70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Historyk nauki wstaje z fotela

Sięganie poza dostępny zmysłom horyzont jest wyraźnie człowiekowi potrzebne. Nie tylko w formie rozmyślania o lotach kosmicznych, czyli dosłownego poznawania nowych przestrzeni, ale właśnie pod postacią odkrywania tych fragmentów natury, których istnienia czasami nie jesteśmy w stanie doświadczalnie zweryfikować ani tu i teraz, ani jeszcze przez długi czas

 

„(…) spójrz, jak strop niebieski / Upstrzyły gęsto złote lampy gwiazd. / Najmniejsza nawet z tych, które dostrzegasz, / Śpiewa jak anioł w swym okrężnym biegu, / Wtórując bystrookim cherubinom; / Taka harmonia jest i w nieśmiertelnej / Duszy…” (przekład Stanisława Barańczaka). Od duszy do Wszechświata droga daleka, ale Szekspir, układając w Kupcu weneckim wykład dla Lorenza o harmonii świata i ciał niebieskich, nie zmyśla?

Żadną miarą! Szekspir posługuje się wiedzą astronomiczną swobodnie. I to nie tylko tą, którą zawierały popularne w jego czasach almanachy astrologiczne – wydawane co roku i objaśniające świat przez zestawienia konfiguracji ciał niebieskich, były nieodłącznym elementem życia społecznego. Szekspir był też au courant z debatą astronomiczno-kosmologiczną prowadzoną na dość zaawansowanym naukowo poziomie. (Nawiasem mówiąc, Barańczak „poległ” w przekładzie tego fragmentu: u Szekspira wirują i śpiewają sfery, nie gwiazdy).

Wiedza prawdziwa o świecie jest koniecznie potrzebna, by napisać coś prawdziwego o człowieku?

Ujmę to inaczej: wiedza naukowa u najwybitniejszych twórców często stanowiła istotny element ich kultury ogólnej. Oni zadawali sobie trud poznania świata istniejącego i odbicia tej wiedzy w świecie, który sami tworzyli. Dobitny tego przykład stanowi Boska Komedia Dantego, która jest też wykładem XIV-wiecznej kosmologii. Z kolei u Szekspira, w Antoniuszu i Kleopatrze, sztafaż astronomiczny pojawia się chyba we wszystkich możliwych wariantach warsztatowych. Od luźnego nawiązania do astrologii, przez bogactwo teatru zjawisk niebieskich, skończywszy na zawoalowanych aluzjach, które pewni badacze uważają za opowiedzenie się przez autora po stronie określonej filozofii przyrody, np. za atomizmem albo heliocentryzmem.

„Miał twarz jak niebo i w to niebo wpięte / słońce i księżyc na swoich orbitach / świeciły ziemi – maleńkiemu o” (przekład Bohdana Drozrysdowskiego). Kleopatra takiego wyśniła sobie Antoniusza…

To charakterystyczny w poezji miłosnej trop, może nawiązanie do koncepcji przedstawiania człowieka jako mikrokosmosu. Trzeba jednak powiedzieć, że czytanie wybitnych dzieł dawnych mistrzów przez uczonych, którzy znają się na nauce tamtych epok, to nowa metoda. Wcześniej byliśmy na te znaczenia ślepi. Jak bardzo było to dotkliwe, choć przez czytelników niezauważane, przekonuję się podczas zajęć ze studentami, gdy czytamy pierwsze pieśni z Raju Boskiej Komedii, w których Dante pisze o Księżycu. Najpierw proszę o wskazanie miejsc, których nie rozumieją; potem dyskutujemy o tym, co wydało im się klarowne. Tyle że podczas rozmowy szybko się okazuje, że oni po prostu nie przeczuwają, ile w wybranych wersach kryje się treści do odkrycia i zrozumienia. W trakcie zajęć oczy otwierają im się coraz szerzej także dlatego, że uświadamiają sobie, ile tracimy z lektury tego arcydzieła, nie znając kultury naukowej wykorzystanej przez Dantego.

Kiedy Molier przekonywał ustami Don Juana, że bardziej wierzy w matematykę niż w Boga i tradycyjną medycynę, przewidywał nadchodzącą rewolucję naukową czy tylko prowokował współczesnych?

Być może, jak każdy wybitny twórca, wyczuwał ducha swoich czasów? Dowiemy się tego, jeśli lekturę Don Juana wzbogacimy o poznanie czytanych wówczas książek, w tym naukowych. Literatury zarówno wybitnej, jak i drugorzędnej, bo tę czytano powszechnie, więc nieraz to ona właśnie wytyczała szlak ducha epoki. Mam jednak na myśli poznanie głębokie, które pozwoli nieledwie wczuć się w myślenie ludzi tamtych czasów. W ten sposób możemy się dowiedzieć rzeczy niespodziewanych, choćby tego, że Londyn Szekspira był miejscem, gdzie teoria kopernikańska, propagowana przez kilku wybitnych intelektualistów, była dość rozpowszechniona. Jeżeli natomiast chcemy zrozumieć historiozofię Zygmunta Krasińskiego, pokazaną choćby w poemacie Przedświt, musimy poznać astronomię Williama Herschela. Nasz wieszcz odtworzył bowiem na sposób poetycki kosmos Herschela z drabiną coraz bardziej skomplikowanych i ewoluujących ciał niebieskich: od planet przez Drogę Mleczną po podobne do niej systemy gwiezdne. Nie mniejszą wiedzę z nauk ścisłych miał Witkacy, który zamieszczał w powieściach małe traktaty na temat fizyki współczesnej albo astronomii. Nierzadko jednak wykorzystywał ją do prześmiewczych zabaw intelektualnych, np. wprowadzając postaci o nazwiskach, które są przetworzonymi nazwami ciał niebieskich.

O tym, że Kwartet aleksandryjski Lawrence’a Durrella jest deklaratywnym nawiązaniem do teorii względności Einsteina, wiedzą chyba wszyscy, którzy przeczytali tę powieść. Jak rozległa była wiedza Bolesława Prusa o osiągnięciach współczesnej mu nauki, przekonuje powieść Emancypantki, gdzie całe fragmenty poświęcono odkryciom nauk ścisłych i przyrodniczych. Autor Lalki napisał też opowiadanie Przy księżycu, w którym – bazując na popularnej wówczas teorii, wedle której Księżyc oderwał się od wirującej młodej Ziemi, jako „bąbel materii” – porównuje stosunki międzyludzkie do relacji między Ziemią a młodym Księżycem.

Jeżeli od literatury Prusa do wiedzy o Księżycu tak blisko, to którędy biegnie granica między humanistyką a naukami ścisłymi?

A może zamiast szukać granic, potraktować literaturę i nauki ścisłe jako różne twarze przygody intelektualnej, którą jest poznawanie świata? Zanim zacząłem studiować astronomię, dużo czasu poświęcałem matematyce, np. czytając rozprawy o teorii liczb prof. Wacława Sierpińskiego, ale literatury pięknej nigdy nie zarzuciłem…

No właśnie, widzę. W zajmującej dwie ściany bibliotece Pana Profesora istne bogactwo: bajki japońskie, literatura erotyczna Anny Janko.

A to tylko połowa tego, co składało się na bibliotekę przed przeprowadzką… Historia nauki jest furtką w dwie strony: pozwala współczesnym uczonym zajmującym się naukami matematyczno-przyrodniczymi wyprawiać się w świat humanistyki, humanistom daje możliwość znalezienia nowych sensów badanych dzieł dzięki wiedzy nauk ścisłych. Literatura jest jednak Wszechświatem sama w sobie, mnie interesuje zaledwie pewien jego fragment. Za to taki, którego dotykają twórcy najwięksi.

Dlaczego interesuje ich wiedza przekraczająca stan świadomości epoki, w której żyją? Wiedza prawdziwa nie zawsze jest od razu użyteczna, nawet na poziomie oswajania lęków człowieka przed światem.

A dlaczego gdy jesteśmy pod rozgwieżdżonym niebem, doznajemy olśnienia? Dyktuje je wyłącznie ogrom Wszechświata, potrzeba poznania ciał niebieskich, faz Księżyca albo długości roku słonecznego? Pytanie o chęć zrozumienia czegoś więcej i głębiej, niż na pierwszy rzut oka jest możliwe, jest pytaniem o nasze człowieczeństwo. Tak właśnie rozpoczynają się niektóre starożytne poematy o człowieku – istocie, która stała się tym, kim jest, dopiero gdy podniosła oczy ku niebu.

Godfrey Harold Hardy, angielski matematyk z przełomu XIX i XX w., w książce Apologia matematyka wyjaśniał powody swego zainteresowania matematyką – dumny, że zajmował się takimi jej zagadnieniami, które nigdy nie znalazły praktycznego zastosowania. Nie przewidział, że kilka dekad po jego śmierci przedmiot jego badań zostanie wykorzystany w nowych metodach szyfrowania… Świat platońskich idei i strona praktyczna wiedzy wydają się nierozerwalnie związane, a odpowiedzi na pytanie, dlaczego człowiek chce poznawać coś, co wydaje się trudne, lokują się między tymi wyborami.

Dlaczego jednak chcemy wiedzieć, jak jest naprawdę?!

Zamiast udawać, że znam odpowiedź, opowiem, jak to bywało u niektórych uczonych.

W De revolutionibus… Mikołaj Kopernik nie kryje zachwytu nad obserwowanym niebem, a kiedy rozwija kosmologiczną wizję układu heliocentrycznego, daje się słyszeć triumfalny okrzyk autora: wreszcie wiem, w jaki sposób Stwórca stworzył świat! Tak silna była w nim potrzeba zbliżenia się do zamysłu Boga i odkrycia jednolitej wizji świata. Podobnie jest u Jana Keplera, który był przekonany, że archetyp, według jakiego Bóg zbudował świat, był ufundowany na matematyce, w szczególności na geometrii. Kiedy jednak pod koniec życia przygotowywał drugie wydanie Tajemnicy kosmosu, umiał napisać: wiem, że fizyka ziemska musi być taka sama jak niebieska, bo wszystko to jest jedno stworzenie, ale jeszcze nie umiem tego udowodnić.

A tak na marginesie: wymyślamy czy też odkrywamy to, co istnieje? Werner Heisenberg, po kilku latach zmagań, podczas formułowania macierzowej mechaniki kwantowej pisał do siostry: do tej pory błąkałem się między szczytami, wreszcie udało mi się wyjść na najwyższy wierzchołek, z którego zobaczyłem całe pasmo górskie. Innymi słowy: wszystko już istnieje, musimy tylko umieć to zobaczyć i zrozumieć. Albert Einstein i Leopold Infeld w książce Ewolucja fizyki patrzyli na to inaczej: rzeczywistość to nasza konstrukcja myślowa. Właściwie możemy się zastanawiać, czy nasz Wszechświat nie ma aby twarzy jednej z wielu możliwych do napisania.

Jakie warunki trzeba spełnić, by móc dokonywać odkryć, które tę twarz pozwolą poznać? W niebo patrzyło wielu ludzi, ale to Kopernik i Kepler dokonali odkryć, które zmieniły naukę i ludzkie myślenie.

Przede wszystkim musi się pojawić człowiek, który czuje potrzebę zrozumienia, jak funkcjonuje natura. I poświęca temu albo cały czas, albo każdą wolną chwilę. Uczony nie żyje jednak w wieży z kości słoniowej, musi jakoś ułożyć relacje ze światem, choćby po to by miał za co żyć.

Kopernik jeszcze w czasie studiów, dzięki protekcji wuja, zostaje kanonikiem warmińskim, co mu zabezpiecza materialną stronę życia aż do śmierci, pozwalając swobodnie prowadzić badania. Galileusz konstruuje lunetę precyzyjniejszą od tych, które można wówczas kupić, np. w Paryżu, bo powiększa obraz kilkanaście razy, a nie, jak tamte, zaledwie kilka. Jedzie z wynalazkiem do Wenecji – państwa żyjącego z handlu morskiego, dla którego władz luneta pozwalająca widzieć na dużą odległość była narzędziem bezcennym. W dowód uznania Galileusz otrzymuje wyższe uposażenie na uniwersytecie w Padwie i gwarancję zatrudnienia do końca życia. Wtedy dopiero kieruje teleskop ku ciałom niebieskim.

Byt określa nie tylko świadomość, ale i możliwość patrzenia w niebo.

A może po prostu: pasja funkcjonuje w warunkach skrzeczącej rzeczywistości… Nie tylko zresztą o pieniądze rozbijały się naukowe aspiracje. Galileusz zapragnął w pewnym momencie zamienić stanowisko uniwersyteckie na mecenat Medyceuszy. Mimo że koledzy mu to odradzali, tłumacząc, że ma niewyparzoną gębę i proponuje ustalenia trudne do przyjęcia (Galileusz odczytywał relacje między Biblią a światem przyrody na swój sposób). Tymczasem florencki dwór Medyceuszy był blisko związany z Rzymem, więc głoszenie idei wywrotowych mogło tam być niebezpieczne. I to się spełniło: gdy Galileusz miał problemy z inkwizycją, Medyceusze się za nim nie ujęli.

Historia życia Izaaka Newtona przynosi na pytanie o warunki odkrycia naukowego jeszcze inną odpowiedź. Edmond Halley, odwiedzając Newtona w Cambridge dla przekazania mu obserwacji Księżyca, opowiada o dyskusji w pewnej londyńskiej kawiarni, prowadzonej przez trzech uczonych z Royal Society: Christophera Wrena, Roberta Hooke’a i jego samego. Pytanie brzmiało: dlaczego planety krążą po elipsach, tak jak chce Kepler? Halley wyznaczył nawet nagrodę: kto poda dowód, może sobie wybrać dowolną książkę z jego biblioteki.

Co na to Newton?

Rozwiązałem to już kilka lat temu, tylko nie wiem, gdzie mam te rękopisy… Na znalezienie notatek potrzebował dwóch lat i jest to prawdopodobnie ten czas, kiedy powstaje gmach mechaniki Newtonowskiej zawarty w Principiach. Newton dokonuje więc ważnego odkrycia niemal przy okazji i poza głównym nurtem życia naukowego. Jest ono jednak logiczną konsekwencją wcześniejszych lektur uczonego, który w latach nauki czytał wszystkie najnowsze prace z matematyki i fizyki. Zaniedbując to, co polecano wówczas na angielskich uniwersytetach, np. rozprawy z arystotelesowskiej filozofii przyrody czy rozważania ogólne o uprawianiu nauki Francisa Bacona.

Mówi Pan o nich z taką pasją, jakby dyskusja w kawiarni toczyła się dwie ulice stąd.

Może dlatego że dzieła naukowe – a przede wszystkim dzienniki i epistolografię, które pozwalają poznać osobowość uczonego – traktuję jak rozmowę z kimś, kogo cenię i uważam za mądrego człowieka. Rozmowa jest z oczywistych powodów jednostronna, ale mimo wszystko pozwala prowadzić intelektualną dysputę. A jakie różnice, bynajmniej nie tylko naukowe, pojawiają się między uczonymi! Dzieło Kopernika jest idealnym przykładem traktatu naukowego napisanego zrozumiałym, eleganckim językiem. Poza dwoma czy trzema miejscami, w których daje upust zachwytowi nad pięknem stworzenia, nie ma tam niczego, co nie byłoby potrzebne do przedstawienia wywodu matematyczno- astronomicznego. Co innego Kepler: czy pisze niewielką książeczkę czy wielką Astronomia nova, znajdujemy u niego informacje o tym, jakie eksperymenty mu nie wyszły, jakie ma wydatki, dlaczego wybrał taki, a nie inny temat badań. Przy okazji potrafi dać przepis na sałatkę, którą zrobiła mu jego żona, kiedy zastanawiał się, czym może być gwiazda nowa…

Z kolei z dziennika doświadczalnego Roberta Millikana, który badając ładunek elektryczny kropli oliwy, wyznaczył ładunek elektryczny elektronu, dowiemy się z rozbawieniem, że uczony – mimo że dysponował aparatem matematycznym, który pozwalał opracowywać efekty doświadczeń – pewne wyniki odrzucał, ot tak. A inne, które mu się bardziej podobały, umieszczał w ostatecznej pracy. Są i wrażenia innego rodzaju, jak choćby te towarzyszące lekturze nigdy niewydanego traktatu Edwarda Greshama z 1603 r. Autor opisuje heliocentryczny kosmos Kopernika, tłumacząc, że w tej chwili musimy patrzeć na planety jak na ciała swobodnie poruszające się w eterze niebieskim, niczym ryby w wodzie albo ptaki w powietrzu. A potem wyjaśnia, dlaczego zmiana w konstrukcji kosmosu nie przeszkadza w uprawianiu astrologii.

Jako ludzie nie zmieniamy się więc za bardzo: to, co nowe, u jednych wywołuje strach, bo wywraca im świat do góry nogami…

U innych budzi zachwyt i zaciekawienie, jak u tych odbiorców odkryć teleskopowych Galileusza, którzy próbowali wymyślić mieszkańców Księżyca. Bo skoro mamy równoważne ciała niebieskie, to może i światy na nich się znajdujące są przynajmniej zaprzyjaźnione?

A dzisiaj zamiast się wzruszać nowymi światami, mówimy: co z tych odkryć będziemy mieli, jeśli już muszą one tyle kosztować?

Na pewno jest aż tak źle? Prowadząc program wydawniczy serii Na Ścieżkach Nauki w wydawnictwie Prószyński i S-ka, przekonałem się nieraz, że książki na temat najnowszych odkryć astronomii i kosmologii czy fizyki współczesnej sprzedają się w najwyższych nakładach. Sięganie poza dostępny zmysłom horyzont jest wyraźnie człowiekowi potrzebne. Nie tylko w formie rozmyślania o lotach kosmicznych, czyli dosłownego poznawania nowych przestrzeni, ale właśnie pod postacią odkrywania tych fragmentów natury, których istnienia czasami nie jesteśmy w stanie doświadczalnie zweryfikować ani tu i teraz, ani jeszcze przez długi czas. Tak jest chociażby z teorią strun – konstruują one matematyczną strukturę Wszechświata w sposób jak na razie niesprawdzalny. Nie potrafimy bowiem generować na tyle wielkich energii w laboratoriach, by je zweryfikować.

W jednym z wywiadów Peter Higgs, laureat Nobla z fizyki w 2013 r., zwierzył się, że uniwersytet w Edynburgu – nim pojawiły się spekulacje, że może otrzymać Nagrodę Nobla za pracę teoretyczną z 1964 r., w której przewidział istnienie niezwykle ważnej cząstki elementarnej – zastanawiał się nad jego zwolnieniem, bo za mało publikował… Marzę o tym, by warunki uprawiania nauki nie sprzyjały powstawaniu tego rodzaju anegdot, tylko swobodzie badań i śmiałości stawiania tez.

Ludzi interesują gadżety, nie teorie!

Tyle że nie byłoby np. GPS-ów, gdybyśmy nie wiedzieli, że musimy stosować do ruchu satelitów poprawkę wynikającą ze szczególnej teorii względności. Nie byłoby telefonów komórkowych i komputerów, gdybyśmy w pewnym momencie nie zrozumieli, jak działa materia mikroświata, czyli nie stworzyli mechaniki kwantowej. Pytań o teorię względności czy mechanikę kwantową nie dyktowała jednak potrzeba rozwiązania doraźnego problemu ani chęć zrobienia interesu na produkcji urządzeń do szybkiego porozumiewania się. Stało za tym dużo bardziej ogólne i ważniejsze pytanie – o naturę świata.

Dlaczego zamiast zostać astrofizykiem i badać budowę materii, wolał Pan wrócić do tego, co było, odtwarzając, jak uprawiano naukę kiedyś?

Podczas studiów astronomicznych w każde wakacje pracowałem w planetarium Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku. Buszowałem też w tamtejszej bibliotece i czytałem, czytałem, czytałem. Do prof. Jerzego Dobrzyckiego z PAN zgłosiłem się sam i z młodzieńczą zarozumiałością zaproponowałem znakomitemu historykowi nauki, że napiszę u niego pracę magisterską… Na jej podstawie powstał mój pierwszy artykuł naukowy, opublikowany w „Journal for the History of Astronomy”. Autor jednej z książek, cytując ten tekst, nazwał mnie „historykiem astronomii, który wstał z fotela”. Nie ograniczyłem się bowiem do pracy w bibliotece, ale wyszedłem pod niebo z dawnym instrumentem i zweryfikowałem to, co znajdujemy w starych traktatach.

A dlaczego? Może chodzi o to, że kiedy poznaję warsztat uczonego czy jego metodę naukową, kiedy próbuję dociec, jakie obserwacje pomogły mu stworzyć teorię, nawiązuję z nim intymną wręcz relację. Jakbym był jego asystentem. Albo kimś, kto potrafi popatrzeć na świat jego oczami.

.

JAROSŁAW WŁODARCZYK – prof. dr hab., pracownik Instytutu Historii Nauki PAN, wykładowca UMCS w Lublinie. Tłumacz, redaktor naukowy krytycznych wydań dzieł m.in. Einsteina, Galileusza, Keplera. Wśród tematów jego zainteresowań naukowych znajdują się: historia astronomii starożytnej, wieków XVI–XVII i XIX (z uwzględnieniem specyfiki uprawiania tej nauki na ziemiach polskich). Wydał m.in. Wędrówki niebieskie, czyli Wszechświat nie tylko dla poetów (1999), Sherlock Holmes i kod Wszechświata (2006), Księżyc w nauce i kulturze Zachodu (2012). Uczestniczy w międzynarodowym projekcie krytycznej edycji korespondencji Jana Heweliusza

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter