Maria Ledkiewicz, lata 50. fot. archiwum rodziny
Piotr Oczko luty 2021

Ten wielki dar zachwytu. O Marii Ledkiewicz-Wodnickiej

Trudno jest pisać o Zmarłych, których się kochało. Pamięć blaknie i kłamie, giną szczegóły, a w głowie cały czas pojawia się pytanie: czy to, co napiszę, spodobałoby się tym, o których piszę?

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

Piotr Oczko

Wybór Miry. O Mirze Michałowskiej

W 2009 r. zacząłem prowadzić badania w Gabinecie Farfurowym w wilanowskim pałacu, którego ściany zdobiły prawie 2 tys. holenderskich płytek z końca XVII w. 42 z nich były jednak XX-wiecznymi uzupełnieniami, pastiszami, które natychmiast przykuły moją uwagę. Chciałem dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Detektywistyczne niemal śledztwo biegło od archiwów Pracowni Konserwacji Zabytków po krakowską Akademię Sztuk Pięknych oraz dziesiątki ludzi, którzy mogli mnie gdzieś skierować, a w końcu doprowadziło pod drzwi mieszkania-pracowni przy ul. Królewskiej w Krakowie. Mieszkała tam Osoba, która te flizy namalowała jako studentka. Artystka ceramiczka, pani profesorowa Maria Ledkiewicz-Wodnicka, żona Adama Wodnickiego, wybitnego eseisty, tłumacza i artysty, byłego prorektora i dziekana Wydziału Form Przemysłowych ASP. Szedłem na to spotkanie z duszą na ramieniu, dźwigając bukiet tulipanów i zastanawiając się, czy dobrze zrobiłem wkładając marynarkę, a nie garnitur.

Drzwi otworzyła drobna, krucha dziewczyna w czarnej, skromnej sukience i sznureczku pereł na szyi. Miała wtedy 74 lata, ale słowo „dziewczyna” było jedynym, za pomocą którego mógłbym ją opisać. Uśmiechnęła się i powiedziała: „To ty jesteś tym chłopcem, który pasjonuje się ceramiką. Wchodź, proszę”. Dostałem do wypicia rodzinny drink Wodnickich, tzw. zawałówkę (zmrożony spirytus z sokiem porzeczkowym i lodem), wyciągnąłem pióro i kartki, zaczęliśmy rozmawiać o jej pracach. Prof. Wodnicki pisał wtedy sobie coś w kuchni. Wysłałem potem list, podziękowanie za spotkanie, na który odpowiedź przyszła już jako e-mail. Było to zaproszenie na kolację. W ciągu kolejnych 11 lat takich kolacji było kilkadziesiąt. W ich trakcie profesor stał się Adamem, profesorowa Marysią, a my sami przyjaciółmi. Paradoksalnie jednak, w korespondencji dalej zachowaliśmy oficjalne formy, sam nie wiem czemu.

Wpierw scenografia: skromnie umeblowana artystyczna pracownia na strychu, z niebotycznie wysokim pokojem dziennym i niziutką kuchnią. Sporo dobrej dawnej sztuki: ludowe skrzynie, talerze z okresu wczesnej Miśni, późnobarokowe figury aniołów, naznaczony pożarem krucyfiks, a na ścianie przed stołem XVIII-wieczna pieta na tle szirazu, wschodniego kobierca. No i książki. Jedliśmy pyszności, które ze względu na mnie zawsze były bezmięsne, piliśmy wino, podziwialiśmy Adama czytającego na głos kolejne partie utworów, nad którymi właśnie pracował, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy filmy i rozmawialiśmy. Adam wciąż opowiadał o  Arles, swoim ukochanym, mitycznym wręcz, mieście, gdzie każdego roku spędzał jakiś czas. Rozumieliśmy się doskonale  – moim Arles był Amsterdam. Z każdego spotkania wychodziłem z listą rzeczy do przeczytania (np. Alain-Fournier, Mój przyjaciel Meaulnes, Stary Testament w przekładzie Cylkowa), ponownego posłuchania (Jean Ferrat,  Heureux celui qui meurt d’aimer; Stefano Landi Passacaglia della vita) i obejrzenia (Czerwony balonik Alberta Lamorisse’a). Wielu z tych olśnień już nie pamiętam i żałuję, że ich nie zapisałem. Pamiętam teatralne oburzenie Adama, kiedy powiedziałem, że gdybym miał się uczyć kolejnego języka, to byłby to szwedzki, a nie francuski, który znałem w stopniu znikomym. Byli zakorzenieni w kulturze francuskiej i starali się pokazać mi inny świat, tak bardzo odległy od moich germańskich pasji. Po kilku miesiącach, już ubrany do wyjścia, dałem im swoją monografię pod dosyć jednoznacznym tytułem. Nie znałem jeszcze ich poglądów i bałem się, że mogą mnie odrzucić. Rozebrali mnie wtedy z płaszcza, wycałowali i otworzyli trzecią butelkę wina. Ale nie o samych ważnych sprawach rozmawialiśmy. Ze wzruszeniem wspominam opowieść o ich psie, który uwielbiał lody, dostawał do pyska pieniądze i sam pędził po przysmak do cukierni na ul. Karmelickiej, jak też historię jeszcze innego psa, bezpańskiego, poznanego na lotnisku w Dubrowniku, który latał sobie po całej Europie samolotami. No i wyprawy Adama i Marysi na Dolny Śląsk, coroczne wakacje w Białym Zdroju.

Żartowali, że jestem ich ostatnim przyjacielskim „nabytkiem”. Jeśli tak, to znalazłem się przypadkowo w gronie samych wielkich. Do ich kręgu towarzyskiego należeli Stanisław Lem, Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska, Franciszek Starowieyski, Ireneusz Kania, Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, na którego imieninach nie mogło zabraknąć słynnego nugatu Marysi. A także masa innych ciekawych osób, artystów, tłumaczy, pisarzy – wymienić ich wszystkich nie sposób.

Na każdym z tych wieczorów najważniejszy był Adam. Był mistrzem, erudytą i geniuszem, a geniuszom wiele się wybacza, jak choćby absolutne skupienie się na sobie samym i niezgodę na wszelką konkurencję. Ale z tego powstawały przecież najwspanialsze prace i pomysły. Zostawił po sobie autobiograficzne książki (Tryptyk oksytański, Lekcję łaciny, Anamnezy), doczekał się licznych wspomnień, więc nie o nim będę tutaj mówił. Kiedy pewnego razu zaproponowałem, że napiszę o sztuce i życiu Marysi książeczkę, sprzeciwił się i powiedział, że nie są to aż tak ważne sprawy, szkoda czasu. Miała ona mieć tytuł, który dałem niniejszemu wspomnieniu, ale nigdy już nie powstanie, gdyż zabrakło Osoby mogącej jeszcze raz opowiedzieć mi swoją historię. Marysia z miłością dostosowywała się do potrzeb męża; nie chcąc mu przeszkadzać, urządziła sobie nawet w sionce przed wejściem do mieszkania „fraucymer”, z elektrycznym czajnikiem na stole, gdzie przyjmowała przyjaciół. Sądzę, że to był jeden z powodów, dla którego jej sztuka poszła w pewnym momencie na bok, choć Maria miała szansę stać się Magdaleną Abakanowicz ceramicznej rzeźby. Adama wielbiłem i podziwiałem, a Marysię kochałem, chyba z wzajemnością. Żartowała nawet, że jeśli Stwórca (w którego istnienie zresztą nie wierzyła) pokombinuje w zaświatach coś z naszymi płciami, to zostaniemy kiedyś parą.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Czułość

Maria Ledkiewicz urodziła się 5 stycznia 1935 r. w warszawskim szpitalu, do którego przyjechali z Kielecczyzny jej rodzice, Władysława i Jan. Matka źle znosiła ciążę i bała się rodzić w domu. Marysia opowiadała, że dokładnie pamięta swoje przyjście na świat, szok i lęk, które mu towarzyszyły. Nie za bardzo w to wierzyłem, dopóki nie przeczytałem, że że są ludzie, którzy ze słów innych budują pamięć sięgającą samego początku. Drugie takie jej wspomnienie dotyczyło pogrzebu Piłsudskiego, z którego relację usłyszała w  radio  – tata przytknął na chwilę słuchawki do uszu pięciomiesięcznej dziewczynki. Dzieciństwo spędziła w Małomierzycach, wsi, w której ojciec był nauczycielem i kierownikiem szkoły. W jej wspomnieniach raz po raz pojawiały się drewniany wiatrak, dzwonnica i  zwierzęta. Często opowiadała o okupacji. Najbardziej wzruszające wspomnienie dotyczyło 5 grudnia, kiedy rodzice przeprosili ją i jej młodszego brata Andrzeja, mówiąc, że w tym roku nie dostaną żadnych prezentów. Dzieci w środku nocy obudził jednak zapach pieczonych kruchych ciasteczek, które potem przyniósł im św. Mikołaj. Nazwały je „boleki”, od Bolka, bohatera bajek, które wymyślał im na dobranoc ojciec. Marysia piekła je do końca życia, wieszała na świątecznym drzewku, a później razem z Adamem zawoziła do lasu w Brodłach, by poczęstować nimi ptaki. Najbardziej dramatyczna historia mówiła o wizycie niemieckich żołnierzy, którzy przyszli zabrać ojca, znów ok. Bożego Narodzenia. Matka znała biegle niemiecki (nauczyła się go w klasztornej szkole) i stanowczo powiedziała: „Bardzo proszę zostawić broń w przedpokoju, tutaj są dzieci! Zapraszam do pokoju, zaraz podam herbatę”. Podała też pasztet, który akurat był w domu. Żołnierze jedli przy choince, jeden powiedział: „Das ist sehr gut”, a  drugi zaoponował: „Nicht gut, das ist himmlisch!” (to nie jest dobre, to jest niebiańskie!). Ojciec ocalał. Marysia zawsze mówiła, że jeśli tylko jest choinka, to jest i życie, ale o tym za chwilę.

Do liceum chodziła w  Krakowie, tam też ukończyła później ASP. Mieszkała na stancji w tzw. drugim gmachu Feniksa w Krakowie przy ul. Basztowej 15, a okna jej pokoju wychodziły na zegar w wieży Domu pod Globusem. Kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, rodzice przenieśli się do Krakowa i zamieszkali w Nowej Hucie. Jej studia na ASP przypadły na czasy najgłębszego stalinizmu i nędzy. Z wykładowców najcieplej wspominała przybyłego ze Lwowa ekscentrycznego historyka sztuki Włodzimierza Hodysa, znanego z niebanalnych pomysłów pedagogicznych. Ów Hodys, zwany przez studentów Odys, miał nawet odzyskać pomieszczenie, z którego wyrzucono jego grupę na czas narady wydziałowej komórki partyjnej. Wykrzyczał znany cytat Stalina o artystach – inżynierach dusz – i kazał zebranym przenieść się gdzie indziej.

W 1958 r. Marysia obroniła cum laude dyplom na Wydziale Rzeźby w pracowni Xawerego Dunikowskiego, którego nie wspominała dobrze, nazywała skrzekliwym, odstręczającym karzełkiem molestującym studentki. Sama zresztą cudem uniknęła jego zapędów. Najważniejszym doświadczeniem Marysi z czasów studiów i późniejszych była jednak przyjaźń z Heleną i Romanem Husarskimi, do których pracowni w podkrakowskich Przegorzałach trafiła w 1953 r. Husarscy otrzymali właśnie państwowe zlecenie, wykonanie kopii holenderskich płytek do odbudowywanego po wojennych zniszczeniach łazienkowskiego pałacu Na Wodzie i zatrudnili do pomocy studentów. W taki sposób wypełniła się więc poniekąd dziecięca przysięga Marysi, która na grobie młodego partyzanta zastrzelonego przez gestapowca ślubowała, że odbuduje kiedyś Warszawę. Wielkie wyzwanie ceramiczne, którego podjęli się Husarscy, opisałem w książce Gabinet Farfurowy w Pałacu w Wilanowie… Część wytworzonych wówczas „holenderskich” fliz trafiła do magazynów Pracowni Konserwacji Zabytków i została wykorzystana podczas restauracji wilanowskiego Gabinetu w 1963 r., co ostatecznie doprowadziło do mojego spotkania z Marią i Adamem.

Helena Husarska, córka Stanisława Burtana, przedwojennego przemysłowca i właściciela licznych fabryk fajansu i porcelany, jako dziecko pobierała lekcje u Konstantego Laszczki, jej mąż był zaś wynalazcą, rzeźbiarzem, architektem i literatem. Trzeba też wspomnieć, że dla młodych ludzi biorących udział w projekcie otwarty dom Husarskich, centrum życia towarzyskiego i rozmów o sztuce, jawił się niczym raj, wyspa wolności w czasach stalinizmu. Marysia wspominała też, jakim szokiem było dla niej, wychowanej w świecie wciąż mentalnie XIX-wiecznym, zobaczenie, że małżonkowie mogą się publicznie trzymać za ręce, a nawet pocałować. Znajomość z Husarskimi stała się głęboką więzią i przetrwała do końca ich życia, wpłynęła także znacząco na twórczość Marysi.

Jak zeszła się z Adamem Wodnickim? To historia niemal jak z telenoweli. Była najlepszą przyjaciółką pierwszej żony Adama, Krystyny Śmiechowskiej-Harnisz, swojej koleżanki z roku, malarki. Kiedy 28 kwietnia 1955 r. nowożeńcy przechodzili wraz ze skromnym orszakiem przyjaciół przez Rynek, podeszła do nich Cyganka i zaczęła im wróżyć. Marysi powiedziała: „Będziesz kiedyś z jednym z mężczyzn, którzy tutaj są”. A ona pomyślała wtedy: „O nie, tylko nie ten koszmarny Wodnicki, przecież ja go nie znoszę!”, co oczywiście w tej sytuacji było zupełnie absurdalne. Adam tak potem pisał w Anamnezach: „Wydawało się, że temu związkowi nic nie może zagrozić. Po dyplomie wyjechała do Paryża na jednoroczne stypendium twórcze. Cóż, miasto okazało się silniejsze”. Marysia wspierała Adama i stali się sobie bardzo bliscy. Wodnicki rozwiódł się formalnie dopiero w 1965 r. (artyści rzadko dbają o takie sprawy), a ślub z Marysią wziął dziewięć lat później, 21 listopada 1974 r.

Maria była barwną, fascynującą narratorką, wpadającą raz po raz w dygresje, autoironiczną, mówiącą ciepło o ludziach i unikającą plotek. Złe słowo miała dla nielicznych, a zwłaszcza tych, którzy krzywdzili zwierzęta i niszczyli rośliny.

Kochała koty i przygarnęła ich kilka – poznałem tylko ostatniego, wyjątkowo zresztą strachliwą i nietowarzyską Chmurkę. Mówiła często o ptakach, a po śmierci Adama porównywała się do kosa, który bezradnie krąży nad ściętym drzewem. Na klatce schodowej urządziła oranżerię z roślin pnących i sukulentów. Zaanektowała też ogródek przed domem, w którym ustawiła oplecioną dzikim winem pergolę i sadziła kwiaty, zwłaszcza lilie. Kiedyś było również oczko wodne. Raz po raz ktoś jej ten ogródek rujnował, wyrywał rośliny i deptał bluszcz. Płakała, gdy dowiedziała się, że administracja planuje zrobić tam betonowy parking. Ból sprawiała jej też kulturowa pauperyzacja społeczeństwa, którą odczuwała niemal fizycznie. Była nadwrażliwą, a przy tym bardzo samotną osobą.

Ważne były dla niej także przedmioty, które traktowała niemalże z czułością, obojętnie, czy był to antykwaryczny cymes, czy ćmielowski talerzyk lub pamiątkowe blaszane pudełko. Niejednokrotnie w rozmowach z nią pojawiał się lęk o to, co stanie się kiedyś z jej rzeczami. Z przerażeniem wspominała znajomego, po którego śmierci wyrzucono na śmietnik wszystkie jego drobiazgi. I w tej kwestii dobrze się rozumieliśmy.

 

Rzeźbiarka

Pierwsze jej osiągnięcia artystyczne związane były z Romanem Husarskim. Od 1957 r. wykonywała w technice piropiktury zaprojektowanych przez niego Biegaczy Jeźdźców – zdobienia na fasadzie KS Korona przy ul. Kalwaryjskiej. Piropiktura, której wynalazcą był Husarski, polegała na natryskiwaniu na betonową ścianę płynnego, wielobarwnego szkliwa ceramicznego i poddawaniu go wysokiej temperaturze za pomocą palnika. Z pracą tą wiąże się zabawna historia. Do Marysi podszedł milicjant i zapytał: „Obywatelu robotniku, dlaczego niszczycie ścianę? Macie na to pozwolenie?”. A ona wtedy zdjęła maskę spawalniczą, rozsypały się długie włosy. Miała też udział w tworzeniu dekoracji ceramicznej pływalni dziecięcej w tym samym klubie sportowym (1962). Z Husarskim współtworzyła również w 1960 r. monumentalny Fryz rycerski na ścianie Muzeum Bitwy pod Grunwaldem w Stębarku (nie była z niego zresztą zadowolona). Został on potem zdewastowany, gdyż turyści wydłubywali z niego na pamiątkę fragmenty mozaiki. Artystkę proszono kilka lat temu o odtworzenie go, ale odmówiła ze względu na wiek. Innym zrealizowanym wspólnie dziełem było zwieńczenie fasady Szkoły Podstawowej nr 13 im. Władysława Jagiełły przy ul. Prostej 27a w Kielcach z 1962 r. Wykonała do niego np. mozaikowy portret patrona, ale nie uczestniczyła w montażu. A kiedy zobaczyła zdjęcie gotowej pracy, prosiła o „dużo dynamitu”. Współpracowników Husarskich było więcej, np. Witold Cęckiewicz czy Zygmunt Kaczor, na ich wkładzie tutaj się jednak nie skupiam. Wyjątkowym, wspólnym projektem artystycznym był tzw. Piec Rejowski dla muzeum zamkowego w Pieskowej Skale z końca lat 50. przedstawiający sceny z Żywotu człowieka poczciwego. Jej autorstwa było wiele kafli. Piec ten został potem rozebrany i przeniesiony do zamku w Niepołomicach. Były jeszcze dwa podobne obiekty, jeden sporządzony dla zamku w Wiśniczu, drugi zaś do jakiejś warszawskiej kawiarni; nie wiadomo jednak, co się z nimi stało.

Artystyczny wkład Marysi we wspólne prace trudno jest zresztą określić, nie prowadziła dokumentacji i  raczej nonszalancko traktowała wszystkie swoje dzieła, zarówno te wykonane z Husarskim, jak i późniejsze. Niewykluczone, że było ich znacznie więcej, niż wymieniam.

Jej talent doszedł w pełni do głosu w latach 70. Stworzyła wtedy ceramiczne dekoracje dla kościoła pw. Chrystusa Króla w Kielcach (1970). Płaskorzeźba Chrystus Rex na ścianie ołtarzowej miała ponad 10 m wysokości i  prawie 7 m szerokości. Na pytanie: „Kto to montował?”, odpowiedziała mi: „Ja sama, choć czasem asystował mi jeden pan”. Mimo swojej dziewczęcości i drobności jako rzeźbiarka była bardzo sprawna technicznie i posługiwała się wszystkimi możliwymi narzędziami. Ołtarzowej płaskorzeźbie towarzyszyła ceramiczna droga krzyżowa pt. Historia o męce, śmierci i zmartwychwstaniu Pana Naszego Jezusa Chrystusa oraz dwie inne kompozycje. Poncjuszowi Piłatowi dała rysy swojego męża, sama zaś sportretowała się jako niewolnica trzymająca misę z wodą do umycia rąk. Jak sądzę, nie bez powodu. Na pozornie idealnym obrazie jej związku były bowiem rysy i pęknięcia, o których mówić nie chcę.

W 1974 r. dla kościoła w Darominie pw. NMP i Michała Archanioła wykonała Pasję Daromińską – drogę krzyżową, oraz płaskorzeźby z wyobrażeniami Chrztu w JordanieŚw. Michała walczącego ze smokiem. Miały one zostać wmurowane w ściany, ale ostatecznie zawisły na nich jako kasetony.

Są to prace niesłychanie odważne, ekspresyjne i dynamiczne, czasem wręcz drapieżne, eksponujące cierpienie i samotność Jezusa, brzydotę towarzyszących mu postaci oraz podkreślające brutalny wymiar Pasji. A nawet mające zamierzony aspekt zmysłowy, vide: Chrzest w Jordanie z Daromina. Z niego Marysia była szczególnie dumna. Jestem pewien, że takie sakralne przedstawienia nie miałyby obecnie najmniejszej szansy na znalezienie się w  żadnym polskim kościele. Inna sprawa, co z nimi potem zrobiono i w jaki kontekst je wpisano. Proste białe modernistyczne wnętrza świątyń, w których prace artystki miały wybrzmiewać, zniszczył „gust proboszczów”: ściany pomalowano na łazienkowe pastelowe kolory, dodano święte obrazki, tandetne gipsowe sztukaterie, dywaniki, pseudobarokowe złote żyrandole i kinkiety. Marysia odmówiła oglądania zdjęć, które znalazłem w Internecie.

Trzeba jeszcze, dla porządku, nadmienić, że jej rzeźba Studnia została nagrodzona na biennale ceramiki w Gualdo Tadino w 1965 r. (potem znalazła się w domu rodziny Husarskich w Przegorzałach). Marysia brała udział w wielu wystawach. W 1965 r. miała też jechać na roczny twórczy staż do Francji w pracowni Augusta Zamoyskiego w Saint-Clar-de-Rivière. Mistrz, który sam wybrał sobie kandydatkę, przyjechał wcześniej do Krakowa, chcąc ją poznać osobiście.

Do Francji nie dotarła nigdy – nie dostała paszportu. Żona Adama siedem lat wcześniej nie wróciła przecież do kraju. W Anamnezach Wodnicki pisał o odpowiedzialności zbiorowej i piętnie, które na nich ciążyło. UB musiało wiedzieć, z kim jest związana przyszła stypendystka. Być może dlatego zdecydował się wtedy wreszcie na rozwód z Krystyną, co jednak niczego nie zmieniło.

Sztuka Marysi była ze mną zresztą od samego początku, o czym wtedy nie wiedziałem. Nad moim dziecięcym łóżkiem wisiała subtelna, smukła majolikowa Madonna, którą Mama wybłagała u Babci zamiast bluzki w Modzie Polskiej. Po ponad 40 latach, oglądając zdjęcia prac Marysi, naszło mnie nagle olśnienie: czy ona czasem nie robiła kiedyś takich figurek, sprzedawanych w latach 60. w Cepelii? Tak właśnie było, mało tego, przez długi czas z tych prac utrzymywała męża, przyszłego prof. Wodnickiego i siebie. Stworzyła wtedy serię ceramicznych Madonn, z których większość trafiła do Belgii. W celach zarobkowych podejmowała się wielu zleceń: projektowała pocztówki, konserwowała tkaniny, a dla niegdysiejszego Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie uszyła replikę sukni-kostiumu Heleny Modrzejewskiej, którą Wyspiański sam kiedyś wykonał. W latach 60. Wodniccy żyli bardzo skromnie. Marysia z żalem wspominała „zachodnie” pończochy, które po wielomiesięcznym oszczędzaniu kupiła sobie w komisie na ul. Floriańskiej i straciła w drodze do domu – zbyt radośnie i zamaszyście wymachiwała siatką.

Kto wie, czy jej najbardziej osobistymi pracami rzeźbiarskimi nie były choinki. W połowie grudnia znajomi górale z Podhala dostarczali jodłowe gałęzie. Wyganiała wtedy męża z domu na Akademię i stojąc na prowizorycznych rusztowaniach, budowała z nich wysokie na 3 m konstrukcje, które potem ozdabiała zabawkami, bańkami, anielskimi włosami ze szklanej waty, ptaszkami i prawdziwymi świeczkami. Wiele tych cudów pochodziło z czasów jej dzieciństwa i zostało zamówionych przez rodziców z katalogu warszawskiego Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. O  każdym mogła długo opowiadać. Co roku coś jej przynosiłem, ale największe uznanie zyskały nie drogie szklane bańki, tylko wycięty ze sklejki niedźwiadek, którego przerobiłem na kota, doklejając mu wydziergany na szydełku ogon. W swojej własnej pracowni przy ul. Kujawskiej robiła też „choinkę dla zmarłych” z zasuszonych roślin, zwłaszcza miesięcznic zwanych srebrnikami Judasza. Kiedy się poznaliśmy, bywała tam już bardzo rzadko.

*

Adam Wodnicki umarł 9 czerwca 2020 r. po rocznej chorobie i wielu pobytach w szpitalach. Ostatnim razem widziałem go w klinice przy ul. Grzegórzeckiej 25 grudnia 2019 r. Wciąż wtedy pisał i czytał. Nie dojechał już do swojego ukochanego Arles, gdzie planował zjawić się we wrześniu. Nie byłem na pogrzebie, sam leżałem wtedy ciężko chory w szpitalu. Na pogrzeb nie poszła też Marysia, która potem mówiła mi: „Nie mogłam znieść myśli, że będą chcieli zobaczyć we mnie wdowę, rozdzierającą szaty i rzucającą się w rozpaczy na ziemię”. Nie znosiła tłumów i konwenansów. W miesiącach, które nadeszły po śmierci Adama, w codziennych życiowych sprawach wspierali ją przyjaciele: prof. Czesława Frejlich, prof. Jerzy Gąsowski, Gabriela Kołacz, a także Wojciech Ornat. Ten ostatni zapobiegł nieszczęściu, eksmisji Marii z Królewskiej (pracownia była formalnie przydzielona Adamowi).

Marysię widziałem po raz ostatni 1 listopada 2020 r. Była w niezłej formie psychicznej, powtarzała grekę i tłumaczyła jakiś poemat z francuskiego. Miała jednak problemy z chodzeniem, a zaćma uniemożliwiła jej czytanie do tego stopnia, że musiała używać lupy. Gdy piliśmy herbatę, stwierdziła: „Adam zniknął. Zostały rzeczy, ale jego się tu już nie czuje”. Kiedy ponownie wszedłem do tego mieszkania 13 grudnia, dotarło do mnie w pełni, co miała na myśli. Nieoczekiwanie zapytała wtedy: „A co myślałeś na końcu Wiernej rzeki Żeromskiego?” (to była dla niej i dla mnie bardzo ważna książka). „Współczułem dziewczynie i płakałem” – powiedziałem. Marysia poszła wtedy powoli do pokoju i wróciła z małym pakiecikiem, w którym była miniatura, XIX-wieczny kobiecy portrecik (wiedziała, że je zbieram). Wręczyła mi go ze słowami „Tak też myślałam. To dla ciebie, bo to jest właśnie moja Salomea”. Myślę teraz, że być może przeczuwała to, co zdarzy się za trzy tygodnie.

Maria Ledkiewicz-Wodnicka zmarła 23 listopada bez świadomości, po kilku dniach pobytu w szpitalu. Jakby nie chciała przeżyć kolejnego Bożego Narodzenia, już bez Adama i choinki, która oznaczała dla niej trwanie. Chcieli odejść razem, o czym wielokrotnie zresztą rozmawialiśmy, ale stało się inaczej. W ten sposób zamknął się jeden z najważniejszych rozdziałów w moim życiu.

 

Za pomoc w odzyskaniu zagubionych w pamięci faktów serdecznie dziękuję pani Dorocie Strojnowskiej, najlepszej przyjaciółce Marysi przez 40 lat, Jackowi Barnasiowi oraz Edmundowi Olczakowi. Korzystałem też z książki Bożeny Kostuch pt. Kolor i blask. Ceramika architektoniczna oraz mozaiki w Krakowie i Małopolsce po 1945 roku (Kraków 2015). Wywiad z Wodnickimi pt. Urodzeni pod choinką ukazał się w periodyku „Kuchnia. Magazyn dla Smakoszy” w grudniu 1999 r., a na łamach „Tygodnika Powszechnego” 23 kwietnia 2012 r. opublikowano wywiad pt. Szczęście do cudów.

 

 

Kup numer