Yossi Klein Halevi, fot. Forum
z Yossim Klein Halevim rozmawia Marta Duch-Dyngosz maj 2021

Nie wierzę w grzeczny dialog

Palestyńczycy i Izraelczycy powinni usłyszeć wzajemnie swoje głosy. Znamy nasze stanowiska polityczne. Uwewnętrzniliśmy slogany. Teraz potrzebujemy wsłuchać się w nasze opowieści, bo to one czynią nas ludźmi.

Artykuł z numeru

Za wyborem i życiem

Czytaj także

Magdalena Kozłowska

Banknoty bez Mizrachijczyków

Jeśli miałby się Pan przedstawić w jednym zdaniu, to co by Pan powiedział?

Jestem religijnym Żydem, poszukiwaczem duchowości, pisarzem i kimś, kto żyje między Holokaustem i odkupieniem.

Co to znaczy, że żyje Pan między Holokaustem i odkupieniem?

Dziś cała ludzkość znalazła się między apokaliptycznymi obawami a  nadzieją na odkupienie. Jesteśmy świadomi, że żyjemy w wyjątkowym momencie historii. Świat może się rozpaść na naszych oczach, czy to ze względu na tragiczne skutki ocieplenia klimatu, czy z powodu konfliktu nuklearnego. Jednocześnie dostrzegamy, jak rzeczywistość zmienia się w  sposób, który do tej pory był nie do pomyślenia: w zawrotnym tempie postępuje globalizacja komunikacji, a dzięki temu wzrasta poczucie przynależności do jednej wspólnoty  – ludzkości. Właśnie przechodzimy przez niepowtarzalne doświadczenie zarazy, która dotknęła nas wszystkich. Jako Żyd posługuję się specyficznym językiem  – poruszam się pomiędzy Holokaustem a powrotem Żydów do ich starożytnej ziemi. To są dla mnie dwa bieguny, które wyrastają z żydowskiej historii, a jednocześnie mogą służyć jako metafora dla uniwersalnych przeżyć – apokalipsy i odkupienia.

W Polsce ukazało się tłumaczenie Pana nowej książki pt. Listy do mojego palestyńskiego sąsiada. Jak opisałby Pan swoje stanowisko wobec konfliktu palestyńsko-izraelskiego?

Dla mnie punktem wyjścia jest to, że jako Żyd, jako Izraelczyk mam obowiązek chronić i zapewnić przetrwanie państwu Izrael. To, co jest okrutne w tym konflikcie, to fakt, że nie toczy się on o ziemię, ale o uznanie prawa Żydów do powrotu do ich domu. Jesteśmy jedynym krajem na świecie, nad którym wisi wyrok śmierci wydany przez sąsiadujące państwa. Ponadto Izrael musi się mierzyć z międzynarodowym ruchem nawołującym do jego bojkotu i  izolacji.

W takiej sytuacji priorytetem staje się bezpieczeństwo, z którym mamy bardzo poważne problemy na Zachodnim Brzegu, jednym z najbardziej niebezpiecznych terytoriów na świecie, czy w Strefie Gazy. Izrael znajduje się w  niezwykle trudnym położeniu.

Są też inne elementy, które mają tu znaczenie.

Jesteśmy jedyną demokracją na świecie, która długoterminowo okupuje inny naród, a okupacja i demokracja to rzeczy ze sobą sprzeczne.

Wiem jednak, jak znaleźliśmy się w tym położeniu. Wcale nie chcieliśmy być okupantami. Zmusiła nas do tego sytuacja. To, czego oczekujemy od naszych sąsiadów, to usłyszeć wyraźne zapewnienie, że jeśli wycofamy się z Zachodniego Brzegu, osiągniemy pokój. Od żadnego przedstawiciela Palestyńczyków nie usłyszeliśmy do tej pory tego zdania. Rozumiem zatem, dlaczego Izrael pozostaje okupantem. Jednocześnie pojawił się inny czynnik, który skomplikował naszą sytuację moralną  – mianowicie doprowadziliśmy do tego, że potrzebę bezpieczeństwa pomyliliśmy z  terytorialnymi pragnieniami.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Co ma Pan na myśli?

Jest to oczywiście bardzo skomplikowana kwestia, ponieważ dla mnie Zachodni Brzeg to są nie „tereny okupowane”, a Judea i Samaria. To serce ziemi Izraela. Żydzi nie są tutaj obcymi. Natomiast zdaję sobie sprawę, że żyją tam inni ludzie, i muszę szukać kompromisu: jeśli chcę pokoju, muszę być gotów się wycofać. Jeśli jednak zbudujemy tam swoje osiedla, do czego dąży ruch izraelskich osadników, nie będzie to wcale łatwe. Jak Pani widzi, z jednej strony jestem zagorzałym obrońcą Izraela i przeciwstawiam się wszystkim tym, którzy obrazują nasze państwo jako zło wcielone, z drugiej – pozostaję jego wewnętrznym krytykiem. Jest we mnie wiele niezgody wobec polityki mojego rządu i postaw dużej części Izraelczyków.

Jak takie podejście do konfliktu z Palestyńczykami lokuje Pana we współczesnym społeczeństwie izraelskim – w głównym nurcie czy może w mniejszości?

Sądzę, że moja pozycja nie jest odosobniona. Jest wielu ludzi myślących podobnie, chociaż nie znajdujemy się w większości. Gdy kiedykolwiek usłyszymy słowa, na które czekamy, od Mahmuda Abbasa, od liderów Palestyńczyków: „Uznajemy waszą legitymizację, akceptujemy waszą rdzenność na tej ziemi”, wtedy, o czym jestem przekonany, moje stanowisko stanie się większościowe. Zresztą już takie kiedyś było, jednak z uzasadnionych powodów Izraelczycy stali się cyniczni i wściekli. Przeżyliśmy szok, kiedy palestyńscy przywódcy odrzucili proces pokojowy zapoczątkowany porozumieniem w Oslo w 1993 r., gdy powstała Autonomia Palestyńska. A potem rozpoczęła się druga intifada (2000–2005) i ze strony Palestyńczyków dochodziło do aktów terroru, które naznaczyły naszą pamięć.

Pisze Pan w książce, że Pana stanowisko względem konfliktu ogromnie się zmieniło. Jestem ciekawa, co miało na to wpływ.

Doświadczeniem, które mnie ukształtowało, jest udział w okupowaniu innego narodu. W 1989  wstąpiłem do Sił Obronnych Izraela. Był to szczytowy moment pierwszej intifady, kiedy Palestyńczycy masowo wystąpili przeciw okupacji. Mój oddział został wysłany do obozów dla uchodźców w Strefie Gazy. Nauczyło mnie to dwóch rzeczy. Pierwsza była taka, że nienawiść Palestyńczyków wobec Izraela sięga niezwykle głęboko. Kiedy mój oddział patrolował uliczki obozów dla uchodźców, widzieliśmy na murach graffiti przedstawiające mapę Izraela z wbitym w nią nożem bądź mieczem ociekającym krwią. Te obrazy nie pozostawiały zbyt wiele miejsca na swobodną interpretację: nie chodzi o to, by pozbyć się okupacji, ale o to, by pozbyć się Izraela. Drugą rzeczą, której się nauczyłem, było to, że okupacja korumpuje. Okupujący staje się okupowany – przez deprawujące warunki, które stworzył. Znalazłem się w takich sytuacjach, z którymi nigdy nie myślałem, że będę się musiał mierzyć  – wyciąganiem ludzi w środku nocy z ich domów, by zamalowali antyizraelski slogan na murze, z tymi wszystkimi poniżającymi aktami upokorzenia, które przynależą do każdej okupacji.

Jak dziś ocenia Pan politykę Izraela na terenach okupowanych?

Wbrew różnym oskarżeniom kierowanym w stronę Izraela, jestem przekonany, że nie wprowadziliśmy okupacji zbrodniczej. Przynosi mi to poczucie ulgi, jednak nie jest równoznaczne z rozgrzeszeniem naszych win. Oczywiście miały miejsce tragiczne pomyłki, których Izrael dokonał w wojnie prowadzonej przeciwko terrorystom wtapiającym się w cywilne otoczenie. Widziałem z bliska, co to znaczy egzekwować narzucony system upokarzania ludzi. To nie jest moje marzenie o Izraelu. Nie było to również marzenie syjonistów. Zresztą pierwsi syjoniści byli bardzo naiwni. Nie wiedzieli, co to znaczy stworzyć żydowskie państwo w arabskim świecie. Jesteśmy jedynym niearabskim i niemuzułmańskim państwem w przestrzeni tysięcy kilometrów wokół nas. Izrael jest demokracją, która narodziła się w trakcie wojny i nigdy nie zaznała dnia pokoju. Zatem myślę, że w tych warunkach poradziliśmy sobie całkiem dobrze. Martwię się jednak o przyszłość naszej demokracji, okupacja jest ciągłym zagrożeniem dla naszej wiarygodności.

Książka ma formę listów. Każdy z nich rozpoczyna Pan formułą: „Drogi sąsiedzie”. Gdy je czytałam, przyszło mi do głowy, że w pewnych warunkach list może służyć za narzędzie terapeutyczne. Sięgamy po nie, kiedy usiłujemy dotrzeć do kogoś znaczącego dla naszej własnej opowieści, z kim nie mamy szansy porozmawiać inaczej. Pisanie takiego listu zmusza nas do przemyślenia naszej własnej narracji pod kątem choćby odpowiedniego języka, tak by ktoś nas chciał wysłuchać i zrozumieć naszą część opowieści. Jestem ciekawa, czy postrzega Pan tę książkę jako terapeutyczną. Czy Palestyńczyków można określić znaczącymi innymi dla Pana własnej opowieści?

Listy są archaiczną formą. Nikt już nie pisze listów. Przynależą one do poprzedniego stulecia. Myślę, że nieprzypadkowo przemówiła do mnie taka forma, bo natura konfliktu, o  którym mówimy, poprzedza niejako XXI w. Wygląda na to, że zastygliśmy w czasie.

Ponadto książka zrodziła się na skutek bezsenności, kiedy tuż przed świtem spoglądałem przez okno mojej pracowni na palestyńską wioskę na wzgórzu naprzeciwko, słuchając pierwszego nawoływania muezzina. Mam wrażenie, że bezsenność stworzyła pewien stan emocjonalny, odpowiedni, by pisać o tym konflikcie. W trakcie tych moich długich godzin czuwania toczyłem w  myślach rozmowy z  moim sąsiadem, który zamieszkuje pobliskie wzgórze. W jednej chwili wyrażałem złość, by zaraz potem za nią przepraszać. Doświadczałem całego przekroju stanów emocjonalnych. I jednej nocy usiadłem, i napisałem odręcznie: „Drogi sąsiedzie”. A do tej pory nigdy nie pisałem odręcznie! Myślę, że te wszystkie szczegóły złożyły się na pewien długi proces i w tym sensie można nazwać moje listy terapeutycznymi.

Pisząc je, nie myślałem, że powstanie z  nich książka. Po prostu kolejne zdania wychodziły spod mojego pióra, co dodatkowo było zaskakujące, bo zwykle piszę bardzo wolno. Moja wcześniejsza książka zatytułowana Like Dreamers. The Story of Israeli Paratroopers Who Reunited Jerusalem and Divided a Nation powstawała 11 lat! A listy jakby ze mnie uleciały. Myślę jednak, że w pewnym sensie pisałem tę książkę przez ostatnich 40 lat. Wniosłem do niej moje doświadczenie zgromadzone przez cały okres zaangażowania w konflikt. Byłem żołnierzem, dziennikarzem, aktywistą działającym na rzecz pokoju. Pracowałem przez wiele lat, próbując zrozumieć obie strony konfliktu. Myślę, że jednym z powodów, dla których tak łatwo było mi napisać te listy, był fakt, że czekałem latami, by porozmawiać w  ten sposób z  moim sąsiadem. I tak, Palestyńczycy są moimi znaczącymi innymi.

Czy to terapia wyłącznie osobista, czy raczej na kozetce kładą się całe społeczności: izraelska i palestyńska?

Myślę, że proces, który próbuję zainspirować – przedstawienie sobie nawzajem naszych narracji – jest terapeutyczny przede wszystkim w sensie kolektywnym. To jest coś, czego Palestyńczycy i Izraelczycy potrzebują – usłyszeć wzajemnie swoje głosy. Znamy nasze stanowiska polityczne. Uwewnętrzniliśmy slogany. Teraz potrzebujemy wsłuchać się wzajemnie w nasze historie. Jako pisarz jestem przekonany, że tym, co czyni nas ludźmi, są nasze opowieści, którymi dzielimy się z innymi.

Zaintrygowała mnie kategoria „sąsiad”, którą określa Pan Palestyńczyków. Pisze Pan w pierwszym liście: „Nazywam Cię »sąsiadem«, ponieważ nie znam Twojego imienia i prawie nic o Tobie nie wiem. Zważywszy na okoliczności, w których przyszło nam żyć, słowo »sąsiad« może wydawać się zbyt poufałe i nie oddawać istoty naszych relacji”. Jak Pan rozumie w tym kontekście kategorię „sąsiad”?

Przyznaję, że jest to niezwykle pojemne pojęcie. Przychodzą mi na myśl Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa, gdzie ma ostatecznie złowrogie konotacje. Na pewno jest to kategoria niejednoznaczna.

Jeden z Palestyńczyków, którego odpowiedź na moje listy zamieściłem w  książce, wolał zwrócić się do mnie: „Mój przyszły sąsiedzie”. Stwierdził, że nie możemy określać siebie nawzajem sąsiadami, skoro jestem okupantem jego narodu. Akceptuję to. Do pewnego stopnia się zgadzam.

Myślę jednak, że jesteśmy sąsiadami ze względu na to oddziaływanie fizycznej bliskości, ale również w głębszym znaczeniu: podzielamy tę samą historię, której doświadczyliśmy z różnych stron. Jednocześnie jesteśmy zamknięci każdy w swojej odrębnej opowieści. Nie słuchamy jej drugiej części, co czyni ten konflikt patologicznym. Zaznaczę, że nie oczekuję od Izraelczyków i od Palestyńczyków, by zrezygnowali z własnych narracji. Trzeba porzucić mrzonki o budowie wspólnej pamięci. To tak nie funkcjonuje. Nie muszę się zgadzać z narracją Palestyńczyków. Muszę ją jednak znać i uszanować to, że mój sąsiad w nią głęboko wierzy, i powinienem zmierzyć się z tego konsekwencjami. Stąd chciałem zobaczyć, co się stanie, gdy Palestyńczycy i Izraelczycy zaczną do siebie nawzajem pisać.

Stwierdza Pan w książce: „By rozwiązać ten konflikt, musimy przyznać sobie nawzajem nie tylko prawo do samostanowienia, lecz także prawo do samookreślenia”. Co umożliwia rozmowę między Palestyńczykami i Izraelczykami na poziomie, nazwijmy go, niepolitycznym?

Podstawą do podjęcia dialogu mimo dzielących ludzi różnic jest ciekawość. Trzeba być ciekawym, co dzieje się na następnym wzgórzu, kim są ci ludzie, którzy tam mieszkają, co o tobie myślą, kiedy patrzą na twój dom. Pozostajemy w tej niezwykłej sytuacji intymności i bliskości, a jednocześnie nic o sobie nie wiemy.

W  tym kontekście możemy odwołać się do relacji żydowsko-chrześcijańskich w Polsce. Myślę, że choć było w nich więcej zażyłości, niż dziś sądzimy, to jednak Żydzi i chrześcijanie nie rozumieli najbardziej fundamentalnych rzeczy o sobie nawzajem. To, co mogło być płaszczyzną porozumienia, trzymało ich z dala od siebie – wiara religijna, której wiele aspektów jest wspólnych obu tradycjom. Dwie bardzo głęboko wierzące społeczności żyjące razem na jednej ziemi jako sąsiedzi nic nie wiedziały o religii tej drugiej. To była część tej tragedii. Pokazuje to także, co się może stać, gdy sąsiedzi mieszkający w  tak bliskiej odległości nic nie wiedzą nawzajem o swoim życiu wewnętrznym. Wiem, jak wygląda publiczne życie moich palestyńskich sąsiadów. Widzę, kiedy świętują ramadan. Oni obserwują, kiedy my obchodzimy święta żydowskie. Nie wiemy jednak, jakie mają one znaczenie dla tej drugiej społeczności.

Pod koniec lat 90. odbyłem roczną podróż po świecie islamu i chrześcijaństwa, religiach moich sąsiadów w Ziemi Świętej. Opisałem ją w książce pt. U wejścia do ogrodu rajskiego. Celem tej podróży było zachęcenie do wzajemnego poznawania naszego życia duchowego. Chciałem siedzieć w miejscu, gdzie muzułmanie i  chrześcijanie się modlili. Być w meczecie i w kościele.

Usłyszeć modlitwy, które choć nie są moje, to dla mnie jako osoby religijnej na pewnym poziomie stają się także moimi. Bez ciekawości jedynym punktem odniesienia pozostaje nasze własne doświadczenie. To mało. Moje religijne życie stało się znacznie bogatsze, kiedy zainteresowałem się tym, co wydarzyło się w Polsce w 1989 r. Podjąłem wtedy decyzję, że muszę dowiedzieć się więcej o religii, która obaliła komunizm, o jej ogromnej sile. Co tam miało miejsce? Czy my, Żydzi, nie dostrzegliśmy tego potencjału w chrześcijaństwie? Otworzyłem się wówczas na możliwość głębszego spotkania nie tylko z Polską, ale z jej ówczesną esencją, czyli z wiarą.

W książce wskazuje Pan, że kluczowa w konstruktywnej rozmowie jest szczerość między jego partnerami. Patrząc na dialog, który ma miejsce między Polakami i Żydami, można się zastanawiać, czy szczerość wobec siebie nawzajem prowadzi do rozmowy, czy wręcz przeciwnie: pogłębia konflikt.

W dialogu żydowsko-muzułmańskim jest to wątpliwość, która wciąż powraca. W Instytucie Hartmana realizujemy program pt. Muslim Leadership Initiative, który polega na zapraszaniu do Izraela liderów muzułmańskiej społeczności w  Ameryce Północnej. W trakcie ich wizyty przekazujemy im wiedzę o judaizmie i o syjonizmie. Program ten budzi duże kontrowersje wśród muzułmanów w Ameryce. Jego krytycy uważają, że muzułmanie potrzebują dialogu, który określają jako bezpieczny, czyli bez włączania do niego Izraela, według nich zawsze stwarzającego problemy. Proponują w zamian coś w stylu: „Porozmawiajmy o  tym, czym jest koszer i  halal. Zjedzmy razem humus. Zróbmy miły dialog”. Nie wierzę w grzeczny dialog. Otwiera on rany, które na końcu i tak będą sabotować wszelkie dobre intencje takiego dialogu. Trzeba pomyśleć o pojednaniu jako o  procesie. Oczywiście najpierw musimy zbudować zaufanie, ale następnie podjąć ryzyko, robiąc przestrzeń na te emocje, które ma każdy z zebranych. Uczestniczący w dialogu Żydzi zastanawiają się, czy muzułmanie, z którymi prowadzą rozmowy, popierają terroryzm. Natomiast muzułmanie patrzą na siedzących naprzeciw Żydów i rozważają, czy oni akceptują stałą okupację Palestyńczyków i popierają osadników żydowskich na Zachodnim Brzegu. Trzeba sprowadzić rozmowę do poziomu tych pytań wypowiadanych publicznie.

Zagadnienie grzecznego dialogu jest ciekawe w kontekście boomu na żydowską kulturę w Polsce. Liczne inicjatywy kulturalne przywołują nostalgiczną wizję relacji polsko-żydowskich, bez wchodzenia w trudne zagadnienia, takie jak antysemityzm czy wrogie postawy wobec Żydów. Myślę, że jeszcze nie jesteśmy na etapie, kiedy tworzymy przestrzeń społeczną, gdzie możemy być wobec siebie szczerzy i porozmawiać o tym, co najtrudniejsze.

Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Polski, ten fenomen zainteresowania żydowską historią i kulturą dopiero się zaczynał. Pamiętam młodych Polaków, którzy przyjmowali rolę archeologów odkopujących fragmenty zaginionej cywilizacji. Myślę, że rzeczywiście pora, by pójść do przodu i wejść na kolejny poziom konwersacji, choć będzie ona na pewno bolesna. Jestem bardzo wdzięczny tym wszystkim, którzy zbudowali liczne sieci zaufania między Żydami i chrześcijanami. Doprowadzili oni do sytuacji, w której można teraz zrobić krok do przodu, co z pewnością przyniesie wiele trudnych pytań.

Jest Pan osobą wierzącą. Czy według Pana religia pozwala stworzyć przestrzeń dla empatii? Czy pojednanie staje się prostsze między osobami religijnymi?

Są różne formy religii i różne użycia religii. Tym, co pozwoliło mi zbudować głęboką więź z Polską, były spotkania z chrześcijanami otwartymi na różnorodność. Poznałem też ludzi w polskim Kościele, którzy byli bardzo zaangażowani w proces gojenia ran w stosunkach z Żydami. Piszę o tym we wstępie do polskiego wydania mojej książki. Był to trudny czas w naszych wzajemnych relacjach związany z konfliktem wokół klasztoru karmelitanek na terenie Auschwitz, który podzielił Żydów i chrześcijan. Rozmawiałem wtedy z ludźmi w polskim Kościele, którzy słuchali tego, co Żydzi w tej sprawie mają do powiedzenia. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że byłem w stanie zbudować z nimi więź na dwóch poziomach: wiary religijnej i  wzajemnego zainteresowania.

W przypadku roli religii w dialogu  – już to wiemy  – jest ona niejednoznaczna.

Religia może potwierdzić nasze najgorsze uprzedzenia; służyć nam jako twierdza ochraniająca nas przed światem zewnętrznym. Ale może też stać się wyjątkową płaszczyzną porozumienia, szczególnie w  dobie sekularyzacji, kiedy ludzie religijni uświadamiają sobie, że mają ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż przypuszczali.

Wiara, że to, co niewidoczne, ostatecznie jest bardziej rzeczywiste niż to, co materialne. Przekonanie, że przeznaczeniem ludzkości jest jedność, a nie podział i fragmentacja. Wiara, że dusza jest bardziej trwała niż nasze ciało. Są to dogmaty, które podzielam z chrześcijanami i muzułmanami. Z wieloma świeckimi Żydami mnie to nie łączy. Moje życie wewnętrzne, najbardziej intymne, dzielę więc z chrześcijanami i muzułmanami. Nauczyłem się tego w Polsce. Ten szok, który wówczas przeżyłem, zmienił moje życie.

Czy można to doświadczenie porozumienia między osobami religijnymi przenieść w kontekst izraelsko-palestyńskiego konfliktu?

Tak sądzę. Mamy naprzeciwko siebie dwa głęboko religijne społeczeństwa, które nie wiedzą, jak ze sobą rozmawiać. Moim zdaniem powinniśmy znaleźć język pojednania, który jest zakorzeniony nie w  sekularnych koncepcjach Zachodu, lecz w tym, co wynika z  bogatych zasobów judaizmu i  islamu. W  każdy szabat śpiewamy w  synagodze, zwracając się w  stronę Tory umieszczanej w  świętej skrzyni: „I  wszystkie Twoje drogi to pokój”. Islam ma wiele określeń religii, które oznaczają pokój.

Jeszcze raz podkreślę, że potrzebujemy jednak prawdziwej rozmowy. Dialog nie może się zatrzymać na stwierdzeniu: „Wszyscy jesteśmy dziećmi Abrahama. Wszyscy chcemy pokoju”. Przecież możemy łatwo wskazać ogromne różnice religijne między nami. One też muszą zostać rozpoznane i uszanowane. Powtórzę: religia jest bardzo skomplikowanym procesem. Rozpoczyna się rewolucyjnym wglądem i doświadczeniem, a następnie staje się czymś sklasyfikowanym, czymś zwyczajnym. Jednak w pewnym momencie religia potrzebuje rewolucyjnej energii, profetycznej inspiracji. Potrzebuje coś przemienić, odnowić.

Może codzienne spotykanie się z inną religią wymusza refleksję na temat własnej wiary? Może pozwala to zapobiec spowszednieniu doświadczenia religijnego i sprawić, że pozostaje ono nieustająco wyjątkowe?

Religia jest językiem intymności, dzięki któremu rozmawiamy z Bogiem. Kiedy słyszysz inny taki język, możesz sobie pomyśleć: „Myślałem, że Bóg należy do mnie. Przecież to jest mój język. Czy nie jest on jedynym?”. Potem zaczynasz zdawać sobie sprawę, że Bóg nie należy do Żydów, buddystów czy do chrześcijan. Należy do nas wszystkich. Każdy z nas rozwinął wyjątkowy sposób rozmawiania z  Bogiem. Uświadomienie sobie tego jest zwykle dużym szokiem, szczególnie dla wyznawców religii monoteistycznych. Jest to doświadczenie bolesne i  uczące pokory, które to emocje są jak najbardziej pożądane w przeżyciu religijnym. Spotkanie między religiami zmusza nas zatem do rozwoju duchowego.

W książce opowiada Pan o tym, kim są Żydzi i dlaczego powrót do Ziemi Świętej jest dla nich tak ważny. Kieruje ją Pan do Palestyńczyków, ale mam wrażenie, że może być ona adresowana do międzynarodowej publiczności w ogóle. Czy narracja izraelska musi według Pana dziś przebijać się globalnie?

Książka została przetłumaczona na język arabski. Umieściłem ją w tej wersji językowej na stronie internetowej, z której można pobrać cały tekst za darmo. Napisałem jednak Listy do mojego sąsiada, licząc po cichu, że sięgną po nią również osoby, które nie są Palestyńczykami. Co ciekawe, książka została przetłumaczona na różne języki w Europie Środkowo-Wschodniej – polski, słowacki, czeski. W tej części świata została bardzo dobrze przyjęta. W przypadku międzynarodowej publiczności mam wrażenie, że rzeczywistość Izraela jest często zniekształcana, bo wyciąga się ją z kontekstu wojny, która toczy się przeciwko istnieniu naszego państwa. Musi mierzyć się ono z warunkami, których nie doświadcza żaden inny kraj – z nieustającą wrogością sąsiadów. Miało to wpływ na politykę Izraela, który, co było nie do uniknięcia, przyjął twarde stanowisko. Jeśli osądzimy nasz kraj bez tego kontekstu, staje się on czymś potwornym – militarystycznym, agresywnym państwem. Mam poczucie, że nieustający negatywny osąd Izraela przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Przekaz, który w ten sposób daje się Izraelczykom, można odczytać następująco: nieżydowski świat wciąż nienawidzi Żydów. Trwa to od czasów, kiedy byliśmy mniejszością, po moment kiedy mamy własne państwo. Na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ Izrael został potępiony więcej razy niż Korea Północna, Syria, Chiny czy Iran razem wzięte. Izrael jest traktowany nierówno. Długa, skomplikowana historia, która stoi za tym konfliktem, nie została opowiedziana. Ta książka próbuje też tę narrację przedstawić.

Yossi Klein Halevi

Izraelski pisarz i dziennikarz. Urodził się w Nowym Jorku, a jego ojciec był ocalałym węgierskim Żydem. Przeprowadził się do Izraela w 1982 r., mieszka w Jerozolimie. Jest częstym gościem Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Przebył długą drogę od ekstremisty żydowskiego do aktywisty działającego na rzecz dialogu między Palestyńczykami i Żydami. Nakładem wydawnictwa Austeria ukazały się dwie jego książki: Listy do mojego palestyńskiego sąsiadaU wejścia do ogrodu rajskiego

Kup numer