70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Człowiek na nowy wiek

Najtrudniej jest zaprzestać traktowania siebie jako metrum wszechrzeczy. Odstąpić od przekonania, że skoro ja jestem refleksyjna, mają tę cechę wszyscy ludzie. Wcale nie. Najczęściej działamy nawykowo, bo nawyki stabilizują życie

Anna Mateja: Gdy zamykałam Pani najnowszą książkę Jednostka po nowoczesności, miałam w głowie jedno pytanie: gdzie jednostka ma dzisiaj szukać sensu? Znika oczywistość takich „bytów zbiorowych”, jak rodzina, warstwa społeczna, klasa zawodowa, które przez wieki określały, kim człowiek jest i nadawały znaczenie jego działaniom. Nie przynależymy do nikogo, a niepewność: właściwie po co to wszystko, jest dojmująca tak samo jak wcześniej. Jak to możliwe, by w taki sposób o jednostce, jako podmiocie działania, pisał socjolog, a nie psycholog?

Mirosława Marody: A jak zrozumieć współczesne czasy, jeśli nie przywrócimy jednostce adekwatnego dla niej miejsca? Pisałam tę książkę przekonana, że jednostkę i społeczeństwo łączy relacja zwrotna. Społeczeństwo to ostatecznie tylko pojęcie, więc jeżeli chcemy zrozumieć jak funkcjonuje, musimy przejść na poziom działań jednostkowych. Zobaczyć, co się dzieje między ludźmi, w jakie wchodzą relacje i co z tego się osadza w rzeczywistości społecznej w postaci zwyczajów, nawyków, instytucji. A przez to, że staje się ponadjednostkowe, wpływa na działania innych. Socjologia mierzy się z takim zadaniem właściwie od momentu swojego powstania – usiłuje uchwycić osobliwość działającego podmiotu, ale taką, której nie sposób sprowadzić do poszczególnych jednostek. W takim ujęciu pojedyncza osoba zyskuje na znaczeniu. Jednocześnie starałam się uniknąć psychologizowania, czyli traktowania jednostki jako indywiduum wyposażonego w określone cechy, które nie styka się z innymi ludźmi.

Jest chyba jeszcze jeden powód, który sprawił, że odebrała Pani tę książkę jako odmienny sposób opisu pozycji jednostki w społeczeństwie. Otóż jestem zwolenniczką tezy, że współczesna jednostka jest inna. I starałam się to opisać.

W każdych czasach jest inna.

Zgoda, ale obecnie jest ona odmienna od tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni jeszcze 50 lat temu. Dzisiaj jednostka jest produktem – i tu wracam do wizji stereotypowo socjologicznej – pewnych procesów, które wyposażyły ją w umiejętność, jaką dawniej posiadali nieliczni: refleksywność. Wiemy więcej o tym, co się z nami dzieje, i potrafimy traktować siebie przedmiotowo, jako coś, co pewnym wysiłkiem woli da się kształtować.

Podobnie społeczeństwo przestaje być masą innych ludzi. O nim się coś wie, nawet codzienna prasa bombarduje nas informacjami na temat tego, co społeczeństwo ceni czy odrzuca. Mój ulubiony socjolog, Norbert Elias, mówi metaforycznie, że to jest wejście na wyższe piętro spiralnych schodów, z których szczytu mogę obserwować siebie, obserwującą swoje działania.

A jednostka obserwowana zachowuje się inaczej niż ta, która tej wiedzy nie posiada.

To jest właśnie ta nowa jakość. Pół wieku temu i dawniej, kiedy samopoznanie było dostępne tylko wąskiemu gronu specjalistów, zachowania jednostki były bardziej podporządkowane rolom społecznym czy konwenansom niż własnemu „ja”. Jednostka jest więc zasadniczo inna. Jednocześnie – to największe wyzwanie, jakie stoi przed socjologami – muszą znaleźć taki sposób jej opisu, który nie będzie psychologizowaniem. Psychologia dąży bowiem do wyodrębnienia uniwersalnych cech zachowań jednostkowych. Socjologia, nawet gdy mówi o jednostkach, to z założeniem, że istotny jest zbiorczy efekt ich działań – to-co-społeczne, używając tego przymiotnika w takiej właśnie rzeczownikowej formie. Socjolog wie, że nic  się nie zmieni, dopóki nie zmienią się ludzie. Trzeba więc poznać to-co-społeczne i co zwrotnie wpływa na nasze działania.

Do czego taka samoświadoma jednostka, która sama potrafi zbudować swoją tożsamość czy obsadzić się w dogodnej dla siebie roli społecznej, potrzebuje społeczeństwa?

To jest źle postawione pytanie. Zawsze zresztą je tak formułowano, jakby życie w grupie było kwestią wyboru. Tymczasem jednostka po prostu żyje wśród ludzi i to-co-społeczne jest cały czas wytwarzane, nawet jeżeli nie przybiera jasno określonego kształtu. To pytanie pozwala jednak zastanowić się nad tym, czy jesteśmy w stanie żyć bez innych. Wydaje się, że w tej chwili bardziej niż kiedykolwiek – mimo że, paradoksalnie, tych innych jest znacznie więcej, niż bywało wcześniej: kobiety potrafią się obyć bez męża, który przynosi pieniądze, a mężczyźni bez kobiety, która urodzi dzieci. Prowadząc życie najbardziej samowystarczalne, wciąż korzystamy ze społeczeństwa, chociażby z jego instytucji.

Gdyby wprowadzić rozróżnienie między społeczeństwem a tym-co-społeczne, na pytanie: czy jesteśmy w stanie żyć bez innych?, musielibyśmy odpowiedzieć inaczej. Przyjęło się uważać, że społeczeństwo to struktura, np. system polityczny i gospodarczy, kształt rodziny. Tymczasem zdajemy już sobie sprawę, nie tylko dzięki Zygmuntowi Baumanowi i jego pojęciu płynnej nowoczesności, że taka zwarta, jednolita struktura przestała istnieć. I nie sposób takiego modelu wytworzyć, ponieważ rzeczywistość stała się nieciągła. Zawiera w sobie skupiska działające według własnych reguł, które nie współgrają z zasadami, jakimi się rządzą sąsiednie grupy. Co więcej: nawet te „strukturki”, które się ostatecznie kształtują, szybko zmieniają postać. Brakuje więc cechy konstytutywnej dla powstania społeczeństwa: trwałości w czasie. Współczesna jednostka chwieje się jak trzcina na wietrze, ale i tak jest bardziej stabilna, niż byty zbiorowe, które Pani wymieniła na początku rozmowy.

Czyli żyjemy bez społeczeństwa, chociaż – jak sama Pani Profesor zauważyła – sporo nas na świecie. Może właśnie z powodu skali wydaje mi się, że jednostka ma znaczenie o tyle, o ile coś za nią stoi: stanowisko, kompetencje, pochodzenie, kolor skóry. W „nieciągłej rzeczywistości” przynależność do pewnych grup wciąż przydaje jednostce wartości.

Trochę niepokoi mnie zwrot: „Coś za nią stoi”… Wywołuje we mnie obraz przestrzeni społecznej podzielonej na pułki i kompanie, które przez sam fakt istnienia nobilitują jednostkę. Jeszcze trzy dekady temu ten opis byłby w pełni poprawny, ale dzisiaj, kiedy rozpłynęły się wszystkie ogólne cechy różnicujące ludzi jako przynależnych do określonych zbiorowości czy zajmowanych pozycji? Gdy widzimy kogoś bardzo zadbanego, trudno powiedzieć, czy to miejski dandys, który wie, jakiej marki podkoszulki nosi się w tym sezonie, czy raczej uczestnik programu walki z bezrobociem.

A co ma bezrobocie do eleganckiego sznytu?

Elegancko ubrana osoba zachowuje się inaczej: jest swobodniejsza i pewniejsza siebie, ponieważ z racji tego, jak jest ubrana, inni traktują ją poważniej. W oparciu o to przekonanie stworzono jeden z programów walki z bezrobociem. I jak teraz ocenić, kto jest prezesem firmy, a kto szuka pracy? Nie trzeba zresztą od razu jakiejkolwiek teorii. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Kim jest np. ten starszy pan w przydeptanych butach, z teczuszką pamiętającą PRL, który idzie powoli Krakowskim Przedmieściem? Emerytem? Profesorem starej daty? Przyjezdnym z prowincji? Po wyglądzie, sposobie zachowania, używanym języku nie sposób już ocenić, kim ktoś jest i, jak to Pani określiła, jaka przynależność przydaje mu znaczenia.

Ale, co tu dużo mówić, trudno jest nam żyć osobno. Nie w sensie organizacyjnym, to potrafimy opanować. Po prostu taką mamy konstrukcję: nie radzimy sobie psychicznie z samotnością, mamy swoisty „głód” ludzi.

Co równie ważne: w życiu, które utraciło sztywne formy, musimy dokonywać wyborów bez wsparcia wiedzy społecznej, jaką dawniej dysponowały osoby znajdujące się na naszym miejscu. Możemy sami wybrać drogę postępowania, ale sięganie przy okazji każdego dylematu do swojego wnętrza, by rozważyć wszystkie „za” i „przeciw”, jest ponad siły wielu z nas. Identyfikacja z grupą albo i kilkoma grupami, nawet o odmiennych wektorach, osadza nas w rzeczywistości, wydobywa ze stanu pewnej schizofrenii, kiedy wszystko staje się możliwe, łącznie ze słyszeniem głosów: możesz robić tak i tak albo jeszcze inaczej.

Kim w takim razie jestem, skoro mogę przynależeć nawet do kilku grup, z których każda kieruje się „swoim wektorem”?

Na to pytanie zazwyczaj odpowiadają inni. Nie w tym sensie, że nas definiują, ale przez swoje zachowanie traktują nas w sposób, który jest przynależny do bycia kimś określonym. I od razu trzeba dodać, że z tym wiąże się zasób praw, obowiązków, roszczeń. Nawet sposób zachowania, bo forma adresowania drugiej osoby zawiera w sobie skrypt działania wobec niej, nadaje jej tożsamość. Teraz zresztą zaczyna nam brakować nawet tych skryptów, bo  obserwujemy, jak rozmaicie, zależnie od sytuacji, jesteśmy adresowani. W efekcie powstaje rozmyta tożsamość, która w ujęciu psychologicznym jest podstawowym środkiem naszej orientacji w świecie. Ujmując rzecz lapidarnie: to, co robię, zyskuje sens przez to, kim jestem; to, kim jestem, ustala się przez sposób, w jaki traktują mnie inni.

No to bez innych ani rusz. Co w życiu takich jednostek, żyjących w „płynnej nowoczesności”, może zmienić polityka zinstytucjonalizowana, którą uprawia się m.in. przez cyklicznie organizowane wybory?

Mówiąc szczerze: niewiele.

Tak faktycznie jest czy tak się nam tylko wydaje?

Są prace, których autorzy zapewniają, że we współczesnym świecie polityka nie jest w stanie doprowadzić do skutków zakładanych w trakcie podejmowania decyzji. Mówią: polityka nie ma wpływu na rzeczywistość, a na pewno nie taki, jaki był zakładany. Natomiast decyzje polityczne mają wpływ na nasze życie, tylko nie wiemy do końca jaki. Nie bez przyczyny ludziom się wydaje, że żyją nie tyle poza społeczeństwem, ile poza państwem, i są przekonani, że nie jest im ono do niczego potrzebne. Jakieś formy zarządcze są, rzecz jasna, potrzebne, ale nie jestem pewna, czy taką forma będzie nadal państwo oparte na idei narodowości i odrębności od innych. Te kryteria zaczynają się przecież rozmywać.

Ale chyba nie w umysłach polskich polityków, z których wielu uważa, że ich zadaniem jest sprowadzenie do kraju wszystkich emigrantów zarobkowych z ostatnich lat. Tymczasem większość Polaków osiedlających się za granicą żyje tam jak reszta obywateli: pracują, kupują mieszkania, sprowadzają lub zakładają rodziny. Pomijam kwestię, czy można mówić o emigracji jak o wygnaniu w czasach ruchu bezgranicznego, tanich lotów i roamingu.

Bo to już są inne jednostki niż w tzw. dawnych czasach. A tym, którzy uważają, że te osoby powinny powrócić do kraju i tworzyć jego bogactwo, muszę powiedzieć, że podstawowym wątkiem w uzasadnieniach, dlaczego się zostaje za granicą, nie jest wcale brak miejsc pracy w Polsce. To jest tylko bezpośrednia przyczyna wyjazdu. Powodem, dla którego decydują się zostać za granicą, są ludzie, z którymi trzeba tutaj żyć.

No ładnie…

Polacy w masie są dla innych Polaków nie do zniesienia, niestety. Choć bywały momenty, kiedy okazywaliśmy się wspaniali. Są one jednak tak odświętne, że nie sposób ich przenieść do codziennego życia.

Jeden z polskich emigrantów pisał w 1862 r.: „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł – i jesteśmy karykatury, i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi…”.

Norwid miał rację. Nasi emigranci, także ci, którzy uważają, że z Polakami nie da się żyć i współpracować, wciąż jednak czują się Polakami. Trudno zmienić poczucie przynależności narodowej, bo ono formuje się w nas od najwcześniejszych lat poprzez zapachy, widoki, kształty przedmiotów. To masa codziennych nawyków, rzeczy banalne, na które nawet nie zwracamy uwagi, tak głęboko się w nas osadziły. Ale to one sprawiają, że polska tożsamość jest nie do zatarcia.

Moja znajoma przysłała mi angielską wersję Ani z Zielonego Wzgórza – jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa. Zaczęłam czytać, ale już na pierwszej stronie coś mi się nie zgadzało… Kim jest Rachel Lynde? Nie pamiętałam takiej postaci z książki, którą swego czasu przeczytałam kilkakrotnie. Zajrzałam więc do polskiego przekładu, by sprawdzić, jak jest. I znalazłam… Małgorzatę Linde.

Rachela by u nas nie przeszła?

Potrafię sobie nawet wyobrazić dyskusję redaktorek czy redaktorów w wydawnictwie, przekonujących o konieczności zmiany imienia, które na ziemiach polskich nadawano tylko Żydówkom. Podczas gdy w Kanadzie i innych krajach protestanckich było przyjęte, że chrześcijanie noszą biblijne imiona. Polskość tkwi w nas właśnie za sprawą takich drobiazgów, niemal niezauważalnych: w skorygowanym przekładzie ulubionej lektury z dzieciństwa, znanych widokach, które potrafią się nawet przyśnić, albo smaku sushi, które w Warszawie inaczej smakuje niż w Szang- haju. I nawet gdybyśmy tej polskości nie cenili, nie będziemy umieli się jej pozbyć, bo ona jest w nas przez fakt urodzenia się w określonym miejscu i poddania nas jedynym w swoim rodzaju oddziaływaniom.

Czym zachodnie społeczeństwa nad nami górują, że nie są tak opresywne jak my sami dla siebie?

Życie wśród tamtych ludzi wydaje się łatwiejsze i bardziej unormowane, bo mniej nasycone ciągłą rywalizacją między rozdętymi ego. Jako społeczeństwo wciąż odczuwamy kompleksy niższości, co przejawia się  m.in. tym, że w sytuacjach społecznych głównym motorem działania staje się wykazanie, że ja jestem najważniejszy. Gramy na siebie, często nie fair, zatracając z pola widzenia cel, który nas zebrał. I nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że dla jego osiąg- nięcia potrzebujemy współpracy, wolimy przegrać, niż być drugim czy trzecim. Nasze poczucie wartości jest niepewne, podatne na zranienia i ulotne. Czujemy więc potrzebę ciąg- łej ekspozycji siebie, bo to pozwala nam przydać sobie wielkości. Z tym łączy się brak zaufania do innych, chociaż byłabym tu ostrożna. Polacy są aż nadmiernie ufni w relacjach quasi-rodzinnych. To dobry grunt pod powstawanie tzw. brudnego kapitału społecznego – związków typu mafijnego: układów, klik czy choćby tylko wiele ułatwiających znajomości i protekcji. One występują także w innych społeczeństwach, tyle że nie mają tak dominującego charakteru jak w Polsce, gdzie są jedną z bardziej istotnych form uspołecznienia relacji.

Różne są przyczyny tego, że jesteśmy tacy właśnie, ale jedną z nich jest brak jednego, bardzo ważnego etapu rozwoju, przez który przeszły społeczeństwa zachodnie: urbanizacji i powstania mieszczaństwa, co doprowadziło tam do rozrostu miast i uformowania się kultury miejskiej opartej na relacjach z nieznanymi osobiście ludźmi. W efekcie nawet teraz, gdy mamy już sporo dużych miast, zachowujemy się tak, jakbyśmy dopiero co opuścili małą społeczność, w której wszyscy się znają. Usiłujemy wydzielić swoje terytorium, traktując innych, którzy się na nim znaleźli, jak intruzów, a zasady, które obowiązują poza naszym rejonem, nie mają dla nas znaczenia.

Wróćmy do rozmowy o ponowoczesnej jednostce, nie tylko tej w polskim wydaniu. Ma dla niej znaczenie cel dalekosiężny – wizja, która napędzałaby jej działania, nadawała im sens?

W życiu codziennym dłuższa meta jest wyznaczona po prostu życiem, które narzuca przymusy i konieczności, wynikające z wcześniej podjętych decyzji. Jeżeli jednostka ma kilkoro dzieci, one wyznaczają cele na kilkadziesiąt lat. To koleiny, z których trudno wyskoczyć, choćby dlatego, że posiadanie dzieci związane jest z kosztami, nie tylko finansowymi. Ale wszystkie one są skierowane przeciwko jednostce jako niepowtarzalnej i jedynej. Pytania: dlaczego? w imię czego mam rezygnować z siebie? pojawiają się, kiedy wyrzeczenia wydają się ponad siły, a inne życie bardziej kuszące. I wtedy okazuje się, że nie ma żadnych uzasadnień. Bo, tak właściwie, po co to wszystko? Na przykład: po co ta rozmowa?

Chcę wiedzieć, jak jest.

Przyznam, że myślę tak samo, ale w którymś momencie może się pojawić pytanie: czy to ważne, jak jest? Głód poznawczy to wtórny efekt posiadanego wykształcenia i wpływu środowiska. Jako uzasadnienie zadawania pytań podaje Pani samą siebie, a jaka racja wyższa za tym stoi? By nadać sens działaniom, trzeba wyjść poza siebie. Proszę zwrócić uwagę, że choć w codziennym życiu na pytanie: po co?, udzielamy z reguły odpowiedzi odnoszących się do siebie, każda zakłada istnienie innych, którzy zobaczą, że jesteśmy ładnie ubrani, zadajemy dociekliwe pytania i nie zachowujemy się w życiu bezmyślnie. Zawsze chodzi nam o to, by zobaczyć siebie w oczach innych. Gdyby popatrzeć z dystansu na wszelkie czynności, nie mają one żadnego sensu w sensie obiektywnym. Mają jedynie ten, który im nadamy.

Jak pisać książkę przez osiem lat i nie zwątpić, że to ma sens?

Moje wyznania o męce twórczej, w  jakiej powstawała Jednostka po nowoczesności, którą początkowo planowałam napisać w trzy miesiące, zrobiły niesamowite wrażenie. Zdziwiło mnie to, bo przecież zna te problemy każdy, kto zasiadł choć raz do pisania.

Kiedy w 1996 r. rozpoczynałam prowadzenie seminarium na temat społeczeństwa postnowoczesnego, miałam kilka lektur obowiązkowych: Zygmunta Baumana, Ulricha Becka, Anthony’ego Giddensa, i wydawało mi się, że wiem, co chcę do nich dodać. Ale w ciągu minionych 20 lat wszystko się kompletnie zmieniło: pojawiły się nowe zjawiska i nowe idee, musiałam szukać języka, żeby je jakoś zsyntetyzować. A przecież procesy społeczne mają to do siebie, że się nie kończą, więc mogłabym pisać tę książkę przez kolejnych osiem lat i też nie wyczerpałabym tematu, bo wciąż pokazuje się coś, co zasługuje na namysł. Próbom dogonienia teraźniejszości położyła kres zbawienna rada koleżanki, która powiedziała po prostu: „Postaw kropkę”.

Podobno co siedem lat człowiek zmienia się całkowicie od strony biologicznej, bo tyle mniej więcej żyją nasze komórki. Społeczeństwa też się zmieniają w jakimś rytmie. Jeszcze parę lat temu słowo „globalizacja” pozwalało wiele zrozumieć, dzisiaj to słowo wydmuszka. W opisie zmieniającej się rzeczywistości najgorszym wrogiem są słowa, które mają tak utrwalone znaczenia, że same badacza prowadzą. Trzeba – i jest to czasochłonne – szukać nowych ścieżek i słów, które pozwolą lepiej uchwycić to, co się wokół nas i z nami dzieje.

W czym tkwi największa trudność w uprawianiu nauk społecznych? W tym, że tu niewiele „da się policzyć”, a przedmiotem badań są ludzka nieprzewidywalność i emocje, które potrzebują wciąż „nowych słów”?

Ależ ja nie mam ambicji, by uchwycić ludzką nieprzewidywalność! Raczej staram się patrzeć na ludzi jak na atomy i z tej perspektywy piszę o targających nimi emocjach, nie identyfikując się z nimi. Co nie zmienia faktu, że najtrudniej jest zaprzestać traktowania siebie jako metrum wszechrzeczy. Odstąpić od przekonania, że skoro ja jestem refleksyjna, mają tę cechę wszyscy ludzie. Wcale nie. Najczęściej działamy nawykowo, bo nawyki stabilizują życie. Nie rozważamy dogłębnie tego, który kandydat nadaje się np. na prezydenta państwa. O wyborze może przesądzić konstatacja: „A może ten, tak ładnie się uśmiecha…”, albo: „Może tamten, bo wygląda, że jest odpowiedni na ten urząd”. To nawet nie są opinie, tylko skróty nieartykułowanych intuicji. Po to jednak się ćwiczyłam w różnych sposobach analizy, by wejść pod powierzchnię zjawisk i zrozumieć, dlaczego pewien rodzaj ludzi zyskuje poklask albo dlaczego niektóre poglądy nie wypadają z obiegu.

Podejście naukowca jest takie samo, niezależnie od  tego, czy liczymy atomy, czy staramy się zrozumieć ludzkie emocje. Najważniejsza jest teoria, którą trzeba sprawdzić. I jeżeli trafię na działanie, które od niej odbiega, muszę się zastanowić,  czy to jest margines ludzkich zachowań, czy też moja teoria jest nieadekwatna do opisu społeczeństwa, którym się zajmuję.

A jaka teoria stoi za tym, że kobiet, członkiń Polskiej Akademii Nauk, jest zaledwie dwadzieścia kilka, a mężczyzn, członków PAN, ponad 300?

To akurat nie jest trudne: członków PAN wybierają inni członkowie, a kobiet z tytułem profesorskim i dorobkiem jest wśród nich niewiele. Gdy przychodzi czas wyborów i mężczyźni – których, jak sama Pani policzyła, jest w PAN więcej niż kobiet – zaczynają się zastanawiać, kogo należałoby tym razem uhonorować, to okazuje się, że mają większą wiedzę o innych mężczyznach naukowcach niż kobietach naukowcach. Ale to nie jest tak, że w Akademii nikt nie zwraca na to uwagi. Członkowie zdają sobie sprawę z zachwiania proporcji, potrzeba jednak wiele czasu na zmianę. Sama ubiegałam się o stanowisko prezesa PAN właśnie dlatego, że czułam poparcie i miałam szansę głosowanie wygrać. Nie udało się mnie, ale z czasem uda się innej kobiecie.

I co z następną siedmiolatką?

Bilans mam taki, że skończyłam pisaną wiele lat książkę, przestałam być wiceprezesem PAN, za chwilę przejdę na emeryturę na uniwersytecie. Bronisław Malinowski napisał kiedyś: albo się myśli, albo się działa. Nie da rady robić tego jednocześnie. No więc jestem na etapie myślenia przed działaniem.


Mirosława Marody – prof., socjolog, zajmuje się zagadnieniami społeczeństwa ponowoczesnego, społecznej historii jednostki i życia społecznego Polski. Wykładowca w Instytucie Socjologii UW i członek korespondent PAN. Wydała m.in. Polacyʼ80: wizje rzeczywistości dnia (nie) codziennego (1981; 2004), Co nam zostało z tych lat… Społeczeństwo polskie na progu zmiany systemowej (1991), Przemiany więzi społecznych: zarys teorii zmiany społecznej (2004), Jednostka po nowoczesności. Perspektywa socjologiczna (II wyd. 2015).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter