70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Na całe życie

Nigdy nie żyłam samodzielnie, nie przepadałam za miastem, spotykanym tu hałasem i tłokiem. Nie podobało mi się, jak bardzo zwraca się w mieście uwagę na modę i wygląd.

Jak to było z tymi nietoperzami?

Tymi, które badałam, pisząc pracę magisterską?

Tymi samymi.

To ktoś to jeszcze pamięta?!… Prof. Roman J. Wojtusiak, etolog z Katedry Zoologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, który badał m.in. orientację przestrzenną owadów, nietoperzy i ptaków, polecił mi zbadanie wrażliwości nietoperzy na odróżnianie bieli i czerni oraz różnych odcieni szarości. Z moim kolegą Adamem Krzanowskim (późniejszym profesorem), który obrączkował te nocne ssaki, chodziliśmy po różnych miejscach, gdzie mieszkały większe ich skupiska. Dotarliśmy aż pod sam dach bazyliki Mariackiej, gdzie przez lata powstały gigantyczne kolonie nietoperzy, uformowane w kształt gron zwisających z kalenicy. Gdy włożyło się rękę do takiego grona, stworzonego przez kilkadziesiąt egzemplarzy, czuło się przyjemne ciepło, gorąco właściwie, bo zwierzęta, zbite ciasno koło siebie, trzymały temperaturę.

To Pani wkładała tam rękę?

Naturalnie, troszkę gryzły, ale nie bardzo. Na całym poddaszu czuło się specyficzny zapach nietoperzy, tak że potem, ile razy bywałam w bazylice, miałam wrażenie, że dociera on do mnie ponownie. Ani zapach, ani dotyk nietoperzy nie napełniały mnie odrazą. Poczułam się okropnie, gdy parę osobników musiałam wyrwać z tej ogromnej rodziny i zamknąć w klatce… Eksperymenty wykonywałam w Instytucie Zoologii – podawałam im jedzenie na miseczkach w różnych odcieniach szarości – nocowały jednak u mnie.

Praca nie była pionierska. Było dowiedzione, że nietoperze nie odbierają kolorów, tylko różne odcienie szarości. Można było jednak sprawdzać, jakie niuanse szarości są w stanie rejestrować. Końcowy egzamin zdawałam już jako żona Jacka, spodziewając się przyjścia na świat Henryczka, naszego pierworodnego. Nie pogłębiałam więc badań ani nie przedłużałam działalności naukowej. Kiedy zaczęły się rodzić dzieci, właściwie wszystko stało się nieważne. Tym bardziej że Jacek był bardzo zajęty – pochłonął go całkowicie „Tygodnik Powszechny”.

Kiedy się Państwo pobieraliście w czerwcu 1948 r., Jacek Woźniakowski ma za sobą pracę w „Głosie Anglii”, wydawanym w Krakowie tygodniku Foreign Office, i jako sekretarz redakcji rozpoczyna pracę w piśmie Jerzego Turowicza. Może nie zadam pytania, jak Profesor angażował się w prace domowe? Czy zmywał, jak Turowicz? Czy czyścił srebra, w czym ponoć rewelacyjny był prof. Stefan Swieżawski?

O dziwo, mimo że uważałam się za osobę bardzo w życiu niewprawną, byłam świadoma tego, że Jacek będzie miał inne sprawy na głowie. Miałam świadomość, że jego praca – najpierw w „Tygodniku Powszechnym”, potem jako redaktora naczelnego Wydawnictwa Znak – prowadzona w warunkach mocno ograniczonej wolności jest po prostu ważniejsza niż pomoc w wychowaniu dzieci czy prowadzeniu domu. Moja najmilsza teściowa Janina Wanda Tarnowska, gdy już małżeństwo moje i Jacka było postanowione, wezwała mnie do siebie, by zapytać: „Czy zdajesz sobie sprawę, że całe życie będziesz pielęgniarką?”. Jacek był bowiem marnego zdrowia jako dziecko, do tego dołożyły się obrażenia odniesione w kampanii wrześniowej, kiedy został ciężko ranny w twarz. Odpowiedziałam: „Trudno, klamka zapadła, będę więc pielęgniarką”.

Potem, w trakcie wspólnego życia, nie było aż tak źle, ale faktem jest, że myślałam o zdrowiu Jacka i starałam się go nie zamęczać domowymi kłopotami. Nie czułam zresztą takiej potrzeby, skoro sobie radziłam. Moja matka wręcz mi czasami wyrzucała, że bardziej dbam o Jacka niż o dzieci. Może i tak… Ale „Tygodnik” i Znak w tamtym czasie po prostu były ważniejsze. Nie wiem, skąd mi się wzięło takie podejście, bo moja mama wcale tak koło taty nie chodziła… A dzisiaj mam nawet wrażenie, że żony orają swymi mężami – że współczesne kobiety, przejęte niewątpliwie słusznymi ideami feminizmu, za bardzo mężami się wysługują i w sprawach domowych, i w sprawach dzieci. Zanudzają ich tymi przyziemnymi sprawami…

Bo oni, tak naprawdę, to się przy tych dzieciach marnują?

Można to obśmiać, ale zapewniam, że zdaję sobie sprawę, że mamy równouprawnienie: kobiety pracują zawodowo, więc i podział obowiązków domowych musiał się przepołowić. Rozumiem to, ale mimo wszystko zawsze tych mężczyzn jest mi trochę szkoda. Mnie się wydaje, że ich nużą te domowe sprawy, są w tym niezręczni i wszyscy skorzystaliby na tym, gdyby zajęli się czym innym. Ach, jak się Róża złości, kiedy mówię takie rzeczy!

Róża Thun, eurodeputowana, która zajęła się – i to z sukcesem! – działalnością przez wieki zarezerwowaną dla mężczyzn.

Franzi, jej mąż, który dawniej, kiedy przychodziły na świat kolejne dzieci, pracował bardzo intensywnie w instytucji opracowującej programy restrukturyzacyjne dla krajów rozwijających się, musiał przejąć gros obowiązków domowych. Radzi sobie z tym zresztą znakomicie.

Czemu uważała Pani siebie, kiedy wychodziła Pani za mąż, za osobę „w życiu niewprawną”?

Bo niczego nie umiałam robić, nawet szpinaku przyrządzić. Uczyłam się od podstaw. Moja matka nigdy nie gospodarowała. Dom prowadziła ukochana niania i gosposia Jadziunia Tanajewska, która przyjechała z nami jeszcze z Mińszczyzny, rodzinnych stron mamy (była zresztą z moją rodziną do ostatnich dni życia, kiedy z kolei to moi rodzice się nią zajmowali). Mama umiała przygotować samodzielnie najwyżej płatki owsiane z mlekiem albo kartofle ze skwarkami.

Przyznaję, że długo nie potrafiłam podjąć decyzji, czy powinnam wychodzić za mąż za Jacka. Jego świat, niesłychanie wysublimowany intelektualnie, krąg jego przyjaciół i znajomych z „Tygodnika” i Znaku, tak był bowiem odmienny od tego, w którym wyrosłam: ziemiaństwa, które zajmowało się rolnictwem i utrzymaniem majątku. Oboje moi rodzice pochodzili z dalekich Kresów – tych ziem, które Polska utraciła po zawarciu trakatu ryskiego w 1921 r., kończącego wojnę polsko-bolszewicką.

Rodzice to: Róża z Czapskich, siostra m.in. Marii Czapskiej, pisarki, i Józefa Czapskiego, malarza…

Ciocia Marynia była moją matką chrzestną, po niej mam imię.

I Ignacy Plater-Zyberk.

Który pochodził z południowej części polskich Inflant, z ziemi nad Dźwiną, a mama z Przyłuk na Mińszczyźnie. Po 1945 r. osiedli najpierw w Zakopanem, potem w Krakowie, który wydał nam się piękny, a ludzie mili, niektórzy znakomici. Jednak miasto jako całość było zasiedziałe, raczej zamknięte na obcych, w pewnym sensie nieprzystępne. Nawet wojna wyglądała u nich inaczej: nie byli wypędzani z domów, rodziny nie ulegały rozproszeniu. Moi rodzice domy i kraj rodzinny utracili ponad dwie dekady wcześniej, a okupacja i nowe porządki wprowadzane po 1945 r. pozbawiły ich reszty poczucia bezpieczeństwa.

Wracając do mojego nieprzystowania: nie znałam świata, tak to chyba można określić. W trakcie studiów w Krakowie zawsze mieszkałam u kogoś z rodziny, pod Tatry do rodziców starałam się jeździć co tydzień. Nigdy nie żyłam samodzielnie, nie przepadałam za miastem, spotykanym tu hałasem i tłokiem. Nie podobało mi się, jak bardzo zwraca się w mieście uwagę na modę i wygląd. Genre ziemiański był inny, bardziej nonszalancki, nawet nieco siermiężny.

Pamiętam Pani zdjęcie ze ślubu: sukienka pod szyję, żadnych trenów ani welonów, z biżuterii jedynie perła zawieszona na łańcuszku.

Ta skromność nie wynikała jedynie z warunków materialnych, w jakich się wówczas znajdowaliśmy. My tak byliśmy chowani: bez ekstrawagancji. Źle widziano zerkanie do lustra bez potrzeby, nie daj Boże, poprawianie urody: robienie makijażu czy nawet używanie pomadki do ust. To było niemal jak: „Przebóg! naróżowana” – jak krzyczy tytułowy bohater w Panu Tadeuszu na widok Telimeny – po prostu niedopuszczalne.

Dzisiaj przyjęło się przedstawiać życie po dworach jako pasmo rautów i polowań, urządzanych dla panów w smokingach oraz dam w wielkich kapeluszach i koniecznie w długich białych sukniach, którzy prowadzą życie bez trosk materialnych. Pewnie, byli i tacy, którzy tracili pieniądze na Riwierze, ale przeciętne polskie ziemiaństwo było ubogie. W miastach, szczególnie dużych, ludzie żyli na wyższym poziomie. Młodzież z bogatych mieszczańskich domów była lepiej wykształcona, wcześnie zaczynała wyjeżdżać za granicę (nawiasem mówiąc, pierwszy raz wyjechałam poza Polskę, gdy miałam już troje dzieci, pod koniec lat 50.!). Jacek, jeszcze w Szkole Podchorążych w Grudziądzu, zaprzyjaźnił się z Bronisławem Zielińskim, późniejszym tłumaczem prozy angielskiej i amerykańskiej, w tym Ernesta Hemingwaya. I był pod takim wrażeniem jego wykształcenia i obycia, że początkowo czuł się przy nim jak niewykształcony prowincjusz.

Decyzja, by za sprawą małżeństwa z Jackiem wejść w świat miejskiej inteligencji, nie była prosta. Wszystko się odwlekało, bo mimo zachwytu Jackiem rozstanie z najbliższą rodziną nie było łatwe. I wtedy moja teściowa rozpoczęła odmawianie nowenny u sióstr bernardynek przy Poselskiej. No i ostatecznie weszłam w ten świat, tak wówczas dla mnie obcy, w którym jednak spotkałam i pokochałam wiele wspaniałych osób. Nigdy nie stałam się intelektualistką, nigdy nie byłam tak oczytana ani tak światowa jak wielu z moich i Jacka przyjaciół, ale potrafiłam ich docenić. Czułam, jacy to są ludzie i że jest wielkim darem losu, że mogę żyć tak blisko nich. Właściwie miałam wielkie szczęście.

A życie, to zwyczajne, którego też się Pani obawiała?

Gdy trzeba coś robić, nie ma czasu na gadanie. Naszym pierwszym mieszkaniem był sublokatorski pokój Jacka i jego siostry Kasi na Straszewskiego, tuż pod Wawelem. W dużej, czarnej od dymu i kurzu kuchni, którą dzieliliśmy ze współlokatorami, bardzo miłymi ludźmi, słuchając, jak co kwadrans zegar na wieży ratuszowej wybija godzinę, usypiałam Henryczka – który wrzeszczał bez przerwy przez pierwsze trzy miesiące życia. Chciałam, by Jacek mógł się w pokoju wysypiać do pracy w „Tygodniku”, gdzie spędzał właściwie całe dnie. W tej samej kuchni robiłam pranie na tarze, uczyłam się gotować.

Pojawiały się na świecie kolejne dzieci, momentami żyło się więcej niż skromnie. Nie zawsze było na masło, więc margarynę mieszałam z masłem, by przemycić choć trochę maślanego smaku. Chleb zjadało się do koniuszka, nie było żadnego wyrzucania dla gołębi. Ubrania dzieci przechodziły z jednego na drugie. Gdy przychodzili do nas po niedzielnej mszy moi rodzice, z reguły przynosili ciastka. Nie było przyjęte kupować je tak po prostu, bez okazji. A że, uważam, byłam fatalną kucharką, nigdy żadnych ciastek nie umiałam zrobić. Kiełbasę, bywało, Jacek przynosił z „Tygodnika”, gdzie pojawiał się chłop z Liszek, przywożąc mięso i przetwory własnego wyrobu.

W gruncie rzeczy to zwyczajne życie nie okazało się aż takie trudne. Poza tym byłam młoda i zdrowa, kochałam męża i dzieci, więc jakoś to szło…

Znajdywała Pani czas na czytanie tego, co wychodziło w Znaku albo publikowano w „Tygodniku”?

Z trudem. Jeśli już, to wieczorem, gdy dzieci spały. To był święty moment. Dlatego rano same wstawały do szkoły, budząc się między sobą, robiąc śniadanie. Odprowadzania za rączkę u nas nie było. Za to czekałam na nie z obiadem, chętna, by wysłuchać wszystkiego, co mają do powiedzenia. Mnie to naprawdę interesowało. Nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że dziecięce opowieści są nudne. Nie było tylu zajęć dodatkowych, jak teraz słyszę: balet albo szermierka, albo nauka hiszpańskiego, albo jeszcze coś. Dzieci dłużej i więcej siedziały w domu – była możliwość, by po prostu ze sobą pobyć.

Otaczali nas ludzie w podobnej sytuacji: z rodzinami, bez finansowych zabezpieczeń, imponujących wpływów czy stanowisk. Ale za to jacy wspaniali! Nie będę mówić o mądrości Jerzego Turowicza ani skromności jego żony Anny, bo wpadłabym w banał. Dla mnie i Jacka mistrzem życia, tak chyba mogę powiedzieć, był Tolo Gołubiew, o którym w takim kontekście nie można mówić bez jego drugiej połowy – żony Janki, malarki. Mnie byli szczególnie bliscy, bo kresowi – pochodzili z Wileńszczyzny. Oboje byli gorącego serca, mówili po polsku z tym najmilszym akcentem kresowym, którego dzisiaj już się chyba nie słyszy. Silnie związani z wsią i naturą, podobnie jak Jacek i ja.

Już rozumiem, skąd ten pęczek stokrotek pod lampą, choć rozmawiamy tuż przed Zaduszkami, o krok od jednej z najruchliwszych ulic w Warszawie.

Przyroda zawsze była dla mnie bliska i ważna. Muszę jednak wrócić jeszcze do ludzi – jestem im to jakoś dłużna, szczególnie że w naszym kolejnym domu, przy Wyspiańskiego w Krakowie, przez wiele lat odbywały się narady środowiska „Tygodnika” i Znaku. Zdumiewało mnie za każdym razem, a debatowano na najważniejsze wówczas tematy, jak ci ludzie ostatecznie potrafią się ze sobą porozumieć. A przecież bynajmniej nie we wszystkim się ze sobą zgadzali. Potrafili się kłócić do upadłego! Tolo zrywał się co chwila i wybiegał na środek, chodził, palił papieros za papierosem. Czasami się wściekali, np. na Stacha Stommę wściekali się straszliwie. Ale mimo to, przysłuchując się tym rozmowom, bez trudu można się było zorientować, jak doskonale wszyscy się rozumieją i jakie wielkie mają do siebie zaufanie: Hania Malewska, Ziuta Hennelowa, Jerzy Turowicz, ks. Andrzej Bardecki, Stefan Kisielewski, Krzysztof Kozłowski, Marek Skwarnicki… Dla rozładowania emocji opowiadali dowcipy albo układali wierszyki. Kiedyś usłyszałam od Stacha Stommy: „Tylko Maja, brzózka biała, odezwać się nie śmiała”. No, nie śmiała, bo rozumiałam z tego, o czym mówią, połowę.

Pani córka Róża Thun opowiadała mi kiedyś o zdjęciu Pani babki Józefy Thun Hohenstein wykonanym w czasie, kiedy wychodziła za mąż za Jerzego Czapskiego i czekała ją przeprowadzka z Pragi do Przyłuk na Mińszczyźnie. Na odwrocie fotografii napisano: „Juža heiratet nach Russland!”. Juža zamieszkała więc w Imperium Rosyjskim, a dokładnie mówiąc: na dawnych polskich ziemiach, które dzisiaj należą do Białorusi. Nie miała w sobie kropli polskiej krwi, jej ojczystym językiem był niemiecki i… wybrała polskość, bo utożsamiano ją wówczas z ludźmi, którzy walczą o wolność i ocalenie własnej kultury. Polskiego nauczyła siebie i siedmioro swoich dzieci.

Wymieniam wedle starszeństwa: Leopoldyna Łubieńska (u niej w Kazimierzy Wielkiej przeżyliśmy okupację), Elżbieta Czapska, Karolina Przewłocka (w jej domu, w Mordach pod Siedlcami, się urodziłam), Maria Czapska, Józef Czapski, Stanisław Czapski, Róża Plater- -Zyberk, moja matka.

Dla odmiany mój ojciec służył przez kilka lat w wojsku carskim, po rosyjsku mówił jak po polsku. Razem z Pawłem Jasienicą, który odwiedzał nas po wojnie w Krakowie, przerzucał się rosyjskimi powiedzonkami, celnie oddającymi stan ducha czy opinię, albo dowcipami. Rosjan cenił i miał wśród nich przyjaciół. Mimo to wybrał bycie Polakiem.

Obie te rodziny zostawiły strony rodzinne, także za sprawą rewolucji bolszewickiej, by osiąść w Polsce. A ziemie, lasy, dwory, pałace…

Cudowne krowy w przepięknych oborach, konie, hektary, klejnoty i antyki… Dajmy spokój! Nie było żadnego rozpamiętywania ani liczenia strat. I moja rodzina nie była wyjątkiem, to była norma. Żal było ludzi i kraju rodzinnego – o tym się mówiło. Ci, którzy zdołali wyjechać, pamiętali, że po wschodniej stronie nowej granicy Polski została masa ludzi szalenie patriotycznych, choćby biednej szlachty zagrodowej, która tłumnie stawiała się na każde wezwanie. Oni wszyscy przepadli, więc jeżeli pojawiało się jakieś poczucie straty, to Kresów jako całości: kraju, ludzi, atmosfery. Bo majątku zawsze można się dorobić, a ludzie są niepowtarzalni. Proszę sobie wyobrazić, że moja matka całe życie otrzymywała codziennie kartki od sióstr – w ten sposób były au courant wszystkiego, co się u nich dzieje. To było ich prawdziwe bogactwo i majątek: człowiek, jego życie, kontakt z nim.

Moja babka ze strony taty Jadwiga Plater-Zyberk ufundowała w Inflantach kościół i dom dla opuszczonych dziewcząt. Wstyd powiedzieć, ale dowiedziałam się tego całkiem niedawno od pewnego historyka, który bada polską przeszłość tych ziem. Proszę sobie jednak wyobrazić, że kiedy moja babka musiała opuścić tamte strony, w które włożyła przecież tyle serca, i zamieszkała w centralnej Polsce, w Mordach pod Siedlcami, u mojej ciotki Karli Przewłockiej, potrafiła dawać lekcje francuskiego, pisać książki dla młodzieży, uczyć dzieci katechizmu. Żadnego rozpamiętywania, łez, goryczy, tylko życie! Praca i zaangażowanie na miarę, jaka była dla niej możliwa.

Gwoli prawdy muszę przypomnieć, że dziadek Jerzy Czapski, gdy z Przyłuk przyjechał do Mordów, podobno wesoły nie był. Zupełnie inaczej niż w Mińszczyźnie, gdzie lubił się bawić, urządzał polowania. Ale też przewodniczył Związkowi Ziemian Ziemi Mińskiej i Towarzystwu Rolniczemu; był człowiekiem majętnym, znanym z hojności. W Przyłukach było całe jego życie, Mordy musiały być dla niego jak bezczynna emerytura. Przypuszczam jednak, że to był wyjątek od reguły, która była zupełnie inna, bo znałam szereg ludzi z dawnych Kresów, którzy utracili wszystko, a dawali sobie radę. Nie słyszałam o załamaniach nerwowych ani o samobójstwach z powodu utraty majątku. Zresztą… Im człowiek starszy, tym bystrzej dostrzega, że to wszystko funta kłaków niewarte.

Wszystko, czyli?

No choćby ta perełka, o której Pani wspomniała, zawieszona na mojej szyi podczas ślubu, którą dostałam właśnie od babci Plater-Zyberkowej. Perła miała haczyk, który pozwalał ją przypinać do sukni. Czasami zahaczała się jednak o jakieś ubrania i ginęła. Za każdym razem, szukając jej, myślałam, że serce pęknie mi z żalu, jeśli się okaże, że perła się zgubiła. Teraz mogłoby mi zginąć pereł dziesięć – których zresztą nie mam – i nie zrobiłoby to na mnie wrażenia.

Gdy przenosiliśmy się z Jackiem do Warszawy, poprosiłam dzieci, by zabrały z naszego starego mieszkania w Krakowie przy Pijarskiej co które chce: obrazy, krzesła, meble. Szczęśliwa jestem, że oni to między siebie rozdzielili, bez jednej niesnaski, a ja nie musiałam likwidować mieszkania ani niczego za sobą ciągnąć, choć nie brakowało tam przecież przedmiotów ładnych, do których byłam jakoś przywiązana. Tyle że mnie to już nie jest potrzebne. Jedyna wartościowa rzecz, którą sobie zatrzymałam, to ten sygnet po moim ojcu, który noszę. Pozbawiona jednak jestem chęci posiadania czegokolwiek, nie kwoczę nad pamiątkami. Mieszkam w miłym pokoju otoczona książkami, mam blisko do kościoła. Są wnuki i dzieci. Mogę powiedzieć: mam wszystko.

A co jest tak naprawdę najważniejsze?

Jeżeli człowiek ma nadzieję, a czasami widzi tego dowody, że jednak coś przekazał dzieciom: czegoś ich nauczył, coś im wytłumaczył. To chyba jedyna rzecz, która się liczy.

Muszę zresztą przyznać, że byłam wobec swoich dzieci wymagająca, nawet surowa, nie kryłam się z krytyką, gdy nie podobało mi się to, co robią. Nadmiar wyrozumiałości, uleganie dziecięcym kaprysom do dziś oceniam źle, szczególnie gdy widzę, jak kilkulatki potrafią terroryzować swoich rodziców, np. w centrach handlowych. Własnym dzieciom potrafiłam zwrócić uwagę nawet publicznie, w gronie przyjaciół. Zależało mi na tym, by wbić im do głowy, że w pewien sposób zachowywać się nie można. Nie ze względu na rodzinę czy nazwisko, ale siebie samego i innych ludzi. Liczy się praca nad charakterem. Gdy więc obserwuję np. takie zabiegi jak prowadzenie dociekań genealogicznych, powrót do tytułów…

… zniesionych Konstytucją marcową w 1921 r.

Tudzież pielęgnowanie innych snobizmów mogę tylko pomyśleć: c’est ridicule! Kiedyś Franzi, mąż Róży, jeszcze za życia Jacka, przyniósł audiobook z Potopem i pomyślałam, że ja to sobie przypomnę, cerując pończochy i swetry.

To Pani zajmuje się takimi robótkami?

Naturalnie, po co wyrzucać, skoro wystarczy naprawić? Wracając do Potopu, który po raz pierwszy przeczytałam jako dziecko, oczywiście. Bywało, że naśmiewałam się z Jacka, który całkiem często, po całym dniu pracy przy biurku, wyciągał jeden z tomów i zaczynał czytać, ot tak, w dowolnym miejscu, po czym nie mógł się oderwać: tu tombes en enfance – „wpadasz w zdziecinnienie”. Gdy jednak sama zaczęłam słuchać Sienkiewicza, podobnie nie potrafiłam przerwać. Co mnie jednak zdumiało? Jak snobistyczna była brać szlachecka, opisywana przez Sienkiewicza: te herby, te parantele, te koligacje Kiszków z Radziwiłłami…

A czym dla Pani było pochodzenie i plejada zacnych, bywało, że bardzo zasłużonych i dzielnych, przodków? Zadaniem, powinnością?

O tym się nie mówiło… Tego w ogóle nie powinno się wyrażać słowami. Było jakoś oczywiste, że trzeba się troszczyć o polskość, że trzeba być przyzwoitym człowiekiem, że jeśli miało się lepszy start, choćby intelektualny, to trzeba z siebie więcej dać. Ale na takie zupełnie podstawowe tematy ludzie kazań sobie nie prawili, przynajmniej nie w mojej rodzinie.

Mój ojciec był zresztą bardziej człowiekiem działania niż dyskusji, bo od wczesnej młodości, kiedy stracił dom w Inflantach, musiał radzić sobie sam. Jak tylko skończyła się wojna w 1921 r., zaczął pracować jako zarządca dóbr u krewnych: Plater-Zyberków, Przewłockich, Tyszkiewiczów. Różni nasi kuzyni mieli bowiem majątki, ale nie zawsze posiadali umiejętności albo czas, by się nimi kompetentnie zająć. Tymczasem mój ojciec był gospodarny, pracowity, zaradny i wesoły, co pomagało w kontaktach. Lubił i potrafił prowadzić interesy, i to duże: drzewne, spirytusowe, handlu zbożem. Nigdy nie mieliśmy własnego domu, także przed wojną. Mieszkaliśmy u rodziny: w Mordach u Przewłockich, w Kazimierzy Wielkiej u Łubieńskich, jakiś czas w Wilnie.

Po 1945 r. było trudniej: krewni utracili dobra, cała moja warstwa społeczna, okazało się, ma niewłaściwe pochodzenie, więc ojciec musiał mocno głową kręcić, by nas utrzymać. A było nas czworo: mama, mój starszy brat Henryk, ja, młodsza siostra Elżbieta, oraz Jadziunia, która nas wychowała. Ojciec, który z łatwością nawiązywał kontakty, znał dobrze środowisko byłych ziemian, ale też osoby, które dorobiły się za sprawą jakichś powojennych interesów. Ponieważ wbudzał zaufanie, pośredniczył w sprzedaży ocalonych a cennych rzeczy – jak się wtedy mówiło: „pańskich ostatków” – obrazów, biżuterii, mebli. Te wyprzedaże były dla wielu ludzi głównym źródłem utrzymania. Oczywiście było to nielegalne, więc niosło ze sobą spore ryzyko, ale że mój ojciec wiedział, komu może zaufać, szczęśliwe obyło się bez wpadek. I choć kokosów z tego nie było – żyliśmy po prostu marnie – jednak narzekania nie pamiętam, naprawdę.

Parę wskazówek, jak wychować dzieci, przed chwilą otrzymałam. A udany związek jak stworzyć?

Przyszłam kiedyś na Lenartowicza do Turowiczów, by odebrać list, który Jacek przez Jerzego do mnie napisał. Nie pamiętam już, kto mi otworzył, pierwsze kroki skierowałam do salonu, uchyliłam drzwi… Anna i Jerzy stali objęci, tak ciasno objęci, niczym jedno ciało. Speszyłam się i cofnęłam, a Anna zawołała: „Ależ chodź, chodź”, bez cienia zażenowania. To było naprawdę udane małżeństwo… Ale czy na to jest jakaś recepta?

Kiedy byłam młoda, dbano, by przyszli małżonkowie pochodzili z rodzin jakoś do siebie zbliżonych, podobnych w zainteresowaniach i sposobie bycia. W tym upatrywano szansy na dobranie się i niepopełnienie błędu. Teraz ludzie się mieszają z przeróżnych części społeczeństwa, także światopoglądowych, i potrafią stworzyć wzorcowy związek.

Jako studentka chciałam pojechać z kolegami na Mazury, czyli w rejony wówczas zupełnie egzotyczne, by zobaczyć kormorany. Rodzice, nie znając bliżej ludzi, z którymi miałam wyjechać, odmówili kategorycznie.

Pojechała je Pani zobaczyć już z mężem, bo wybraliście się na Mazury w podróż poślubną.

Jak widać, nic mnie nie ominęło. A wracając do małżeństwa: nie doceniamy kwestii zupełnie elementarnej, że małżeństwo to sakrament, a więc łaska Boża. Jestem przekonana, że małżeństwa, które z natury rzeczy przechodzą różne koleje, radziły sobie z nimi, bo miały świadomość sakramentu i łaski obecnej także w ciężkich chwilach. A jeśli tego nie ma, to na co liczyć? Wyłącznie na siebie? To może się okazać za mało.

Gdy brałam ślub z Jackiem, przerażona tym nieznanym, rozpoczynającym się życiem, wciąż sobie w myślach powtarzałam: „Na całe życie, to jest na całe życie”. Przypuszczam, że tego dzisiaj jest za mało: świadomości, że ślub jest na całe życie. Że będzie bogato i biednie, wesoło i smutno, gorzko i słodko, ale przede wszystkim, że w tym wszystkim będziemy razem do końca dni.

Ostatnie lata życia z Profesorem chyba nie były łatwe z racji jego ciężkiej choroby, opieki…

Zupełnie nie. Z dzisiejszej perspektywy wszystko może się wydawać trudne: wychowywanie czworga dzieci, samodzielne prowadzenie domu. Wcale nie było trudno. Tak samo nie czułam, że opieka nad ciężko chorym Jackiem mnie wyczerpuje, że jest ponad moje siły. Może dlatego że mimo zbliżającej się dziewięćdziesiątki wciąż jestem fizycznie zdrowa? Poza tym byłam szczęśliwa, że Jacek nie leżał w szpitalu, nie był operowany, żadne obce ręce nie musiały być w opiekę nad nim zaangażowane. To naprawdę łaska Boża.

Można powiedzieć, że prof. Jacek Woźniakowski poświęcił życie wielkim sprawom, jako wykładowca, tłumacz, założyciel wydawnictwa, społecznik. Pani wiodła życie na marginesach. Nigdy to Pani nie przeszkadzało? Nie miała Pani poczucia, że gdyby została przy tych nietoperzach, to byłby z tego chociaż doktorat?

Nigdy! Nawet nie miałam poczucia, że znajduję się w jakimś kącie! Było między nami porozumienie. Przyjaźń, po prostu. Jacek dzielił się ze mną wszystkim, czym aktualnie żył. Wiedziałam, co go przejmuje lub martwi, czego się obawia. Nie lubię słowa „poświęcenie”. Jacek nigdy się nie poświęcał – dużo pracował, bo to była jego pasja. A ja zajmowałam się czym innym, bo tak wybrałam i pasowało mi to. Żadne tam: „poświęciłam się rodzinie”. To było zadanie wynikające z tego, że chce się uczciwie życie przeżyć.

Jacek w czasie ostatniej choroby, już po wylewie, bardzo lubił głośną lekturę. Przeczytałam mu więc na głos całego Pana Tadeusza. Zamiast gazet. Uśmiechał się czasami, chociażby przy zabawnych opisach szlachty. To go wyraźnie cieszyło. Mówił jednak, szczególnie w ostatnich tygodniach przed śmiercią, coraz mniej. Kiedyś wracałam do pokoju i usłyszałam, że Jacek mówi coś, bardzo niewyraźnie. Nadstawiłam ucha. Doleciały mnie niewyraźne słowa: „miłość”, „kocham”… Zapytałam: „Jacku, a z kim ty tu rozmawiasz?”. Cisza. „Mówiłeś coś o miłości?” „Bardzo kochałem moją żonę” – odpowiedział bardzo powoli, usiłując każde słowo wypowiedzieć wyraźnie. Nie było w naszym zwyczaju okazywać wzruszenia i w ogóle wypowiadać takie słowa, więc nie chciałam się jakoś rozklejać. Odpowiedziałam tylko, jakby żartobliwie: „Jak to miło słyszeć… Ale dlaczego mówisz w czasie przeszłym?”. „Bo ja już umarłem”…

Warto było zostawić nietoperze.

I jeżeli czegoś mi brakuje po odejściu Jacka, to współodczuwania, które zawsze między nami było, wymiany poglądów. Dobre małżeństwo na tym chyba właśnie polega: że ludzie ciągle się docierają, korygują. I z tego rodzi się jakieś bogactwo.

.

MARIA WOŹNIAKOWSKA – z domu Plater-Zyberk (ur. 4 września 1926 w Mordach pod Siedlcami), jest z wykształcenia biologiem. Od 1948 r. żona prof. Jacka Woźniakowskiego (1920–2012): historyka sztuki, publicysty, redaktora, działacza katolickiego, redaktora naczelnego Wydawnictwa Znak w latach 1959–1990. Mają czworo dzieci: Henryk Woźniakowski jest publicystą i tłumaczem, szefem Wydawnictwa Znak od 1991 r.; Róża Thun, anglistka, działaczka opozycji demokratycznej, pełni mandat deputowanej do Parlamentu Europejskiego; Anna Grocholska zajmuje się funduszami pomocowymi w warszawskim ratuszu; Jan Woźniakowski pracuje w Muzeum Historii Żydów Polskich

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata