Maria Ledkiewicz, lata 50. fot. archiwum rodziny
Piotr Oczko luty 2021

Ten wielki dar zachwytu. O Marii Ledkiewicz-Wodnickiej

Trudno jest pisać o Zmarłych, których się kochało. Pamięć blaknie i kłamie, giną szczegóły, a w głowie cały czas pojawia się pytanie: czy to, co napiszę, spodobałoby się tym, o których piszę?

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

Piotr Oczko

Wybór Miry. O Mirze Michałowskiej

W 2009 r. zacząłem prowadzić badania w Gabinecie Farfurowym w wilanowskim pałacu, którego ściany zdobiły prawie 2 tys. holenderskich płytek z końca XVII w. 42 z nich były jednak XX-wiecznymi uzupełnieniami, pastiszami, które natychmiast przykuły moją uwagę. Chciałem dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Detektywistyczne niemal śledztwo biegło od archiwów Pracowni Konserwacji Zabytków po krakowską Akademię Sztuk Pięknych oraz dziesiątki ludzi, którzy mogli mnie gdzieś skierować, a w końcu doprowadziło pod drzwi mieszkania-pracowni przy ul. Królewskiej w Krakowie. Mieszkała tam Osoba, która te flizy namalowała jako studentka. Artystka ceramiczka, pani profesorowa Maria Ledkiewicz-Wodnicka, żona Adama Wodnickiego, wybitnego eseisty, tłumacza i artysty, byłego prorektora i dziekana Wydziału Form Przemysłowych ASP. Szedłem na to spotkanie z duszą na ramieniu, dźwigając bukiet tulipanów i zastanawiając się, czy dobrze zrobiłem wkładając marynarkę, a nie garnitur.

Drzwi otworzyła drobna, krucha dziewczyna w czarnej, skromnej sukience i sznureczku pereł na szyi. Miała wtedy 74 lata, ale słowo „dziewczyna” było jedynym, za pomocą którego mógłbym ją opisać. Uśmiechnęła się i powiedziała: „To ty jesteś tym chłopcem, który pasjonuje się ceramiką. Wchodź, proszę”. Dostałem do wypicia rodzinny drink Wodnickich, tzw. zawałówkę (zmrożony spirytus z sokiem porzeczkowym i lodem), wyciągnąłem pióro i kartki, zaczęliśmy rozmawiać o jej pracach. Prof. Wodnicki pisał wtedy sobie coś w kuchni. Wysłałem potem list, podziękowanie za spotkanie, na który odpowiedź przyszła już jako e-mail. Było to zaproszenie na kolację. W ciągu kolejnych 11 lat takich kolacji było kilkadziesiąt. W ich trakcie profesor stał się Adamem, profesorowa Marysią, a my sami przyjaciółmi. Paradoksalnie jednak, w korespondencji dalej zachowaliśmy oficjalne formy, sam nie wiem czemu.

Wpierw scenografia: skromnie umeblowana artystyczna pracownia na strychu, z niebotycznie wysokim pokojem dziennym i niziutką kuchnią. Sporo dobrej dawnej sztuki: ludowe skrzynie, talerze z okresu wczesnej Miśni, późnobarokowe figury aniołów, naznaczony pożarem krucyfiks, a na ścianie przed stołem XVIII-wieczna pieta na tle szirazu, wschodniego kobierca. No i książki. Jedliśmy pyszności, które ze względu na mnie zawsze były bezmięsne, piliśmy wino, podziwialiśmy Adama czytającego na głos kolejne partie utworów, nad którymi właśnie pracował, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy filmy i rozmawialiśmy. Adam wciąż opowiadał o  Arles, swoim ukochanym, mitycznym wręcz, mieście, gdzie każdego roku spędzał jakiś czas. Rozumieliśmy się doskonale  – moim Arles był Amsterdam. Z każdego spotkania wychodziłem z listą rzeczy do przeczytania (np. Alain-Fournier, Mój przyjaciel Meaulnes, Stary Testament w przekładzie Cylkowa), ponownego posłuchania (Jean Ferrat,  Heureux celui qui meurt d’aimer; Stefano Landi Passacaglia della vita) i obejrzenia (Czerwony balonik Alberta Lamorisse’a). Wielu z tych olśnień już nie pamiętam i żałuję, że ich nie zapisałem. Pamiętam teatralne oburzenie Adama, kiedy powiedziałem, że gdybym miał się uczyć kolejnego języka, to byłby to szwedzki, a nie francuski, który znałem w stopniu znikomym. Byli zakorzenieni w kulturze francuskiej i starali się pokazać mi inny świat, tak bardzo odległy od moich germańskich pasji. Po kilku miesiącach, już ubrany do wyjścia, dałem im swoją monografię pod dosyć jednoznacznym tytułem. Nie znałem jeszcze ich poglądów i bałem się, że mogą mnie odrzucić. Rozebrali mnie wtedy z płaszcza, wycałowali i otworzyli trzecią butelkę wina. Ale nie o samych ważnych sprawach rozmawialiśmy. Ze wzruszeniem wspominam opowieść o ich psie, który uwielbiał lody, dostawał do pyska pieniądze i sam pędził po przysmak do cukierni na ul. Karmelickiej, jak też historię jeszcze innego psa, bezpańskiego, poznanego na lotnisku w Dubrowniku, który latał sobie po całej Europie samolotami. No i wyprawy Adama i Marysi na Dolny Śląsk, coroczne wakacje w Białym Zdroju.

Żartowali, że jestem ich ostatnim przyjacielskim „nabytkiem”. Jeśli tak, to znalazłem się przypadkowo w gronie samych wielkich. Do ich kręgu towarzyskiego należeli Stanisław Lem, Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska, Franciszek Starowieyski, Ireneusz Kania, Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, na którego imieninach nie mogło zabraknąć słynnego nugatu Marysi. A także masa innych ciekawych osób, artystów, tłumaczy, pisarzy – wymienić ich wszystkich nie sposób.

Na każdym z tych wieczorów najważniejszy był Adam. Był mistrzem, erudytą i geniuszem, a geniuszom wiele się wybacza, jak choćby absolutne skupienie się na sobie samym i niezgodę na wszelką konkurencję. Ale z tego powstawały przecież najwspanialsze prace i pomysły. Zostawił po sobie autobiograficzne książki (Tryptyk oksytański, Lekcję łaciny, Anamnezy), doczekał się licznych wspomnień, więc nie o nim będę tutaj mówił. Kiedy pewnego razu zaproponowałem, że napiszę o sztuce i życiu Marysi książeczkę, sprzeciwił się i powiedział, że nie są to aż tak ważne sprawy, szkoda czasu. Miała ona mieć tytuł, który dałem niniejszemu wspomnieniu, ale nigdy już nie powstanie, gdyż zabrakło Osoby mogącej jeszcze raz opowiedzieć mi swoją historię. Marysia z miłością dostosowywała się do potrzeb męża; nie chcąc mu przeszkadzać, urządziła sobie nawet w sionce przed wejściem do mieszkania „fraucymer”, z elektrycznym czajnikiem na stole, gdzie przyjmowała przyjaciół. Sądzę, że to był jeden z powodów, dla którego jej sztuka poszła w pewnym momencie na bok, choć Maria miała szansę stać się Magdaleną Abakanowicz ceramicznej rzeźby. Adama wielbiłem i podziwiałem, a Marysię kochałem, chyba z wzajemnością. Żartowała nawet, że jeśli Stwórca (w którego istnienie zresztą nie wierzyła) pokombinuje w zaświatach coś z naszymi płciami, to zostaniemy kiedyś parą.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Czułość

Maria Ledkiewicz urodziła się 5 stycznia 1935 r. w warszawskim szpitalu, do którego przyjechali z Kielecczyzny jej rodzice, Władysława i Jan. Matka źle znosiła ciążę i bała się rodzić w domu. Marysia opowiadała, że dokładnie pamięta swoje przyjście na świat, szok i lęk, które mu towarzyszyły. Nie za bardzo w to wierzyłem, dopóki nie przeczytałem, że że są ludzie, którzy ze słów innych budują pamięć sięgającą samego początku. Drugie takie jej wspomnienie dotyczyło pogrzebu Piłsudskiego, z którego relację usłyszała w  radio  – tata przytknął na chwilę słuchawki do uszu pięciomiesięcznej dziewczynki. Dzieciństwo spędziła w Małomierzycach, wsi, w której ojciec był nauczycielem i kierownikiem szkoły. W jej wspomnieniach raz po raz pojawiały się drewniany wiatrak, dzwonnica i  zwierzęta. Często opowiadała o okupacji. Najbardziej wzruszające wspomnienie dotyczyło 5 grudnia, kiedy rodzice przeprosili ją i jej młodszego brata Andrzeja, mówiąc, że w tym roku nie dostaną żadnych prezentów. Dzieci w środku nocy obudził jednak zapach pieczonych kruchych ciasteczek, które potem przyniósł im św. Mikołaj. Nazwały je „boleki”, od Bolka, bohatera bajek, które wymyślał im na dobranoc ojciec. Marysia piekła je do końca życia, wieszała na świątecznym drzewku, a później razem z Adamem zawoziła do lasu w Brodłach, by poczęstować nimi ptaki. Najbardziej dramatyczna historia mówiła o wizycie niemieckich żołnierzy, którzy przyszli zabrać ojca, znów ok. Bożego Narodzenia. Matka znała biegle niemiecki (nauczyła się go w klasztornej szkole) i stanowczo powiedziała: „Bardzo proszę zostawić broń w przedpokoju, tutaj są dzieci! Zapraszam do pokoju, zaraz podam herbatę”. Podała też pasztet, który akurat był w domu. Żołnierze jedli przy choince, jeden powiedział: „Das ist sehr gut”, a  drugi zaoponował: „Nicht gut, das ist himmlisch!” (to nie jest dobre, to jest niebiańskie!). Ojciec ocalał. Marysia zawsze mówiła, że jeśli tylko jest choinka, to jest i życie, ale o tym za chwilę.

Do liceum chodziła w  Krakowie, tam też ukończyła później ASP. Mieszkała na stancji w tzw. drugim gmachu Feniksa w Krakowie przy ul. Basztowej 15, a okna jej pokoju wychodziły na zegar w wieży Domu pod Globusem. Kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, rodzice przenieśli się do Krakowa i zamieszkali w Nowej Hucie. Jej studia na ASP przypadły na czasy najgłębszego stalinizmu i nędzy. Z wykładowców najcieplej wspominała przybyłego ze Lwowa ekscentrycznego historyka sztuki Włodzimierza Hodysa, znanego z niebanalnych pomysłów pedagogicznych. Ów Hodys, zwany przez studentów Odys, miał nawet odzyskać pomieszczenie, z którego wyrzucono jego grupę na czas narady wydziałowej komórki partyjnej. Wykrzyczał znany cytat Stalina o artystach – inżynierach dusz – i kazał zebranym przenieść się gdzie indziej.

W 1958 r. Marysia obroniła cum laude dyplom na Wydziale Rzeźby w pracowni Xawerego Dunikowskiego, którego nie wspominała dobrze, nazywała skrzekliwym, odstręczającym karzełkiem molestującym studentki. Sama zresztą cudem uniknęła jego zapędów. Najważniejszym doświadczeniem Marysi z czasów studiów i późniejszych była jednak przyjaźń z Heleną i Romanem Husarskimi, do których pracowni w podkrakowskich Przegorzałach trafiła w 1953 r. Husarscy otrzymali właśnie państwowe zlecenie, wykonanie kopii holenderskich płytek do odbudowywanego po wojennych zniszczeniach łazienkowskiego pałacu Na Wodzie i zatrudnili do pomocy studentów. W taki sposób wypełniła się więc poniekąd dziecięca przysięga Marysi, która na grobie młodego partyzanta zastrzelonego przez gestapowca ślubowała, że odbuduje kiedyś Warszawę. Wielkie wyzwanie ceramiczne, którego podjęli się Husarscy, opisałem w książce Gabinet Farfurowy w Pałacu w Wilanowie… Część wytworzonych wówczas „holenderskich” fliz trafiła do magazynów Pracowni Konserwacji Zabytków i została wykorzystana podczas restauracji wilanowskiego Gabinetu w 1963 r., co ostatecznie doprowadziło do mojego spotkania z Marią i Adamem.

Helena Husarska, córka Stanisława Burtana, przedwojennego przemysłowca i właściciela licznych fabryk fajansu i porcelany, jako dziecko pobierała lekcje u Konstantego Laszczki, jej mąż był zaś wynalazcą, rzeźbiarzem, architektem i literatem. Trzeba też wspomnieć, że dla młodych ludzi biorących udział w projekcie otwarty dom Husarskich, centrum życia towarzyskiego i rozmów o sztuce, jawił się niczym raj, wyspa wolności w czasach stalinizmu. Marysia wspominała też, jakim szokiem było dla niej, wychowanej w świecie wciąż mentalnie XIX-wiecznym, zobaczenie, że małżonkowie mogą się publicznie trzymać za ręce, a nawet pocałować. Znajomość z Husarskimi stała się głęboką więzią i przetrwała do końca ich życia, wpłynęła także znacząco na twórczość Marysi.

Jak zeszła się z Adamem Wodnickim? To historia niemal jak z telenoweli. Była najlepszą przyjaciółką pierwszej żony Adama, Krystyny Śmiechowskiej-Harnisz, swojej koleżanki z roku, malarki. Kiedy 28 kwietnia 1955 r. nowożeńcy przechodzili wraz ze skromnym orszakiem przyjaciół przez Rynek, podeszła do nich Cyganka i zaczęła im wróżyć. Marysi powiedziała: „Będziesz kiedyś z jednym z mężczyzn, którzy tutaj są”. A ona pomyślała wtedy: „O nie, tylko nie ten koszmarny Wodnicki, przecież ja go nie znoszę!”, co oczywiście w tej sytuacji było zupełnie absurdalne. Adam tak potem pisał w Anamnezach: „Wydawało się, że temu związkowi nic nie może zagrozić. Po dyplomie wyjechała do Paryża na jednoroczne stypendium twórcze. Cóż, miasto okazało się silniejsze”. Marysia wspierała Adama i stali się sobie bardzo bliscy. Wodnicki rozwiódł się formalnie dopiero w 1965 r. (artyści rzadko dbają o takie sprawy), a ślub z Marysią wziął dziewięć lat później, 21 listopada 1974 r.

Maria była barwną, fascynującą narratorką, wpadającą raz po raz w dygresje, autoironiczną, mówiącą ciepło o ludziach i unikającą plotek. Złe słowo miała dla nielicznych, a zwłaszcza tych, którzy krzywdzili zwierzęta i niszczyli rośliny.

Kochała koty i przygarnęła ich kilka – poznałem tylko ostatniego, wyjątkowo zresztą strachliwą i nietowarzyską Chmurkę. Mówiła często o ptakach, a po śmierci Adama porównywała się do kosa, który bezradnie krąży nad ściętym drzewem. Na klatce schodowej urządziła oranżerię z roślin pnących i sukulentów. Zaanektowała też ogródek przed domem, w którym ustawiła oplecioną dzikim winem pergolę i sadziła kwiaty, zwłaszcza lilie. Kiedyś było również oczko wodne. Raz po raz ktoś jej ten ogródek rujnował, wyrywał rośliny i deptał bluszcz. Płakała, gdy dowiedziała się, że administracja planuje zrobić tam betonowy parking. Ból sprawiała jej też kulturowa pauperyzacja społeczeństwa, którą odczuwała niemal fizycznie. Była nadwrażliwą, a przy tym bardzo samotną osobą.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer