwie kilkudziesięciu egzemplarzy. Druk był nielegalny. Doszedł do skutku wyłącznie dzięki wyjątkowemu zaufaniu, jakim drukarze z Wadowickiej darzyli pana Franka Blajdę. Także kolportaż był prowadzony wyłącznie jego prywatnymi kanałami. Część nakładu, dzięki kontaktom Włodzimierza Mokrego, ukrainisty i ówczesnego współpracownika „Znaku”, przerzucono na Ukrainę, wówczas w granicach ZSRR, gdzie teksty, po przełożeniu, były rozpowszechniane i kolportowane.

„Numer ukraiński” był pokłosiem sukcesu odniesionego przez wydanie Żydzi w Polsce i w świecie. Katolicyzm – judaizm („Znak” 1983, nr 339–340), przygotowanego przez redakcję z okazji 40. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Cenzura nie miała nic przeciwko – nie zakwestionowała ani samego tematu, ani sposobu jego ujęcia.

Tomasz Fiałkowski: – Bo tu nie było problemu „sojusznika”, a temat żydowski przestał być tematem tabu, choć PRL nadal nie nawiązała stosunków dyplomatycznych z Państwem Izrael zerwanych w 1967 r. W przypadku Ukrainy rzecz wyglądała inaczej i stąd konfiskata aż dziewięciu tekstów z całego numeru oraz poważne niekiedy ingerencje w kolejnych dziewięciu. Artykuły, które ocalały, miały zostać opublikowane w kolejnych numerach „Znaku”, w żadnym wypadku jako zeszyt monograficzny czy choćby blok tekstów opatrzony zbiorczym tytułem.

Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk w piśmie z 3 października 1984 r. stwierdził, że w numerze tym „redakcja zamierzała zamieścić szereg publikacji sprzecznych z polską racją stanu, szkodzących stosunkom sojuszniczym z ZSRR”. W liście zamieszczono też ostrzeżenie: „utrzymywanie się w dalszym ciągu tego stanu rzeczy i kontynuowanie tak zorientowanej linii programowej pisma może spowodować cofnięcie zezwolenia na wydawanie miesięcznika »Znak«”.

Maria Makuch: – To już było groźne i nie sprowadzało się do tego, kto kogo przekona do swoich racji. Mimo że nie zajmowaliśmy się polityką, bo przygotowaliśmy do druku teksty literackie, poświęcone duchowości, religii, filozofii, sam pomysł wydania takiego numeru był dla władz wywrotowy. Pokazaliśmy bogactwo kultury ukraińskiej i to było problemem – że ukraińskiej, nie radzieckiej, choć Ukraina nie była przecież samodzielnym państwem.

Na pożółkłych kartkach egzemplarza należącego do Tomasza Fiałkowskiego adnotację „zdjęte w całości” właściciel umieścił m.in. przy zapisie dyskusji Bogactwo kultury pogranicza. A także przy tekstach: Iwana Łysiaka-Rudnyćkiego Ukraina między Wschodem a Zachodem, Włodzimierza Mokrego Ukraińców i Polaków wczoraj, dziś i jutro czy Andrzeja Zięby Ukraińcy i powstanie warszawskie.

– Ten ostatni tekst uznano za „godzący w sojusze” – pamięta Tomasz Fiałkowski. – Tymczasem autor udowadniał, że walczące po stronie niemieckiej oddziały ukraińskie nie brały udziału w pacyfikowaniu powstania i mordowaniu mieszkańców Warszawy. Odpowiedzialna za zbrodnie brygada Mieczysława (Bronisława) Kamińskiego, Rosjanina z polsko-niemieckimi korzeniami, powstała z założonej przez niego Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej (RONA), była po prostu międzynarodową bandą łotrów.

Największą awanturę cenzorzy zrobili o blok materiałów poświęconych abp. Andrzejowi Szeptyckiemu. Zarzut był jeden: „Po co piszecie o tym faszyście?”. Duchowny greckokatolicki, pochodzący z rodziny polsko-ukraińskiej, miał być pamiętany wyłącznie jako autor proklamacji witającej Wehrmacht wkraczający na ziemie ukraińskie w 1941 r. Redaktorzy „Znaku” przypominali zasługi wybitnego metropolity oraz jego bohaterskie wypowiedzi w obronie mordowanych Żydów czy napomnienia kierowane do sprawców bratobójczych wojen. Cenzura udaremniła te zamierzenia, powołując się na dwa punkty art. 2 ustawy o cenzurze. Wedle nich biogram metropolity, autorstwa Ryszarda Torzeckiego, oraz trzy listy Szeptyckiego z czasów okupacji (do Piusa XII oraz dwa listy pasterskie, w tym słynny Nie zabijaj) miały m.in. „godzić w niepodległość PRL” oraz (który to już raz!) w „jej sojusze”.

 

***

Cenzorzy bywali niekonsekwentni i w związku z tym nie zawsze przewidywalni. Pozwalano na publikację tekstów Adama Zagajewskiego, mimo zapisu na jego nazwisko (który pojawił się po podpisaniu przez poetę Listu 59, protestującego przeciwko zmianom Konstytucji PRL, uchwalonym w 1976 r.), wychodząc z założenia, że pismo niszowe (nawiasem mówiąc, za taki uważano wówczas nakład 12–15 tys. egzemplarzy) dociera przecież do niewielu. Z drugiej strony…

– Pamiętam kuriozalną rozmowę z cenzorem w okolicach beatyfikacji ojca Maksymiliana Kolbego w 1971 r. – mówi Halina Bortnowska. – Pieklił się, że piszemy o męczenniku, a przecież w socjalistycznym kraju nie ma miejsca na krzewienie kultu nowych świętych. Fakt, że byliśmy pismem o małym nakładzie, więc i nasza działalność musiała być siłą rzeczy ograniczona, nie dawał taryfy ulgowej. Fragmenty książki Victora Klemperera LTI. Notatnik filologa odwojowaliśmy z wielkim trudem.

„Z tysięcy drobnych obserwacji i notatek wyłania się obraz zatrutego złą mową społeczeństwa” – pisała Halina Bortnowska w krótkim wstępie poprzedzającym przetłumaczone przez siebie fragmenty tego dzieła. Publikacja zatytułowana Mowa to więcej niż krew ukazała się we wrześniu 1969 r. ( „Znak”, nr 183), kiedy nie przebrzmiała jeszcze akcja antyżydowska rozpętana w Polsce po protestach w Marcu ’68. „Drukowanie właśnie teraz tekstu na ten temat jest z waszej strony wyjątkowo perfidne” – miał powiedzieć cenzor, ostatecznie godząc się na publikację.

Redakcja nie obawiała się umieszczać na łamach tekstów Jacka Kuronia. „Wiem – co jest Dobro i co jest Zło – ale tak niewiele jest sytuacji w moim życiu, kiedy tak prosty jest wybór, którego muszę dokonać. Ale to chyba o tym pisze Bonhoeffer, kiedy każe podejmować decyzje tak, jakby Boga nie było. Jesteśmy więc dokładnie w takiej samej sytuacji – Cywiński i ja” – pisze Kuroń w 1972 r. zaproszony do dyskusji wokół książki Cywińskiego Rodowody niepokornych ( „Znak”, nr 216), ukryty pod panieńskim nazwiskiem żony Elżbiety Grażyny Boruckiej. Kolejny tekst – Chrześcijanie bez Boga ( „Znak” 1975, nr 250–251) – podpisał jako Maciej Gajka, czyli imionami syna i żony.

– Ale nie zawsze się udawało – wspomina Tomasz Fiałkowski – czego dowody znajdywałem czasami w szufladach redakcyjnych biurek. Z papierów wygrzebałem tekst Andrzeja Zagozdy, czyli Adama Michnika – widać cenzorzy rozszyfrowali pseudonim i o publikacji artykułu można było zapomnieć. Znalazłem też szpaltę wiersza Motyl Josifa Brodskiego w przekładzie Stanisława Barańczaka. Redakcja musiała zrezygnować z druku, bo wprowadzono zapis cenzorski na nazwisko tłumacza po tym, gdy Barańczak przystąpił do Komitetu Obrony Robotników i podpisał się pod Listem 59. No i sam Brodski, wtedy już emigrant, też był na indeksie…

Zapis na nazwisko Czesława Miłosza zaczął się luzować w 1977 r. Cenzura pozwoliła wówczas opublikować przekłady biblijne poety w „Tygodniku Powszechnym”, „Twórczości” i „Znaku” (nr 281–282), który zamieścił Ewangelię według Marka. Podobnie dwa lata później („Znak” 1979, nr 295–296), kiedy w numerze poświęconym w dużej części nowo wybranemu papieżowi redakcja opublikowała wiersz żydowskiego poety Nuchima Bomse’a Modlitwa mojej matki przed zmrokiem, autor przekładu nie musiał już być anonimowy.

 

***

Sejmowa Komisja Spraw Wewnętrznych i Wymiaru Sprawiedliwości uchwaliła w lipcu 1985 r. opinię, której autorzy ostrzegali, że „szczególnie niepokojąco wzrosła w ostatnim czasie liczba koniecznych wkroczeń cenzorskich w czasopismach Kościoła katolickiego oraz afiliowanych (»Tygodnik Powszechny«, »Znak« i »Więź«). W 1984 r. średnia miesięczna ilość ingerencji w tej grupie czasopism dochodziła do 70% ogółu ingerencji w całej prasie wydawanej w Polsce. Komisja stwierdza, że przedmiotem ingerencji były przede wszystkim treści godzące w podstawowe interesy państwa”. Członkowie komisji zauważali też, że „w pozostałej części polskiej prasy w 1984 r. ilość ingerencji spadła”.

Sporo tytułów „pozostałej części polskiej prasy” prawdopodobnie w ogóle nie potrzebowało cenzury, publikując jedynie „teksty słuszne”. Inne tytuły z kolei rezygnowały z zaznaczania ingerencji, bo choć prawo już przewidywało ich ujawnienie, korzystanie z niego było źle widziane.

– Cenzura bywała uciążliwa – przyznaje Halina Bortnowska. – Ale nigdy nie dopuściliśmy do tego, by redagowała nam „Znak”. Numery przygotowywane w czasach Hanny Malewskiej, która była redaktorem naczelnym w latach 1960–1973, były tak precyzyjnie ułożone pod względem tematycznym, jakby w ich cyklu produkcyjnym nie pojawiły się żadne przeszkody. Nic bardziej mylnego. Po prostu nie szkoda nam było czasu i inwencji na zacieranie śladów niszczącej działalności cenzury.

Taki sam imperatyw – ocalenia niezależności myślenia i działania – był obecny w działaniach następców Malewskiej: Bohdana Cywińskiego i Stefana Wilkanowicza, który objął stanowisko redaktora naczelnego „Znaku” w 1978 r.

Maria Makuch: – Paradoksalnie, istnienie urzędu cenzorskiego ośmielało nas w „Znaku” do odważnych posunięć. Na przykład w Czechosłowacji, gdzie takiej instytucji nie było, pisma cenzurowały się same, co było o wiele bardziej destrukcyjne dla ludzi. W naszych umysłach pytanie: „Co na to partia?”, nigdy się nie pojawiało. Także autorzy wiedzieli, że w osobie redaktora znajdą nie cenzora, tylko współpracownika, który myśli przede wszystkim o jakości tekstu i numeru. O cenzurze myślało się później, na pewno nie na etapie planowania ani redagowania tekstów.

Wewnętrzny cenzor nie miał pola do popisu, niemniej w 1982 r., przygotowując wydanie o społecznej nauce Kościoła („Znak”, nr 332–334), redakcja przedrukowuje dokumenty papieskie poświęcone tej tematyce (od Rerum novarum po Laborem exercens), ale pomija encyklikę Piusa XI z 1937 r. Divini redemptoris. Redaktorzy, przewidując natężenie cenzorskiej uwagi przy encyklice, która w polszczyźnie funkcjonuje pt. O bezbożnym komunizmie, obawiała się, że cenzorzy po wprowadzeniu w niej ingerencji na wszelki wypadek równie uważnie przeczytają pozostałe encykliki i również w nich będę chcieli przeprowadzać cięcia. Nieco kunktatorski wybieg się powiódł – ostentacyjnie antyreżimowego dokumentu zabrakło, ale pozostałe encykliki społeczne wydrukowano bez jednego skreślenia.

Zdarzały się, choć sporadycznie, sytuacje, kiedy autorzy przesyłali tekst do redakcji „Znaku”, z góry zaznaczając, że nie godzą się na żadne ingerencje cenzorów. Takie zastrzeżenie uczynił prof. Michał Głowiński przy tekście Pismak 1863, w którym przedstawia rzetelnie zrekonstruowaną pod względem historyczno-literackim postać Józefa Aleksandra Miniszewskiego. „Ów płodny pisarz, salonowy gaduła, autor kilku przynajmniej utworów, które cieszyły się pewną popularnością, znalazł się w samym centrum ówczesnych konfliktów” – pisze Głowiński o dziennikarzu, który publikował teksty krytyczne na temat powstania styczniowego i został, jako zdrajca, zasztyletowany na ulicy. „Znalazł się wśród tych, co przeciwstawiali się wszelkim dążnościom narodowym, nie tylko negowali sensowność powstania, ale robili wszystko, by mu przeszkodzić i doprowadzić do jak najszybszego upadku”.

„Przecież pan wie, o kim to jest…” – powiedział spokojnie cenzor, kiedy pan Blajda próbował przepchnąć tekst przez cenzurę.

Artykuł prof. Głowińskiego został odczytany – prawdopodobnie zgodnie z intencjami autora – jako portret innego dziennikarza, tyle że współcześnie żyjącego i mocno znienawidzonego

– Jerzego Urbana, rzecznika prasowego rządu. „To jest nawoływanie do przemocy” – zakończył rozmowę cenzor.

– Nasi przeciwnicy też byli wykształceni, inteligentni i oczytani. Nie brakowało wśród nich służbistów – mówi Maria Makuch. – To nie były „panie z okienka”, które można było sobie zjednać czekoladą lub kawą. Nie zawsze dawali się „zagadać”, co tak ofiarnie praktykował Franek.

***

Kiedy Stanisław Grygiel musiał przyjmować do wiadomości cenzorskie opinie, np. o dramacie Jeana Anouilha Antygona, uwspółcześnionej wersji greckiej tragedii, że „jest pełen aluzji do PRL”, więc nie może być cytowany, pytał retorycznie redakcyjnych kolegów: „To już Sofokoles przewidział dziwactwa Polski Ludowej?”.

– Jak widać, nie zawsze było groźnie – komentuje po latach – a gdy jeszcze „puścili” jakąś aluzję czy niedopowiedzenie, szmer zadowolenia przechodził przez naszą mało liczebną redakcję. Nawet kieliszki lądowały na zawalonym papierami biurku – trzeba było to uczcić. Dzisiaj to my możemy się wydawać śmieszni, bo czym się tak rajcowaliśmy? Może trzeba było iść z karabinem na cenzurę, zamiast prowadzić wyrafinowane intelektualnie podchody o słowa i akapity? Franciszek Blajda nie pojawiał się jednak w urzędzie przy Rynku Kleparskim uzbrojony.

Maria Makuch: – Rozmawiał bez nienawiści. Franek, nawet gdy mówił cenzorowi: „Pan siedzi w gównie i ja w nim tkwię, ale pan je liżesz, a ja się nim brzydzę”, nie robił tego złośliwie. Raczej współczująco.

Bez nienawiści w sercu można przetrwać najgorsze czasy, nawet rozkruszać knebel, którym blokowano wolność wypowiedzi w autorytarnym państwie. Tyle że z czasem samo istnienie cenzury, niezależnie od intensywności działania jej urzędników, podcinało skrzydła.

– Zwłaszcza wtedy kiedy siadała atmosfera w kraju – opisuje własne wrażenia Tomasz Fiałkowski. – Dla mnie „czasem marnym” były lata 1986–1987 – Solidarność to już nie była dziesięciomilionowa organizacja, energia spiskowania przeciwko reżimowi powoli się wyczerpywała, „bo ileż można”. Ludzie młodsi ode mnie o dekadę wyjeżdżali za granicę przekonani, że w Polsce nie ma dla nich żadnej przyszłości. W „Znaku” mieliśmy poczucie, choć chyba tego nie widać po numerach, jakby koła maszynerii, którą sterujemy, buksowały w piasku. No bo jak długo można się emocjonować fortelami przedsiębranymi dla oszukiwania cenzorów? Dla kogo i po co to wszystko?

Dwa lata później redaktorzy „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego” i wydawnictwa stali się uczestnikami zmiany ustrojowej. W skromnych pomieszczeniach redakcji miesięcznika i krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej przy Siennej 5 znalazł przystań Komitet Obywatelski. Na pytanie: „Czy warto?”, historia odpowiedziała sama.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata