70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nadzieja na ocalenie

Ponieważ w ewolucji nic nie jest planowane ani przewidywane, wpisana jest w nią niedoskonałość. Nie trzeba jednak być tworem doskonałym, by móc przekazać geny. Wystarczy być odrobinę lepszym od innych.

Anna Mateja: Podobno współczesnego człowieka bardziej od wiedzy prawdziwej interesuje ta atrakcyjna.

Jan Kozłowski: A ja dowiedziałem się, że żyjemy w czasach postprawdy, bo fakty zdają się tracić coraz bardziej na znaczeniu na rzecz emocji i przekonań. Zastanawiam się, na ile nauka potrafi obronić się przed takim myśleniem.

 

Teoria ewolucji broni się od 1859 r., kiedy Karol Darwin ogłosił pracę O pochodzeniu gatunków, bo nikt drogą metody naukowej nie zdołał tej teorii podważyć. Mimo to nie brakuje sceptyków kwestionujących twierdzenie, że świat i człowiek podlegają ewolucji.

Jednym ze źródeł nieporozumień jest literalne traktowanie Biblii, przynajmniej przez niektórych jej czytelników, jakby to była księga wiedzy o przyrodzie albo historii ludzkości. Patrzę na to inaczej: w moim przekonaniu to dzieło o rodzeniu się człowieczeństwa. Rozpoczęte zerwaniem owocu z drzewa wiadomości dobra i zła, co jest symbolem nabycia umiejętności stosowania ocen moralnych. A skoro tak, nie musiało być „wąskiego gardła”, czyli pierwszej pary ludzi, od których mielibyśmy wszyscy pochodzić.

Prarodzicami ludzkości stała się zapewne grupa około 100 istot, w których DNA zaszła zmiana polegająca na zlaniu się w jądrach ich komórek dwóch chromosomów.

To je odróżniło od szympansów – gatunku spośród wszystkich żyjących organizmów nam najbliższego, bo łączy go z nami nie mniej niż 98% genów. Ale na pewno na początku nie było „pierwszych rodziców”, przy czym Kościół obstawał nawet wówczas, gdy już pogodził się z istnieniem procesu ewolucji.

 

W nauce może być coś „na pewno”?

Słusznie – w nauce niczego nie ma na pewno. Teorie są najwyżej wysoce uprawdopodobnione, dlatego trzeba powiedzieć: z ogromnym prawdopodobieństwem była to grupa ludzi. Nieporozumień na temat ewolucji byłoby dużo mniej, gdyby dwie sfery: metafizyka i nauka, nie wchodziły sobie w drogę, wzajemnie szanując swoją odrębność. Celem nauki jest bowiem dążenie do pozyskania wiedzy prawdziwej o świecie (nawet gdyby miała ona podważyć wiarę maluczkich), a drogę, która prowadzi do tego celu, stanowi metoda naukowa. To ona zakłada, że obiektem badań mogą być jedynie zjawiska powtarzalne. A dla teorii sformułowanej na podstawie obserwacji, czasami intuicji czy przypuszczeń trzeba szukać dowodów, które ją podważają, a nie potwierdzają. Dopóki takie się nie znajdą, uznaje się ją za obowiązującą. I to działa, co widać po osiągnięciach nauki: w medycynie, technologii, komunikacji.

Gdyby na tym tylko poprzestać, akceptacja twierdzenia, że Stwórca wprowadził człowieka na świat drogą ewolucji, nie nastręczałaby przesadnych trudności. Szkopuł w tym, że ewolucja nie jest procesem zdeterminowanym, co oznacza, że jej częścią są zjawiska nieprzewidywalne, w tym katastrofy. Uderzenie asteroidu w Ziemię 66 mln lat temu, które najpierw rozgrzało, a potem ochłodziło temperaturę atmosfery tak znacząco, że doprowadziło do zniknięcia 75% ówczesnej flory i fauny, w tym wymarcia dinozaurów (jedynymi ich potomkami są dzisiaj ptaki), planowane przecież nie było. A dla powstania Homo sapiens miało to znaczenie zasadnicze. Po tym zdarzeniu ssaki, które były zwierzętami nocnymi, żyjącymi na marginesie ekosystemu, wypełniły dziurę powstałą po dominujących wcześniej w przyrodzie gadach. Było to możliwe, bo ssaki były stałocieplne, więc lepiej przystosowane do niższych temperatur, i nauczone polować w nocy.

 

Gdyby jednak asteroida ominęła powierzchnię kuli ziemskiej, ssaki pozostałyby mało ważną w ekosystemie grupą stworzeń, a być może jeden z gatunków dinozaurów osiągnąłby wyższą inteligencję.

Czemu nie? Ewolucja nie jest ograniczona wytyczonym planem czy celami do osiągnięcia. Jest w gruncie rzeczy prostym mechanizmem, którego istotę stanowi przekazywanie genów następnemu pokoleniu. Chyba właśnie ta prostota powoduje, że tak trudno proces ewolucji niektórym – czasami nawet fizykom! – zrozumieć. Opiera się on na trzech zasadach.

Pierwsza: w przyrodzie istnieje zmienność, a od warunków środowiska zależy, czy konkretna zmiana okaże się użyteczna. Druga: jak ujął to Darwin – podobne rodzi podobne, wyjaśniając, że przekazywanie życia opiera się na zasadach dziedziczenia (których nie mógł znać, bo prawa Mendla, choć ogłoszone w 1866 r., dopiero ok. 1900 r. dotarły do opinii publicznej). Trzecia: zasoby środowiska są ograniczone, a więc nie wszystko, co pojawia się na świecie, może przeżyć. Poradzą sobie te organizmy, których program przekazywania życia, zawarty w genach, pozwala sprawniej zaadaptować się do warunków środowiska i dzięki temu pozostawić kolejnym pokoleniom więcej kopii genów.

Proces przystosowania jest możliwy, bo geny determinują jedynie to, co najważniejsze dla organizmu, m.in. zasady jego rozwoju i rozmnażania. Zawierają program przekazywania życia, ale bardziej przypomina on przepis kulinarny niż precyzyjnie rozpisany projekt (zabrakłoby genów, gdyby chcieć zaprogramować każdy detal). Proces adaptacji nie ma końca, bo to, co jest dobre dziś, jutro może okazać się zbędne, a nawet szkodliwe. Szanse przeżycia, czyli kopiowania genów do następnych pokoleń, zależą od tego, jaki zawierają program – przepis na życie. Te różnice prowadzą do selekcji organizmów, której proszę sobie nie wyobrażać jako działającego bezwzględnie tzw. doboru naturalnego. To by zakładało świadome działanie według założonego planu, niczym w hodowli. Tymczasem ewolucja powoduje jedynie odrzucenie z pewną dozą prawdopodobieństwa, czyli nie zawsze, osobników słabszych, gorzej przystosowanych do środowiska.

I to jest cała ewolucja.

 

Jeżeli jej mechanizm jest tak klarowny, dlaczego nawet niektórzy fizycy, mimo umiejętności analitycznego myślenia, mają problem z akceptacją ewolucji? O zwolennikach tzw. inteligentnego projektu nie wspominając…

Bo może trudno im przyjąć, że nie jest to proces deterministyczny, przebiegający wedle założonego równania, którego wynikiem jest pojawienie się człowieka. Ponieważ w ewolucji na tego rodzaju myślenie nie ma miejsca, niektórym łatwiej jest założyć nawet interwencję Pana Boga, jeżeli On istnieje, w stworzenie Ziemi i człowieka, niż przyjąć, że nasz świat nie był zaplanowany.

Życie indywidualne nie ma w ewolucji żadnego znaczenia. Wyobraźmy sobie, że mamy dwie grupy: jedna jest nosicielem mutacji, druga – nie. W wyniku niesprzyjających warunków ginie 85% przedstawicieli pierwszej grupy i 90% drugiej. Gdyby taka sytuacja się powtarzała, ta różnica wystarczy do utrwalania mutacji pierwszej grupy w kolejnych pokoleniach. Dla człowieka, którego poczucie wyjątkowości wspiera stworzona przez niego kultura, jest to często nie do przyjęcia. Ginie 85% populacji i nic się nie dzieje? Mutacja się utrwala, historia toczy się dalej?… Przywiązanie do osobniczego życia jest w nas tak silne, że w imię tego jesteśmy w stanie odrzucać teorie podważające jego znaczenie. Nawet jeśli ich wyjaśnienie i zrozumienie nie nastręczają większych trudności.

Nie tylko wierzący mają problem z takim postawieniem sprawy. „Nie chcę być automatem do przekazywania genów” – usłyszałem od znajomego naukowca z Finlandii, agnostyka, kiedy mu wyjaśniłem, że w świetle teorii ewolucji organizmy żywe są w gruncie rzeczy wehikułami do przekazywania genów następnemu pokoleniu. Ludzie uciekają w kulturę i religię, bo nie chcą być wyłącznie istotami biologicznymi. Tymczasem teoria ewolucji nie potrzebuje do potwierdzenia swojej prawdziwości istnienia Stwórcy, ale też nie podważa Jego ewentualnego istnienia. To po prostu nie jest jej temat. Naukowcy, jak słusznie pisał Karl Popper, muszą zajmować się teoriami, które poddają się falsyfikacji. Teza o istnieniu Stwórcy do takich nie należy.

 

Powiedział Pan przed momentem, co zabrzmiało jak paradoks, że najtrudniej zrozumieć i zaakceptować kwestie proste. Dlaczego?

W książce Wymarzone jezioro Darwina. Dramat w Jeziorze Wiktorii Tijsa Goldschmidta (przekład Moniki Betley) jeden z bohaterów wyjaśnia teorię ewolucji na przykładzie ryb z Jeziora Wiktorii. Jego rozmówczyni, lekarka, rozumie wywód, ale teorii nie przyjmuje, bo w jej przekonaniu skomplikowane mechanizmy, np. szyja żyrafy, nie mogą powstać w tak prosty sposób. Prostota ewolucji zderza się ze złożonością przyrody. I nie ma w tym nic dziwnego, bo ewolucja, działająca drobnymi krokami, jest rozłożona na miliony pokoleń.

Szyja żyrafy powstała więc w ten sposób, że w każdym pokoleniu lepiej przeżywały porę suchą te z nich, które sięgały wyżej, choćby o centymetr, do korony drzew. Nie zawsze działo się tak, że trudny czas przeżywały jedynie żyrafy z dłuższą szyją, a z krótszą – nie. Jednak nawet niewielkie zróżnicowanie prawdopodobieństwa przeżycia w długim czasie doprowadziło do tak radykalnej zmiany. Trzeba też pamiętać, że ewolucja jest mechanizmem majsterkowicza – zmiana nie jest wymyślana od podstaw, ale bazuje na tym, co już istnieje.

 

Dlatego wszystkie kręgowce mają siedem kręgów szyjnych, niezależnie od długości szyi.

Właśnie – nie powstała nowa szyja żyrafy, która pozwoliłaby jej oskubywać wysokie drzewa na sawannie, tylko wydłużyło się u niej siedem istniejących już kręgów. Dlatego choć powstało piękne zwierzę, które majestatycznie się porusza, budowa jego szyi nie jest doskonała. Przy większej liczbie kręgów byłaby ona bardziej elastyczna i żyrafa nie musiałaby szeroko rozstawiać przednich nóg, sięgając po trawę czy niżej rosnące pędy. Ewolucja już tego nie usprawni, bo zmiana decydująca o liczbie kręgów musiałaby się pojawić na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Ale wtedy nie było jeszcze na nią zapotrzebowania. Ponieważ w ewolucji nic nie jest planowane ani przewidywane, niedoskonałość jest w nią wpisana.

Świetnie to ilustruje anegdota o dwóch filozofach, którzy rozmawiając na mądre tematy, spotykają niedźwiedzia. Kiedy jeden z nich zaczyna gwałtownie uciekać, drugi krzyczy: „Po co? Przecież niedźwiedź jest szybszy”. „Nie chcę być szybszy od niedźwiedzia, tylko od ciebie” – odpowiada pierwszy, licząc na to, że drapieżca zje najpierw jego kolegę. Mądrość z tego taka, że wyścig adaptacyjny dokonuje się wewnątrz populacji danego gatunku i nie trzeba być tworem doskonałym, by móc przekazać geny. Wystarczy być tylko odrobinę lepszym od innych.

 

„Coś tak doskonałego nie może być po prostu wytworem ewolucji” – usłyszałam od jednego z transplantologów, opisującego „mądrze pomyślane” szczegóły ludzkiej ręki.

Nie zdaje on sobie sprawy z istnienia milionów pokoleń, podczas których kształtowały się narządy człowieka i ile pojawiło się zmian, które ostatecznie znalazły się na śmietniku historii. To samo dotyczy gatunków – widzimy jedynie ich obecne postaci, optymalnie przystosowane do warunków środowiska. To nas fascynuje i budzi nasz podziw, a nie droga, jaka została pokonana. Zdajemy się też nie pamiętać, że nie osiągnęliśmy mety – mechanizm udoskonalania narządów i organizmów wciąż działa.

Człowiek dysponuje więc znakomicie zbudowaną ręką, ale jego oko jest dużo gorzej zaprojektowane niż np. oko ośmiornicy. U głowonogów powstało ono z powierzchni ciała, czyli z epidermy, i wklęsło do środka, a włókna nerwowe przechodzą za siatkówką, nie zasłaniając ani nie przecinając jej powierzchni. Oko kręgowców wykształciło się z mózgu i musiało się uwypuklić. Włókna nerwowe przechodzą więc przed siatkówką i zbiegają się, tworząc nerw wzrokowy, przez co powstaje pozbawiona receptorów plamka ślepa w miejscu, gdzie nerw wzrokowy wychodzi z oka. To jest tak, jakby kable komputera kłębiły się przed jego monitorem. Żaden projektant by tak nie zrobił – nie obrażajmy Pana Boga!

 

Jeżeli zajmował się detalami ewolucji.

No właśnie, chyba tego nie robił. Zapewnił światu i człowiekowi wolność.

 

Dzięki czemu nic nie stoi na przeszkodzie, żeby uparcie dociekać, jak jest naprawdę. Co takiego tkwi w ludzkim umyśle czy przyzwyczajeniach, że całkiem spora grupa ludzi woli teorie niefalsyfikowalne, w które trzeba wierzyć, od wiedzy, która czyni świat bardziej zrozumiałym?

Najprostsza odpowiedź jest taka, że źle znosimy rachunek prawdopodobieństwa, bo ma on charakter intuicyjny. Informacja o powikłaniach, które czasami się pojawiają u dzieci w wyniku podania szczepionki, nie ewokuje pytań: ile razy to się zdarzyło? Czy jeżeli raz na 200 tys. iniekcji, to na pewno nam zagraża i podważa ideę szczepień ochronnych? Kiedy brakuje nawyku bądź umiejętności szacowania prawdopodobieństwa ryzyka, pojawia się przestrzeń na domysły, spekulacje i zwyczajny strach.

 

Mogła nas ewolucja uczynić bardziej racjonalnymi, bo wtedy nie stanowilibyśmy zagrożenia dla samych siebie.

Wyjaśnienia naszych nieracjonalnych zachowań szukałbym w wydarzeniach, jakie zaszły od momentu wyjścia małp człekokształtnych na sawannę do powstania cywilizacji. W skoordynowanej grupie, bo tylko taka pozwalała obronić się przed drapieżnikami, po jakimś czasie zaczęły powstawać skupiska rodzin, a następnie, zabezpieczając się przed kojarzeniem krewniaczym, klany. W pewnym momencie powstało plemię – grupa klanów połączona wierzeniami i rytuałami. Plemię musi jakoś funkcjonować, co z konieczności wywołało podział zadań. W czasie ataku obcego plemienia nieocenieni byli ci, którzy bez wahania potrafili poprowadzić ludzi do walki. Ale potrzeba też było strategicznych umysłów tych, którzy potrafili zająć się podbojami innych plemion i rozwiązywaniem codziennych problemów. Społeczność jednoczyli swoim autorytetem wódz i szaman. Zmierzam do tego, że plemionom sprzyjała zmienność – za sprawą istnienia różnych typów psychicznych łatwiej im było przetrwać.

I to się sprawdza do dzisiaj. Całe szczęście, że nie wszyscy jesteśmy racjonalni czy posłuszni. Wyobraźmy sobie, że istnieją reguły postępowania, dotyczące np. gospodarowania wodą czy podziału żywności, których wszyscy skrupulatnie przestrzegają, mimo że warunki środowiska zmieniły się diametralnie.

 

Cała populacja traci szansę na przeżycie.

Tak samo jak wówczas gdy reguł nikt nie przestrzega.

Zmienność – jedna z zasad ewolucji – jest koniecznością. Grupa społeczna potrzebuje bowiem zarówno karności, bo to zapobiega anarchii, jak i spontaniczności, która pozwala szukać nowych rozwiązań.

Nie zawsze też odwoływanie się do rozumu bywa skuteczne i broni człowieka przed nim samym. W mikroekonomii istnieje pojęcie tragedy of the commons, które wzięło się z historii wiejskich wspólnot w Anglii. Umawiano się, że każda rodzina ma prawo wypasu na gminnych pastwiskach, np. trzech mlecznych krów. To zapewniało dochody z mleka i nie wyjaławiało łąk. Ale w pewnym momencie zawsze pojawiały się wyjątki: bo ktoś miał liczną rodzinę, a inny wyjątkowo dorodną odmianę krów. Po pewnym czasie krów było tak dużo, że wracały głodne z pastwiska, które nie było w stanie porastać świeżą trawą. Morał jest taki, że interes indywidualny zawsze jest silniejszy od poczucia dobra wspólnego. I jest to problem wszystkich społeczeństw: od pierwszych powstałych na sawannie po współczesne, kiedy z trudem przekonujemy się do sensu segregowania śmieci czy korzystania z komunikacji publicznej w czasie smogu. I nie ma co się przeciwko temu buntować – tacy już jesteśmy, bo nasza różnorodność została ukształtowana ewolucyjnie. Ale dobrze o tym wiedzieć.

 

W 1992 r. na łamach prestiżowego pisma „Trends of Ecology & Evolution” ogłasza Pan jeden z ważniejszych w światowej nauce tekstów na temat strategii życiowych organizmów, wyjaśniając ich różnorodność. Czemu ekolog i ewolucjonista chce takie rzeczy wiedzieć?

Bo ułatwiają zrozumienie świata, a poznanie stawiam w hierarchii celów wysoko. Ewolucjoniści na ogół nie zastanawiają się, z czego wynika odmienność organizmów, które różnią się wielkością, tempem wzrostu, długością życia, liczbą potomstwa. Jedne przyrastają znacząco przed osiągnięciem dojrzałości płciowej, inne, jak ryby, po rozpoczęciu rozmnażania. Naukowcom chyba się wydaje, że to zostało w jakiś sposób zadane… Na temat nie wpadłem od razu. Po doktoracie zajmowałem się różnymi zagadnieniami, zabrnąłem nawet w jedną ślepą uliczkę i byłem pełen niepokoju, czy w ogóle uda mi się znaleźć temat, który uznam za ważny. Mój kolega matematyk Mariusz Ziółko, dziś wykładowca AGH, namawiał mnie, żebym zajął się teorią optymalizacji w ewolucji. Podejście matematyczne bardzo mi się podobało, ale nie wiedziałem, jak tę teorię ugryźć. Olśnienie pojawiło się w 1979 r. podczas konwentyklu u prof. Adama Łomnickiego, biologa ewolucyjnego i ekologa, który organizował u siebie dyskusje ludzi zajmujących się modelowaniem matematycznym. Ten błysk: o! pojawił się podczas referatu pewnego fizyka, który gadał straszne głupoty (czego później się wstydził…), ale ja wpadłem wówczas na swój temat. Wszystkie organizmy żywe są ograniczone zasobami – ich ilością w środowisku oraz możliwościami ich przyswojenia. Dostępna pula energii może zostać spożytkowana albo na wzrost i utrzymanie ciała w dobrym stanie, albo na rozmnażanie. Wedle jakich zasad przebiega ten podział?

Zasadnicze zagadnienie jest takie: wielkość inwestycji w rozwój osobniczy, którego celem jest uzyskanie jak największej liczby potomstwa, zależy od szansy przeżycia albo, inaczej, od prawdopodobieństwa ryzyka przedwczesnej śmierci w wyniku przypadkowych zdarzeń, którymi są przeważnie paszcze drapieżników. Jeżeli śmiertelność jest wysoka, nie ma co zwlekać z rozpoczęciem rozmnażania, bo inwestycja we własny wzrost nigdy się nie zwróci. Dlatego spotykamy w przyrodzie tak różne strategie życiowe: są małe organizmy, które szybko dojrzewają, i takie, które żyjąc w bezpiecznym środowisku, mają szansę na długie życie, więc opłaca im się utrzymywać ciało w dobrym stanie i opóźniać starzenie się.

Każda ze strategii ma praktyczne konsekwencje, np. eksploatacja łowisk prowadzi do karłowacenia ryb. Ponieważ połów jest jak drapieżnictwo, bo zmniejsza szansę przeżycia w długim czasie, inwestycja we wzrost przestaje być opłacalna – lepiej jak najszybciej zacząć się rozmnażać, by przekazać geny. Kończy się to nie tylko zmniejszeniem rybich populacji, ale i karłowaceniem osobników.

 

Kłusownicy, którzy od dekad zabijają słonie afrykańskie dla kości słoniowej, doprowadzili nie tylko do przyrostu liczby słoni bez ciosów, ale też  do zmniejszenia się kłów w ciągu ostatnich 100 lat o połowę. To znaczy, że z puli przekazywanych genów zniknęły te, które odpowiadają za najdłuższe kły.

Nieprzypadkowo geolodzy nazywają obecną epokę antropocenem – człowiek ma bowiem globalny wpływ na świat, w którym żyje. Siłą rzeczy także na przebieg tak wielkiego mechanizmu jak ewolucja. Historia Ziemi nigdy nie przebiegała gładko – planeta przeżywała wybuchy superwulkanów, kolizje z asteroidami, co najmniej kilka razy była całkowicie skuta lodem. Po każdej katastrofie ginęło kilkadziesiąt procent gatunków. Jednak tak silnych impulsów jak obecne nie było już dawno. I nie mam na myśli wyłącznie efektów globalnego ocieplenia klimatu, którego skutków, np. w postaci mutacji, jakie uaktywnią się w poszczególnych gatunkach, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Równie katastrofalne są pływające po oceanach wyspy plastiku oraz wypuszczane do środowiska hektolitry hormonów. Ale dzięki ewolucji przyroda jest silna. Bez istnienia tego mechanizmu byłbym dużo mniej spokojny o przyszłość świata.

 

Jest nadzieja?

Jest, i ona nas nie zawiedzie, o ile zmiany nie będą postępować zbyt forsownie. Nie uda nam się zapanować nad skutkami efektu cieplarnianego, który jest procesem nieuniknionym. Choćby dlatego że w przyrodzie występują tzw. mechanizmy samonapędzające się, np. zmniejszająca się pokrywa lodowa naraża Ziemię na pochłanianie coraz większej ilości promieni słonecznych, które w stabilnych warunkach odbiłyby się od lodu. Temperaturę podwyższają też uwalniane do atmosfery ogromne ilości metanu, uwięzione w wiecznej zmarzlinie.

Jeśli jednak dołożymy starań, by zmiany spowolnić, np. ograniczając emisję dwutlenku węgla i magazynując jego nadmiar (co jest technicznie możliwe), damy czas sobie i przyrodzie, by dostosować się do zmian. Innymi słowy: pomożemy ewolucji wypełnić jej zadanie. Inaczej czeka nas katastrofa podobnej do tej, jaką wywołało uderzenie asteroidy. Obawiam się jednak, że ludzie tego nie zrobią – podjęcie globalnego wysiłku dla ocalenia samych siebie okaże się za trudne.

 

Bo zawsze jest jakiś klub najbogatszych albo grono najbiedniejszych, którzy powiedzą: my chcemy inaczej?

Albo: my mamy swój węgiel. I Ziemia kolejny raz stanie się areną tragedy of the commons.

 

Jan Kozłowski – prof., ekolog ewolucyjny, kierownik Zespołu Badawczego Ewolucji Strategii Życiowych w Instytucie Nauk o Środowisku UJ. Na macierzystej uczelni kierował kilkoma projektami, których tematem była teoria ewolucji historii życiowych organizmów w oparciu o optymalne lokowanie zasobów między wzrost i rozród. Jego publikacje na ten temat były cytowane ponad 2500 razy, a osiągnięcia pozwoliły stworzyć liczącą się w świecie naukowym własną szkołę ekologii ewolucyjnej. Laureat m.in. Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej (2016)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter