70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bez męskiego pośrednictwa

Nie istnieją żadne kanoniczne przeszkody, byśmy oglądali przy ołtarzu ministrantki i szafarki, a jak jest w rzeczywistości? Już na poziomie parafii muszą dochodzić do głosu obie płcie, unikając stereotypowego podziału ról, który przewiduje, że panowie są od tworzenia rady parafialnej, a panie od działalności charytatywnej.

Chciałabym dociec w rozmowie z Panią, czy na sposób przeżywania wiary wpływa nasza płeć. A może, śladem nieuświadomionych przez samą siebie uprzedzeń, poddaję się myśleniu szowinistycznemu, bo religijność może być albo głęboko przeżywana, albo płytka, intelektualna lub emocjonalna, a nie męska czy kobieca?

Płeć ma znaczenie. Co prawda, z samej istoty bycia kobietą nie wynika, że ta religijność będzie inna niż mężczyzny, ale kategoria płci musi być brana pod uwagę, jeśli zależy nam na wiarygodnym opisie ludzkiej religijności. Role społeczne przypisywane kobietom i mężczyznom, odmienność ludzkich doświadczeń, które stają się naszym udziałem, znajdują odbicie także w formie, jaką przyjmuje nasza wiara i jej praktykowanie.

Jeśli skupimy się wyłącznie na religijności katoliczek, nie możemy zapominać o ważnym argumencie teologicznym, który przemawia za tym, że pytanie o płeć religijności jest uzasadnione. Otóż w Kościele rzymskokatolickim niektóre urzędy mogą być obsadzane wyłącznie mężczyznami, co oznacza, że pewne formy wyrażania religijności są zarezerwowane tylko dla nich. Ta jednostronność ma swoje konsekwencje, np. w utrwalaniu myślenia, że każdej z płci przydzielono w Kościele odmienne funkcje i zadania. Rzecz jasna, nie wszyscy mężczyźni sprawują w Kościele urzędy, ale otwartość pewnych funkcji tylko na nich ma podstawy teologiczne w myśleniu o obu płciach.

Edyta Stein, którą Pani cytuje w tekście Pytania kobiet opublikowanym w „L’Osservatore Romano” we wrześniu 2014 r., pytała: „Czym jest kobieta? Czy istnieje istota kobiety, istota kobiecości?”. Na użytek tej rozmowy zapytałabym: na czym się zasadza i jaka jest kobieca religijność? Może nawet trzeba o to pytać, jeżeli wspomniana przed momentem teologia Kościoła katolickiego wyklucza kobiety z możliwości pełnienia pewnych funkcji, chociażby kapłańskich.

Możemy mówić o charakterystycznych cechach religijności katoliczek, ale wpierw zrobiłabym zastrzeżenie, że jest to kategoria opisowa, a wyliczenie jej cech charakterystycznych nie wyklucza zajścia zmian w kobiecej religijności. Poza tym: nie wszystkie kobiety muszą przeżywać swoją religijność w sposób, jaki się przyjęło nazywać „kobiecym”. Nie można też zakładać, że myślenie bądź zachowania spotykane najczęściej wśród kobiet są zarezerwowane tylko dla nich i mężczyzna nie może przeżywać swojej religijności w taki sposób. Ten opis należy traktować jako afirmatywny, otwierający, a nie kategoryczny i przez to wykluczający.

Pierwsza cecha, która zwraca moją uwagę, gdy przyglądam się tradycji kobiecej religijności katolickiej, to poszukiwanie nieoficjalnych dróg jej wyrażania. Mówiąc bardziej pozytywnie: kobieca religijność jest nastawiona na nawiązywanie kontaktu. Odnosi się to do Boga, ale też do tych form duchowości, które zbudowane są właśnie na relacyjności. Ma to tym większe znaczenie, że w najbardziej istotnym religijnie wydarzeniu – sprawowaniu Eucharystii – kobiety uczestniczą w sposób zapośredniczony. Także sakrament pokuty i pojednania, niezwykle ważny w rozwoju osobistej religijności, jest kobietom dostępny wyłącznie przez męskie pośrednictwo. Skoro kobiety nie mogły stanąć przy ołtarzu jako kapłanki ani usiąść w konfesjonałach jako spowiedniczki, musiały znaleźć inne sposoby nawiązywania bezpośredniego kontaktu z Bogiem. Jednym z nich jest rozwój pobożności niesformalizowanej, otwartej właśnie na tego rodzaju poszukiwania.

Drogi, jakimi kobiety podążały, bywały bardzo interesujące. To jest przede wszystkim tradycja mistrzyń duchowych, które wybierały formy życia oparte na ślubie czystości, decydując się na bycie zakonnicą lub mniszką. Nieprzypadkowo opisywano taki wybór w kategoriach oblubieńczych i wiele sióstr patrzy na siebie w taki sposób – że są oblubienicami Chrystusa. Religijność, która doprowadza do dobrowolnej rezygnacji z małżeństwa i macierzyństwa, by w całkowity – maksymalny! – sposób oddać się Bogu, jest jednak do przyjęcia tylko dla niektórych kobiet. Ten wybór, który obejmuje całe ich życie, jest jego spełnieniem i nie może być traktowany jako coś w zamian.

Rozumiem, że mam wymieniać kolejne cechy, tymczasem coraz silniej dochodzi u mnie do głosu niepokój, że wpadam w stereotypy na temat wyobrażeń kobiecości i męskości w naszej kulturze.

Miałam dokładnie te same obawy, zadając pytanie, ale jak inaczej, nie wymieniając jej cech, kobiecą religijność sobie wyobrazić?

Rozumiem, próbujmy więc dalej. Czas na formy religijności całościowej – takiej, która nie jest wyalienowana z całości życia kobiet. Co prawda, te formy dotyczą także życia zakonnego, ale w tym momencie mam na myśli rodzinę i związaną z tym codzienność. Religijność nie jest bowiem wyodrębnionym fragmentem życia, bez związku z innymi jego sferami. Bycie osobą religijną wpływa na moje postawy także poza czasem modlitewnego skupienia, kiedy jestem żoną, matką, pracownicą, prezesem, przyjaciółką. To religijność praktyczna, otwarta na codzienność, którą nasyca się tym religijnym nastawieniem.

Akurat ta postawa nie jest charakterystyczna wyłącznie dla katolicyzmu czy nawet tylko chrześcijaństwa. Spotyka się ją w różnych religiach, a dotyczy sytuacji, kiedy przepisy religijne obowiązują jedynie mężczyzn, ponieważ kobiety w tym czasie, kiedy oni się modlą, np. przygotowują potrawy przewidziane zwyczajem bądź nakazami religii. Religijność znajduje wyraz w działaniach praktycznych, związanych z codziennym życiem, także w stosunku do bliźniego, w którego twarzy, jak zakłada religijność chrześcijańska,ma się nam objawiać niewidzialny Bóg. Kobiece zanurzenie w codzienności sprzyja temu, że to właśnie one, częściej niż mężczyźni, znajdują „Boga w człowieku”.

„(…) jak się modlę, to mnie się wydaje, że tak jakbym rozmawiała – takie mam odczucie… jakby ktoś słuchał” – zwierzyła się badaczce pewna kobieta podczas badań terenowych poświęconych kobiecej pobożności maryjnej. Wnioski zawarte w tekście, który znalazł się w pracy zbiorowej z 2006 r. Kobiety i religie, przedstawiają Maryję w kobiecych wyobrażeniach jako skuteczną orędowniczkę i najlepszą przyjaciółkę, której nie trzeba zbyt wiele wyjaśniać, bo Jej własne życie wprowadziło Ją w najtrudniejsze kobiece doświadczenia. Wiele z kobiet przyznało, że Matka Boża się im objawiła, wiele wręcz mówiło, że na to wydarzenie czeka. Na ile może to być prawdziwe? Czytając ten tekst, odnosiłam wrażenie, że badane kobiety po prostu wpisują się – nieświadomie, rzecz jasna – w obowiązujący na temat kobiecej religijności stereotyp.

Byłoby łatwiej odpowiedzieć na pytanie, na ile w tych sytuacjach kobiety wpisują się w wyobrażenia na temat ich religijności, gdyby prześledzić objawienia już uznane przez Kościół. Jakiej płci były osoby, którym Maryja się ukazała? Ile wśród nich było dzieci? To pozwoliłoby zobaczyć, na ile ważny był dla objawień wymiar niedojrzałości tych, którym Matka Boża się objawiała. Pytanie jest więc ciekawe, ale teraz nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć.

W opisie pojawiły się jednak dwie cechy przypisywane kobiecej religijności: emocjonalność i przywiązanie do Maryi – kobiety w katolicyzmie zdecydowanie najważniejszej. Ona jest w pozycji władzy, ale z drugiej strony – co wiemy z Ewangelii – społecznie zajmuje pozycję słabą. To przecież kobieta z biednej rodziny, która rodzi w okolicznościach nie do pozazdroszczenia – mówiąc kategoriami współczesnej kampanii społecznej: nie „po ludzku”. Wcześnie zostaje matką, nie omija Jej też próba odrzucenia, gdy Józef, nie wiedząc, kim jest Ojciec dziecka, chce Maryję potajemnie oddalić. Życie w Nazarecie jest zwyczajnie trudne, a droga, którą obiera Jej Syn, nie dla wszystkich zrozumiała. Na końcu traci swoje jedyne dziecko… Wiele kobiet przechodzi przez tego rodzaju doświadczenia w swoim życiu. To daje pole do wyobraźni i dopowiedzeń: „Ona mnie zrozumie, bo była w takiej sytuacji”. Mimo swej mizernej kondycji Ta, na którą wiele wyznawczyń patrzy jak na przyjaciółkę, znalazła się blisko Boga. Jak przekonująca jest dla ludzi ta przemiana, świadczy późniejszy rozwój teologii i pobożności maryjnej. Trudno byłoby wymyślić bardziej wiarygodny sposób ukazania, że „u Boga nie ma nic niemożliwego”.

Daję głowę, że gdyby główną rolę grał tu mężczyzna „bez władzy i znaczenia”, trudno byłoby nam uwierzyć, że faktycznie Pan Bóg jest wszechmocny… W Biblii nie brakuje jednak przykładów religijności kobiecej, która nie jest cicha i uległa. Wręcz przeciwnie: jest zdecydowana, a nawet walcząca.

W teologii i praktyce Kościoła katolickiego najważniejszym biblijnym wzorcem kobiecej religijności pozostanie Matka Jezusa. Wzrok trzeba by też skierować na Martę i Marię, które w Ewangelii Janowej są przedstawione jako siostry Łazarza, ale w bardziej znanej wersji Ewangelii według św. Łukasza są to, po prostu, dwie siostry. Maria to wzór pobożności kontemplacyjnej, Marta – aktywnej, choć mnie się wydaje, że jest to przeciwstawienie nieuprawnione. Oba wzory potrzebują siebie nawzajem: czyn – słowa, a słuchanie – aktywności.

Maryja stała się wzorcem pobożności słuchającej. Jej modelowym wyobrażeniem jest scena zwiastowania, często rozumiana w kategoriach posłuszeństwa. Słusznie, ale trzeba dodać: Słowu Bożemu, co stanowi klucz dla zrozumienia tej sceny. Równie istotne jest nawiedzenie ciężarnej Elżbiety, kiedy Maryja wyśpiewuje Magnificat – hymn, który ma mocny przekaz intelektualny. Co ciekawe, nie zawsze odbierany jako kobiecy… Badania egzegetyczne dostrzegają w nim literacką kompilację wielu starotestamentowych tekstów, przez co Magnificat jawi się jako hymn liturgiczny wczesnego Kościoła. Uwzględniając przypisanie go Maryi w redakcji Ewangelii, możemy traktować Magnificat jako zadanie, czy wręcz wyzwanie, dla kobiet współczesnych.

A wracając do przykładów biblijnej religijności kobiecej.

Dodałabym jeszcze kilka kobiet ze Starego Testamentu: Miriam z jej rolą w wyjściu Izraela z Egiptu; Rut i Noemi, których przyjaźń jest ważna dla historii rodu Dawida; Annę, matkę Samuela, która wygłasza tekst będący pierwowzorem Magnificat. Spośród kobiet Nowego Testamentu trzeba wymienić Marię Magdalenę, która pojawia się we wszystkich przekazach ewangelicznych jako apostołka Zmartwychwstałego. To od niej apostołowie dowiadują się, że Chrystus powstał z martwych. Czy w ogóle można sobie wyobrazić głoszenie Dobrej Nowiny bez kobiet?

Wydaje mi się jednak, że wzorcami religijności kobiecej są nie tyle kobiety biblijne, ile postacie historyczne. Szczególnie te, które pozostawiły po sobie ślady aktywności intelektualnej, przez co mamy niemal bezpośredni dostęp do ich myśli: Teresa z Ávili, Katarzyna Sieneńska, Teresa z Lisieux, Edyta Stein (jest inspiracją dla kobiet wykształconych i nastawionych filozoficznie do swojej wiary). Kobiety o wiele częściej znajdowały się w sytuacji, kiedy nie miały żadnej władzy i musiały się czemuś poddać. Wiele szukało wsparcia w instancji, która wydawała się sprawiedliwa i dawała szansę ustawienia wszystkiego we właściwych proporcjach. W tych trudnych sytuacjach poszukiwały źródeł nadziei – także tej, która sięga poza codzienność czy rzeczywistość, na jaką miały bardzo ograniczony wpływ.

Na ile Kościół obniża swoją wiarygodność dla świata, nie doceniając kobiecej religijności, czego przejawem – w moim przekonaniu – jest dyskryminacja kobiet w dostępie do stanowisk kościelnych?

Nie generalizujmy, są i takie miejsca w Kościele, gdzie kobiety nie są marginalizowane, a od czasu II Soboru Watykańskiego, kiedy Paweł VI w orędziu do kobiet przekonywał świat, że nadeszła „godzina kobiet”, które „uzyskują władzę nigdy dotąd nieposiadaną”, dużo się w Kościele zmieniło. Tak jeśli chodzi o pozycję kobiety w Kościele, jak docenienie tego rodzaju religijności, przeżywania wiary. Tyle że pewne zmiany uważamy za tak oczywiste, że nie wydają się nam jakimkolwiek osiągnięciem. Dlatego pytamy dalej. Wciąż w niewystarczającym stopniu korzysta się np. z szeregu prawno-kanonicznych możliwości zaangażowania kobiet w Kościele, choćby przy obsadzie stanowisk, które mogą piastować wszyscy ochrzczeni, nie tylko mężczyźni. Powinna tu zadziałać zasada charyzmatów – skoro dar, jakim jest charyzmat, otrzymujemy niezależnie od płci, trzeba stworzyć warunki obdarowanemu, by mógł go wypełnić i służyć nim innym. Tyle że prawo kanoniczne sobie, a praktyka sobie i wciąż wiele funkcji jest postrzeganych jako teren działania przede wszystkim księży.

Druga sprawa to aggiornamento, czyli udzisiejszenie. Myślenie soborowe zakłada bowiem, że ciągle na nowo, ale w świetle naszej wiary, podejmujemy refleksję nad światem, zależnie od tego, jak on aktualnie wygląda i czym żyje. Nigdy nie było to łatwym zadaniem, podobnie jak udzielanie odpowiedzi na nowe wyzwania. Tymczasem wiarygodne świadectwo Kościoła – jako wspólnoty i jako instytucji – w przekazie wartości istotnych dla ludzi w dużej mierze zależy właśnie od umiejętności rozmowy ze światem. Zmiany, które zaszły w ciągu minionego półwiecza, ośmielają ludzi do stawiania coraz bardziej fundamentalnych pytań o Kościół. Takich też odpowiedzi, głęboko zasadniczych, powinniśmy udzielać.

W adhortacji Evangelii gaudium z 2013 r. papież Franciszek stwierdza, że „domaganie się słusznych praw dla kobiet (…) stawia przed Kościołem głębokie pytania”. Jakie to mogą być pytania? Przypuszczam, że nie chodzi tylko o parytet w instytucjach kościelnych. Co kobiece doświadczenie i kobieca religijność mogą nam postawić przed oczy? Na przykład nasilającą się konsumpcję i ubożenie części społeczeństwa – takie przemiany świata, za sprawą których bogaci stają się jeszcze bogatsi, a biedni nie zyskują nic. Ubóstwo i brak równouprawnienia w różnych częściach świata mają przecież twarz kobiety właśnie. Także w Kościele chyba każdy problem, przed którym stajemy – czy to na poziomie parafii, czy instytucji watykańskich – przynajmniej potencjalnie mógłby zostać rozwiązany inaczej, gdyby wziąć pod uwagę perspektywę kobiecą. Zdaję sobie sprawę, jak ogólnie to brzmi, ale gdyby realizować ten postulat od najbardziej podstawowego poziomu, czyli parafii, szybko wypełniłby się treścią konkretnych pytań: jak rozumieć wspólnotowość i kolegialność w naszej parafii? Jakie jest w niej miejsce ubóstwa? Co z posługą ministrancką i szafarzy Eucharystii? Nie istnieją żadne kanoniczne przeszkody, byśmy oglądali przy ołtarzu ministrantki i szafarki, a jak jest w rzeczywistości? Już na poziomie parafii muszą dochodzić do głosu obie płcie, unikając stereotypowego podziału ról, który przewiduje np., że panowie są od tworzenia rady parafialnej, a panie od działalności charytatywnej.

Gdy rozmawiam z moimi studentkami i studentami, szybko sobie uświadamiam, że konieczność uwzględniania kobiecej perspektywy i wrażliwości jest dla nich oczywista, a nie rewolucyjna. To efekt zmiany pokoleniowej. Im się nawet wydaje, że wszystko zostało już zrobione w tej mierze i społecznie zaakceptowane, dopiero praktyka życia po studiach pokazuje, że nie w każdej sytuacji działa to tak, jak powinno. Co więcej, trzeba strzec tego, co zostało osiągnięte, bo to wcale nie musi być na zawsze.

Od Franciszka można też usłyszeć wezwania do stworzenia „głębokiej teologii kobiety” – widać, nie jest to dla niego marginalna kwestia. Można jednak zapytać: pogłębiona, czyli jaka?

Pojęcie „teologii kobiety”, które funkcjonowało do połowy lat 70. XX w., koncentrowało się na teologicznej refleksji nad miejscem i rolą kobiety w Kościele i społeczeństwie. Dzisiaj jesteśmy krok dalej: chodzi o wprowadzenie ich w życie. A poza tym wypracowaliśmy już perspektywę kobiecą w teologii i podejmujemy różne tematy, nie tylko kobiece, tyle że w pewnej hermeneutycznej autorefleksji teologicznej kobiet. I widzimy to inaczej. W Bogu nauczyliśmy się dostrzegać nie tylko cechy ojca, ale też matki. Skoro człowiek został stworzony na Boży obraz i podobieństwo, Ten odbija się w nas niezależnie od płci, jaką mamy. Inaczej o Bogu rozmawiamy. Nie jest On przede wszystkim wojownikiem czy sędzią wymierzającym sprawiedliwość. Jest też Bogiem współcierpiącym, który nie wyklucza żadnego człowieka, bez względu na jego deficyty czy społeczny status. Jest Tym, który szuka zaginionej owcy i przyjmuje marnotrawnego syna. Jeszcze całkiem niedawno te obrazy Boga znajdowały się na drugim planie.

Czego się pozbawiamy jako Kościół, marginalizując już nawet nie tyle kobiecą religijność, ile te cechy, które się przyjęło uważać za kobiece: relacyjność, uważność, otwartość?

Tego wszystkiego, co zostało wymienione. I tracimy ludzi. Gdyby wrócić do tego, po co jest Kościół, trzeba przypomnieć, że on nie istnieje sam dla siebie. Jego sensem jest bycie świadkiem i przekazicielem zbawienia dla ludzi. Skoro tak, trzeba do tych ludzi pójść. Obraz człowieka zredukowany tylko do jednej płci utrudnia głoszenie ludziom Dobrej Nowiny. To jest podstawowa strata. Brak wymienionych przed chwilą cech oznacza poniekąd i to, że ludzie nie dostrzegają, czemu Kościół ma służyć.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata