70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Marek Piasecki

Całe jej życie było wewnątrz

Nikt inny nie wkładał w „Znak” ani ułamka tego skupienia, pracy i odpowiedzialności co Hanna Malewska. Miesięcznik absorbował ją całkowicie. Przez lata pracy nad nim odkładała na drugi plan pisanie własnych książek.

Mateusz Burzyk: Bardzo się starałem, by się do Pani nie spóźnić.

Halina Bortnowska: A dlaczego? Ja mam akurat sporo czasu, z domu obecnie bardzo rzadko wychodzę, więc nigdzie się nie spieszę.

 

Umówiliśmy się na rozmowę o Hannie Malewskiej. Wspominając ją w 1993 r., napisała Pani: „Każda wpadka (błąd w korekcie, poślizg w tłumaczeniu) w jej obecności zawstydzały. Były czymś w rodzaju małej zdrady”. Uznałem, że w takim kontekście spóźnienie byłoby niedobrym początkiem.

Nie, dla mnie to nie kłopot, bo jestem innym typem człowieka. Chyba że przyjmiemy, iż Pani Hania jest tu z nami i przysłuchuje się naszej rozmowie.

 

Podobno Malewska przede wszystkim lubiła słuchać, więc możemy poczynić takie założenie.

Była bardzo ciekawa, co ludzie mają do powiedzenia. W swoim pokoju w krakowskim mieszkaniu przy pl. Axentowicza usadzała gości w fotelu, częstowała herbatą lub winem i z wielką atencją słuchała.

 

Przywołałem owo zawstydzenie odczuwane w towarzystwie Malewskiej, bo mowa o nim w różnych głosach na jej temat. Pisał o tym w pięknym wspomnieniu choćby Marek Skwarnicki, wyznając, że onieśmielenie ogarniało go niemal przy każdym spotkaniu z nią.

To prawda, ale bywało też od wrotnie. Pamiętam momenty, kiedy ona chciała kogoś poznać i bardzo jakiegoś człowieka wyczekiwała. A potem byłam świadkiem, jak siedzą naprzeciw siebie i nie bardzo są w stanie nawiązać rozmowę, bo owszem ona onieśmielała, ale sama też bywała onieśmielona – np. poetą, którego wiersze ceniła.

 

Wydaje mi się, że to onieśmielenie stale towarzyszy świadkom życia Malewskiej, przez co młode pokolenie ma problem, by czegoś się o niej dowiedzieć. Skąd ta trudność w mówieniu o Malewskiej?

Osobiście również tę trudność odczuwam. Niełatwo jest mówić o kimś, kto nie chciał być tematem, kto sam się usuwał i nie chciał, by się na nim koncentrować. Cały czas była w gruncie rzeczy ukryta. Zniechęcała do tego, by poświęcać jej tyle uwagi, ile jej się należało.

 

Chyba z tego powodu powiedziała Pani kiedyś, że „napisanie jej biografii nie jest pomysłem realistycznym, [bo] nie zostawiała śladów”.

Tak, na szczęście myliłam się, bo bardzo dobrze udało się ją przedstawić Annie Głąb w Ostrydze i łasce. Praca przy pisaniu tej biografii musiała być podobna do tej, którą Malewska wykonała w swojej książce o Norwidzie (Żniwo na sierpie) – w obydwu przypadkach konieczne było utożsamienie się z osobą, o której chciało się coś powiedzieć.

 

Z biografii autorstwa Anny Głąb można się sporo dowiedzieć, choć jest ona skoncentrowana na książkach Malewskiej.

Bo w przeciwieństwie do trudności, jaką było rozmawianie z Panią Hanią o niej samej, chętnie dyskutowała ona o książkach własnych i innych autorów. Przypominam sobie np. rozmowy o różnych tomach pisanych przez Antoniego Gołubiewa. Czytała je z wielką sympatią, zrozumieniem, ale też gotowością krytyczną. Malewska była niesamowicie dokładna w tym, co dotyczy tekstów – wynikało to z naukowego treningu (studiowała wszak historię na KUL-u na początku lat 30.). Wywodziła się ze szkoły, która uczy, że nie mamy prawa przeinaczać tekstu już istniejącego.

 

Mam jednak wrażenie, że odsyłanie do książek Malewskiej – sugerowanie, że właśnie w nich się ukryła, to również stały motyw w wypowiedziach osób, które były świadkami jej życia. W konsekwencji stała się postacią prawie nieznaną. Współdecydowała o kształcie „Znaku” (pracując w miesięczniku od 1946 r., najpierw prowadząc pismo wspólnie ze Stanisławem Stommą i Jackiem Woźniakowskim, a następnie, w latach 1960–1973, jako redaktor naczelna z nowym, zbudowanym przez siebie zespołem) i całego środowiska, a – przyznam z zawstydzeniem – przez lata nic o niej nie wiedziałem. Wydawało mi się, że postacią dominującą w „Znaku” była nie ona, ale np. ks. Józef Tischner.

Pytanie: dla kogo?

Tischner nie był redaktorem miesięcznika, choć miał swój wkład w pismo, przynosił pomysły, które były dość chętnie podejmowane, ale zajmował się jednak przede wszystkim swoją myślą i twórczością. Zresztą Malewska odrzuciła pierwszy tekst napisany przez Tischnera – popadał w nim w żargon filozoficzny, a nie tak miało się pisać do miesięcznika.

Dla nas, którzy pracowaliśmy z Malewską na co dzień, świat kręcił się wokół niej. Ona była twarzą „Znaku”, a pismo było dla niej najważniejsze, absorbowało ją całkowicie. Przygotowywała je z pewnym rodzajem perfekcji, przez lata odkładając niemalże na drugi plan własne książki. Nikt inny nie wkładał w miesięcznik ani ułamka tego skupienia, pracy i odpowiedzialności co Malewska. Przy czym, proszę zwrócić uwagę, że ona właściwie do „Znaku” nie pisała, raczej nas inspirowała, zestawiała materiały pochodzące od inny osób (ważnym jej doradcą była Anna Morawska), tłumaczyła teksty, jakich przekładu nikt innych nie chciał się podjąć lub takich autorów, z którymi czuła duchowe pokrewieństwo, jak np. Simone Weil. To, co Malewska myślała o „Znaku”, było dla nas nie do odróżnienia od tego, co było naszym obowiązkiem.

 

Problem z poznawaniem Malewskiej poprzez jej książki (choćby wielkie historyczne powieści, takie jak opowiadająca o kresie imperium rzymskiego Przemija postać świata, osadzone w XIII w. Kamienie wołać będą czy uchodzący za polemikę z Trylogią Panowie Leszczyńscy) polega też na tym, że nie należą dziś one, niestety, do najbardziej popularnych…

Ubolewam nad tym.

 

Specjalnie przed naszą rozmową dopytywałem koleżankę po studiach polonistycznych, czy powieści Malewskiej czyta się na uniwersyteckich zajęciach. Odpowiedziała przecząco.

Bardzo bym chciała, żeby Pańska koleżanka sięgnęła po te książki, bo inaczej dużo straci. Być może jednak jest tak, że Malewska jako autorka miała swoje miejsce w pewnej szczególnej epoce, a w następnej już go nie ma.

W PRL-u jej książki i teksty publicystyczne stanowiły dla wielu punkt odniesienia – pamiętam wyznanie Adama Michnika, dla którego lektura opowiadania Sir Tomasz More odmawia była krzepiącym doświadczeniem podczas pobytu w więzieniu na Mokotowie.

Do utraty tego statusu przez Malewską przyczyniła się niewątpliwie sytuacja wydawnicza: jeśli książek jakiegoś autora nie ma w księgarniach i brakuje ich w bibliotekach, to nie ma co się dziwić, że wypada z obiegu.

 

Po długim czasie oczekiwania wznowienia ukazały się w Wydawnictwie Znak dopiero po 2010 r.

No właśnie, za długo ich nie było, trudno jest wskrzesić autora po wielu latach nieobecności. Malewska była niezamężna, nie miała dzieci i spadkobierców, którzy odpowiednio zaopiekowaliby się jej spuścizną. Prawa autorskie do jej książek wędrowały dziwnymi szlakami: trafiły do jej brata, który mieszkał w Wielkiej Brytanii, on zmarł niedługo po niej, więc prawa dostały się jego drugiej żonie i znalazły się w rękach mieszkających za granicą powinowatych, którzy z Panią Hanią właściwie  nigdy nie mieli kontaktu. Nie znam szczegółów tej sytuacji, ale niewątpliwie trzeba było pokonać pewne trudności prawne, by do wznowień jej książek doprowadzić.

 

Po wojnie Malewska oddała się niemal całkowicie „Znakowi”. Jej książki pisane były właściwie tylko po godzinach, w dni wolne lub w czasie urlopów. Czy dzieliła się z redakcją sprawami książek, które tworzyła w zaciszu domowym?

Pani Hania ostro rozgraniczała „Znak” i pisanie książek – to było coś niesłychanie ważnego, ale jako rodzaj szlachetnej prywaty. Nie robiła z tego jednak tajemnicy. Najbliższą osobą, z którą dzieliła się różnymi potrzebami w związku ze swoim pisaniem, był Franciszek Blajda. Franek w dużej mierze walczył o jej książki w trakcie wydawania, bił się z cenzurą i zabiegał o przyzwoity papier w drukarni. Żeby o jakiejś nowej jej książce rozmawiać, musiała być ona właściwie gotowa. Dostawało się wtedy maszynopis – kiedyś jeden z nich przetrzymałam i okazało się, że w ten sposób szczęśliwie ocaliłam część z jej przyszłej książki.

 

Co to był za tytuł?

LLW, czyli co może zdarzyć się jutro. Pani Hania uważała, że pewne maszynopisy nie będą jej już potrzebne, i je spaliła. Zachował się tylko ten egzemplarz, który był u mnie.

 

Kiedy w 1961 r. trafiła Pani do „Znaku”, Hanna Malewska była uznaną pisarką. Od strony literackiej nikt nie musiał jej wtedy Pani przedstawiać. Zastanawiam się jednak: kiedy Pani – a także inni członkowie redakcji miesięcznika – dowiedziała się o jej konspiracyjnej przeszłości: udziale w powstaniu warszawskim, a przede wszystkim o kierowaniu komórką szyfrów w Komendzie Głównej Armii Krajowej?

Dzisiaj mam wrażenie, że zawsze o tym wiedziałam. Nie pamiętam bowiem pojedynczego momentu wtajemniczenia. Ale może było nim przeczytanie opowiadania Czyste mieszkanie, gdzie za pomocą sztuki przypomniała ona tajną pracę „Karolinek”, bo taki pseudonim nosiła grupa pracujących z nią dziewczyn? Dochodził do tego z pewnością fakt, że w rzadkich, zupełnie unikalnych momentach wytężonej pracy Pani Hania miała zwyczaj chwalić nas jako pilnych redaktorów pisma tymi słowami: „Dzisiaj w »Znaku« jest jak w komórce szyfrów”. Słysząc to, czuliśmy się dumni i intuicyjnie wiedzieliśmy, skąd brało się to odniesienie. A dodatkowe natężenie pracy było najczęściej wywołane ingerencjami cenzury. Wskutek jej działań musieliśmy w pośpiechu – bo drukarnia wstrzymywała wówczas dla nas swoją pracę – łatać dziury w tekstach. To były często sytuacje podbramkowe.

 

Malewska nie opowiadała więc o wojennych doświadczeniach wprost, ujawniały się one raczej mimochodem?

Tak, otwarte mówienie o tym mogło być niebezpieczne i dla niej, i dla współpracujących z nią podczas wojny osób, a z kolei chwalenie się tym w gronie bliskich zupełnie nie było w jej stylu.

 

To z tego powodu o konspiracyjnym życiu Malewskiej Jerzy Turowicz dowiedział się dopiero po jej śmierci?

Do mnie informacje o nim dotarły wcześniej, choć nie znałam szczegółów – nie wiedziałam np. o odkrytej przez kuzynkę Pani Hani, Krystynę Poborską, wydanej w 1970 r. legitymacji Krzyża Walecznych. Nie wykluczam więc, że wielu, nawet zaprzyjaźnionym, osobom brakowało choćby szczątkowej wiedzy na ten temat.

 

Anna Głąb przypomina w swojej książce słowa, jakie Malewska zapisała w pierwszą rocznicę powstania warszawskiego: „Boże daj, aby to cmentarzysko, którego nigdy nie opłacze miłość nasza, i ta krew, którą powinno się było zebrać jak krew z katakumb (…) – daj, żeby były ostatnie”. Hanna Malewska nie dożyła przełomu 1989 r. Czy były jakieś wydarzenia, które szczególnie ją ucieszyły, pozwoliły zapomnieć o traumie przeszłości i szarej codzienności?

Powiedziałam kiedyś, że cieszę się, iż Pani Hania dożyła kolejnego wielkiego zrywu, jakim była Solidarność, a nie musiała już oglądać jej rozpadu.

 

W 1975 r. Malewska była jeszcze sygnatariuszką Listu 59, ale na początku lat 80. nie miała już raczej sił na osobiste zaangażowanie.

Zdecydowanie, to my – znajomi i przyjaciele – przychodziliśmy do niej i zdawaliśmy sprawozdania. Ona darzyła to nasze opozycyjne zaangażowanie wielkim szacunkiem. Takie przynajmniej miałam poczucie. Podobało jej się, że było jakieś połączenie między pracą redakcyjną a tym, co się działo  w świecie zewnętrznym.

 

Jeśli jednak pyta mnie Pan o wydarzenia, które szczególnie ją poruszyły, to bez żadnych wątpliwości był to wcześniej II Sobór Watykański. To był szczególnie ważny moment dla całego „Znaku”, bo mieliśmy poczucie współodpowiedzialności za reformę Kościoła.

Tłumaczyliśmy wiele dokumentów soborowych, a także teksty ojców soborowych: Yvesa Congara, Henriego de Lubaca, Edwarda Schillebeeckxa. Pani Hania nie bała się tych wielkich reformatorskich nazwisk, które wtedy do nas z Rzymu przywędrowały.

Myślę, że jako autorka takich książek jak Przemija postać świata Malewska musiała przeżywać sobór jeszcze w jakiś szczególny sposób. Ona miała przecież niezwykle głębokie poczucie historii i procesów w niej zachodzących

 

A jak przeżyła wybór Karola Wojtyły na papieża?

Wtedy była jeszcze w pełni sił i zaangażowania – cieszyła się bardzo, jak my wszyscy. To było naprawdę wielkie przeżycie. Byliśmy z kard. Wojtyłą blisko związani, ponieważ członkowie redakcji „Znaku” i „Tygodnika” spotykali się z nim regularnie, najczęściej na kolacjach w kurii, podczas których rozmowy przedłużały się do późna. Kardynał zadawał pytania, czasem sam coś stwierdzał, ale głównie słuchał i dopytywał wszystkich o głosy. Na koniec znakomicie, wnikliwie i ciekawie to streszczał. Mieliśmy z nim bardzo żywy kontakt. Niemniej dodałabym, że nasze relacje z Wojtyłą nie powinny umniejszać siły związku – o innym oczywiście charakterze, nie tak osobistego – środowiska, a szczególnie Malewskiej, z Janem XXIII. Pani Hania była nim zafascynowana.

 

O tym, jak cenił Malewską Jan Paweł II, świadczy choćby opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” list, który wysłał on w związku z jej śmiercią w 1983 r. do Stefana Wilkanowicza.

Niewątpliwie. Była dla niego gwarantem, że wszystko w „Znaku” jest w porządku. Sądzę, że w ich relacji ważne było to, że ona go doceniła także jako autora, publikował przecież w „Znaku”, a mogło być inaczej, bo w pisaniu był on amatorem.

Jak mocny był u papieża szacunek do Malewskiej i pamięć o niej, mogłam się przekonać, goszcząc w Rzymie. Tradycja była bowiem taka, że zapraszał on na obiad przyjezdnych z kraju. I jeszcze za życia Pani Hani powtarzał podczas tych posiłków: szkoda, że jej tu nie ma.

 

Czy po jej śmierci Pani również, jak papieżowi, zdarzało się tak mówić?

Niejeden raz. Przede wszystkim dlatego że z jej odejściem niełatwo się było pogodzić. W latach 80. nie bywałam już u Pani Hani tak często, mieszkałam w Nowej Hucie, miałam tam sprawy, które mocno mnie angażowały, ale musiałam widzieć, że jest coraz słabsza, że w niepokojąco szybki sposób się męczy. Zorientowałam się, że interwencja jest pilna, gdy było już za późno.

 

Nikt się nie zorientował, nawet lekarze.

Malewska była ofiarą swojego statusu: gruźlicę wykryto by od razu u każdej przywiezionej z ulicy osoby, ale nie u znanej pisarki. Podstawowe w tym zakresie badanie plwociny zlecono na sam koniec, wyniki przyszły już po śmierci. Wszystkie leki, które wcześniej przyjmowała, wcale jej nie pomagały.

 

Powiedziała mi Pani przez telefon: „Ostatni pobyt w szpitalu był już tylko zejściem w milczenie”.

Całe jej życie było dyskretne. Pamiętam, że jeszcze przed tą pamiętną Niedzielą Palmową spotkałam przypadkiem kard. Macharskiego. Zaczęliśmy rozmowę o niej. Wpadłszy w jedno ze swoich zamyśleń, kardynał powiedział cicho: „Całe jej życie jest wewnątrz”. Była w tym jakby lekka sugestia, że świat powinien to zauważyć. Niestety, żadną miarą nie potrafiliśmy.

 

Halina Bortnowska

Publicystka, działaczka społeczna, opozycjonistka, członkini rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka (w latach 2007–2012 przewodnicząca). W latach 70. XX wieku współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce, zakładając pierwsze hospicjum w Nowej Hucie. Redaktorka miesięcznika „Znak” w latach 1961–1984, sekretarz redakcji prowadzonej przez Hannę Malewską


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter