70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Dawno nie błogosławiłem świata…” O Pamiętniku Janusza Korczaka

Korczak wie, że jego zapiski – jeśli w ogóle przetrwają – czytane będą w świecie sytych. Wyzwaniem największym (dla dzisiejszego czytelnika) nie jest enigmatyczność jego zapisków, ale świadomość, że przejście z tego świata do tamtego jest prawie niemożliwe. I równocześnie: że tamten świat tkwi w tym nieusuwalnie – i zobowiązująco.

Dwie najważniejsze książki Janusza Korczaka powstały w czasie wojny, w różnych okolicznościach, lecz w podobny sposób. Jak kochać dziecko pisał „w przerwach między jedną a drugą potyczką pierwszej wojny światowej” (Joanna Olczak-Ronikier), „na postojach, na łące, pod sosną, na pieńku”, jak sam to opisywał. Narzucił sobie rygor: pisać codziennie, nawet jeśli przerwy będą krótkie, czasu na zebranie myśli mało. Siadał osobno, wyjmował plik kartek, notował; na jednym z postojów ktoś go zapytał: „Czy warto na pół godziny?”. W ten sposób – z dala od otwartego dopiero co Domu Sierot, od spotkań z podopiecznymi i dyskusji ze współpracownikami – powstała książka zbierająca najważniejsze spostrzeżenia Korczaka dotyczące dziecka. Książka nie o wychowaniu, lecz – co podkreśla tytuł – o kochaniu.

Owszem, i wtedy zdarzały się przerwy w pisaniu, okresy zwątpienia. „Bywało, że przerwa miesięczna: po co się wygłupiać? To, co mądre, wie setka ludzi. Nadejdzie pora odpowiednia – powiedzą ci, co ważniejsze wprowadzą w życie” – komentował po latach. Potem jednak mobilizował energię, na przekór własnemu zmęczeniu, widokom, które podsuwała wojna, pisał o tym, co się dzieje, gdy na świat przychodzi dziecko: „Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu. A każda kropla tego twojego dziecka była parą chmury, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskiego. (…) Tyś tylko zebrała to wszystko, co było. (…) Takie to kruche, że je zabić może bakteria, która tysiąc razy powiększona jest dopiero punktem w polu widzenia… Ale to »nic« jest bratem z krwi i kości fali morskiej, wichru, błyskawicy, słońca, Drogi Mlecznej”.

Pisał o tym, jak łatwo myli się dziecko „dobre” z „wygodnym”, o dążeniu, by dla własnej wygody „uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą jego żądań i zamierzeń”. Patrzył na wyludnione wsie, gdzie „spalono już wszystko, co można było spalić”, i pisał o samotności dziecka, o niezrozumieniu, o dorosłych, którzy oszukują, i o tym, jak wraz z wiekiem narasta bunt przeciwko tej hipokryzji. „Dziecko ma sumienie, ale jego głos milczy w drobnych codziennych utarczkach, natomiast wypływa tajona niechęć do despotycznej, więc niesprawiedliwej, władzy silnych, więc nieodpowiedzialnych”.

Recepty na lepszy świat

Korczak nienawidził tej wojny, nie cierpiał swojego w nią uwikłania. Nawet kiedy znajomi wystarali się dlań w końcu o przeniesienie z frontu na zaplecze (opiekował się przytułkami dla dzieci w Kijowie), kontynuował rozpoczętą pracę, żeby nie oszaleć. Według Joanny Olczak-Ronikier swoje notatki traktował jak testament, jak zbiór recept „na stworzenie lepszego świata niż ten, w którym przyszło mu żyć”. Pisał z doskoku, ale to, co stworzył, nie jest księgą aforyzmów, lecz traktatem; on sam nie potrafił żyć „aforystycznie” i nie do takiego życia chciał przygotować wychowanków. Wolność to u Korczaka osobliwa twardość: umiejętność wzniesienia się ponad własny interes, także ponad własne cierpienia, przy zachowaniu nieobojętnego, rozumiejącego (rozumienie znaczy u niego więcej niż współczucie) stosunku do innych. Również w języku bywał „twardy”, przekraczał ówczesne granice dobrego smaku, oskarżał, kpił. Tłumaczył potem: „Pisałem tę książkę w lazarecie polowym, pod huk armat, w czasie wojny; sam program wyrozumiałości nie wystarczał”.
Niespełna trzydzieści lat później, w maju 1942 r., Korczak znów jest w środku wojny. Widzi, jak wali się w gruzy to, co stworzył, w co wierzył, jak on sam przeistacza się w kogoś, kim być nie chciał. Dokucza mu chore serce, przepuklina, puchną mu nogi. Cierpi na depresję, co rano zmusza się do wstania z łóżka, choć najchętniej przesypiałby całe dnie, z których każdy dostarcza mu nowych powodów do wyrzutów sumienia. Walczy z całym światem o kilkaset powierzonych jego opiece dzieci, przeczuwając, że czeka go klęska. Zresztą każdy dzień w getcie jest klęską, skoro żeby nakarmić jednych, trzeba zabrać chleb innym.

Zaczyna pisać Pamiętnik, jedną z najwybitniejszych książek, jakie powstały w czasie II wojny światowej. „Nazwa »pamiętnik« myli, to forma o wiele bardziej skomplikowana”, pisze w jego biografii Joanna Olczak-Ronikier. „To najbardziej przejmujący utwór Korczaka: pozbawiona sentymentalizmu i współczucia, bliska wiwisekcji beznamiętna obserwacja samego siebie na tle upiornej rzeczywistości. Jakby patrzył gdzieś z góry przez teleskop na mury getta, zatłoczone ulice, ciała umarłych przykryte gazetami. Na małą Geńkę kaszlącą za przepierzeniem z dykty, na swój rozpad fizyczny i niechętny upór, żeby przezwyciężyć niemoc, wstać, podjąć walkę o przetrwanie powierzonej sobie gromady. Pisano w getcie dzienniki, by dać świadectwo prawdzie, przekazać grozę tamtego czasu potomnym. U Korczaka teraźniejszość rozgrywa się na dalszym planie i tylko czasem pojawia się w skondensowanej, dramatycznej scenie. Głównym tematem jest jego własne życie, oglądane z perspektywy śmierci, próba nadania mu definitywnego kształtu i sensu. (…) Egocentryzm? Czy rozpaczliwy bunt przeciwko masowej, odpersonalizowanej zagładzie?”.

„Literatura na serio”

Korczak pracuje nad tekstem nocami; tylko wtedy nie jest nikomu potrzebny. Znów pisze z doskoku, nerwowo, chaotycznie, wydzierając chwile na notowanie czasowi, którego ma coraz mniej. Trudno za nim nadążyć, niemal każde zdanie, każdy fragment wymaga tu przypisu. Mieszają się plany czasowe, sprawy osobiste i ogólnoludzkie, obserwacje i przemyślenia, tematy „sprzed wojny”, „z wojny” i te, które dotyczą przyszłości. Powstaje coś, co przekracza wszelkie ramy, co samo sobie jest zasadą. Pisanie zawsze było dla niego aktem wolności, nigdy jednak stawka nie była aż tak wysoka. Tym razem wolność manifestuje się w rozwichrzeniu, w rezerwie wobec reguł, w zupełnym zapomnieniu, o czym wypada pisać, a o czym nie wypada, czy kogoś się zgorszy, zrani, wzruszy czy pozostawi obojętnym, czy będzie się zrozumianym, czy też nie. Korczak wciąga czytelnika do własnego wnętrza, żeby przysłuchał się toczącej się w nim rozmowie.

Józef Czapski zwrócił uwagę na zdyszany rytm tej prozy i jej osobliwą temperaturę, przywodzącą mu na myśl Pamiętnik Brzozowskiego czy notatki Simone Weil. Użył przy tym określenia wziętego od Herlinga-Grudzińskiego: to „literatura na serio”, literatura „nie liczącej się z nikim i z niczym prawdy”. Pisząc „stylem coraz to telegraficznym, skrótami przekazując to, co przekazał”, Korczak – zdaniem Czapskiego – zapisał „nie tylko aurę getta i głosy dziecięce, ale naprawdę kondycję istnienia ludzkiego”.

To racja; choć getta w Pamiętniku jest niewiele, zapisana w nim została atmosfera zamknięcia, zatrzaśnięcia w pułapce, przerażenia, bezsilności. I moralnego niepokoju: „Po wojnie długo nie będą mogli ludzie patrzeć sobie w oczy, żeby nie wyczytać pytania: Jak to się stało, że żyjesz, że przetrwałeś? Co robiłeś?”. Wielokrotnie cytowano te zdania Korczaka jako dowód jego przenikliwości. Może był nie tyle przenikliwy, co po prostu odważny, bo zapisał pytania, które sam sobie zadawał. Codziennie musiał decydować o życiu i śmierci innych; nieprzypadkowo obszerne fragmenty części drugiej poświęcił eutanazji. Obawiał się świata, w którym takie decyzje będą łatwe. W środku pogrążającego się w chaosie getta pisał z lękiem o społeczeństwie przyszłości, które wszystko ureguluje, uporządkuje, każdemu wyznaczy miejsce i najbardziej dogodny moment usunięcia się z tego świata.

Korczak wie, że żyje w świecie, w którym prawa moralne zostały zawieszone. „Kwalifikuję: to dobre, to złe. Ale wszystko jest teoretyczne. Na obstalunek”, pisze. „Niekiedy porusza mnie coś i dziwię się, i jakby uświadamiam sobie czy przypominam sobie, że tak jest, może być, było kiedyś. Widzę, że inni tak samo”. Mimo to i sobie, i innym stawia wysokie moralne wymagania. Wiele fragmentów pisanych jest „po złości”: że zawodzą współpracownicy, że urzędnicy (których nazywa „dygnitarzami”) reagują dopiero, kiedy wyśle im list z wyzwiskami, że z „obchodów” wraca z pustymi rękami, bo o dobroczyńców coraz trudniej. Otwarcie pisze też o własnych „nadużyciach”, kiedy na przykład skąpi tranu tym, którzy mają mniej szans na przeżycie. W swoich oskarżeniach bywa niesprawiedliwy (zwłaszcza wobec najbliższych, najwierniejszych), ale jego złość tak naprawdę zwrócona jest gdzie indziej. Gdzie? Przeciwko życiu, które go zdradziło? Przeciw nadziei, którą żywił jeszcze, kiedy w środku pierwszej wojny światowej pisał o cudzie narodzin?

„Zawiedli dwaj rozumni, zrównoważeni, obiektywni informatorzy i doradcy: waga i termometr. Przestałem im wierzyć. I one tu kłamią”, notował z goryczą. Przez całe lata ufał pomiarom i statystykom, przekonany, że – obok uważnej obserwacji – dają mu wiedzę pewną, pozwalającą planować. Teraz ważyć, mierzyć i planować można było tylko ubywanie: dzieci są coraz chudsze, słabsze i bardziej schorowane. U Korczaka nie znajdzie się zbyt wielu obrazów okrucieństwa: nie opisuje ulic pokrytych trupami ani widoków z przytułku na ulicy Dzielnej, który inni świadkowie nazwą potem „piekłem na ziemi”. O tym, czego jest świadkiem, najczęściej opowiada pośrednio. Jakby nie chciał wpuścić do środka zbyt wiele, wiedząc, ile zdolny jest udźwignąć. Nie pomagają dawne rytuały. 1 sierpnia, na kilka dni przed likwidacją Domu Sierot, notuje: „Dawno nie błogosławiłem świata. Tej nocy próbowałem – zawiodło. Nie wiem nawet, czym pobłądziłem. Oddechy oczyszczające wyszły jako tako. Ale palce pozostały słabe, nie przepływała przez nie energia”.

I to, co „poza literaturą”

„Niepojęta wydaje się całkowita samotność Korczaka w tym nieludzkim świecie. Ani w Pamiętniku, ani w innych dokumentach nie pojawia się nikt, kto jest oparciem, pomaga nieść krzyż”, pisze Joanna Olczak-Ronikier. „Żadnej ciepłej wzmianki o znajomych sprzed wojny, z którymi w ciasnocie getta musiał się ciągle stykać. Żadnego westchnienia żalu, gdy umierali. Jakby na wyrażanie uczuć już szkoda było sił. (…) Pozostała dumna Korczakowska autoironia jako wyraz suwerenności, z której nie rezygnował nawet w piekle”. Humor czasem ciepły, częściej cierpki, nierzadko „widmowo-upiorny”: „Powiedziałem do sprzedawczyni: – Moja pani kochana, czy te kiełbasy aby nie z ludzkiego mięsa, bo jakoś za tanio jak na koninę. A ona w odpowiedzi: – Nie wiem, nie byłam kiedy ją robili tam”.

Odheroizowany obraz samego siebie, otoczenia i wojny przywodzi na myśl późniejszy „pamiętnik gadany” Białoszewskiego. Pokrewieństwo między nimi jest niewątpliwe; Korczak także stara się umieścić to, co pisze, „poza literaturą”, zbliżając tok opowieści (było tak już wcześniej w niektórych jego utworach) do języka mówionego, do gadania właśnie, do najbardziej potocznego użycia mowy. Bywa, owszem, liryczny w stylu, na który Białoszewski by sobie nie pozwolił, bywa też zanadto „ogólnoludzki” – w końcu jest pisarzem, ale przede wszystkim społecznikiem. Jednak więcej rzeczy między nimi zgadza się niż nie zgadza: Korczak w Pamiętniku to także ktoś zainteresowany przede wszystkim „mikrohistorią”, „ja-historią”. Tym, jak wielkie sprawy odbijają się w małym lustrze, jak w „pokątnych sytuacjach” poddawane są próbie wielkie idee.

„Przeczytałem. Z trudem zrozumiałem. A czytelnik?”, komentuje własną pracę Korczak. Tak jest rzeczywiście: w lekturę Pamiętnika wpisane jest niezrozumienie, nawiązywanie i zrywanie połączenia. Korczak wie, że jego zapiski – jeśli w ogóle przetrwają – czytane będą w świecie sytych. W świecie, w którym ludzie po katastrofie jakoś się porozumieli i poukładali wspólne sprawy. Wyzwaniem największym (dla dzisiejszego czytelnika) nie jest enigmatyczność jego zapisków, ale świadomość, że przejście z tego świata do tamtego jest prawie niemożliwe. I równocześnie: że tamten świat tkwi w tym nieusuwalnie – i zobowiązująco.

To dlatego Czapski pod koniec swego tekstu o Pamiętniku napisał: „Tego dziennika nie wolno tylko kartkować, trzeba go przeczytać i z nim żyć”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter