A. van de Venne, Połów dusz, 1614 r., Rijksmuseum
Piotr Oczko październik 2020

Daleko od Rzymu

Holandia uchodzi za kraj niemal wzorcowo ewangelicko-reformowany, ale gdy spojrzeć bliżej, sytuacja okazuje się wielce skomplikowana. Najliczniejszą grupą wyznaniową w Kraju Nizin są i prawie zawsze byli… katolicy.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

Piotr Oczko

W kraju Biblii

Podobnie jak większość dzieci urodzonych w powojennej Polsce, próbowano mnie wychować na katolika. To się nie mogło udać. „Gen ateizmu” objawił się u mnie wyjątkowo zdecydowanie i szybko. Sprawy wiary i metafizyki traktowałem z obojętnością niemal absolutną, co nie znaczy wszak, że judaizm i chrześcijaństwo mnie na swój sposób nie fascynowały. Tyle tylko że z takim samym zaangażowaniem przyswajałem sobie i Biblię (oczywiście w opracowaniu Kosidowskiego), i Mitologię Parandowskiego – nie czułem pomiędzy owymi historiami żadnej różnicy. Uczestnictwo w obrzędach zawsze oznaczało dla mnie tylko jedną rzecz: nużącą nudę. Byłem kujonem i prymusem, więc nie przyszło mi zwyczajnie do głowy, by zamiast na mszę pójść sobie na wesołe wagary. W kościołach zajmowałem się więc głównie liczeniem płytek posadzkowych, obrazów i aniołków oraz patrzeniem na zegarek. Wreszcie zdecydowałem się na przemycanie książek. Z ukrytych za ołtarzem zacisznych stalli u bernardynów (dziś już chyba niedostępnych dla zwykłych śmiertelników) zostałem nawet wyprowadzony za ucho – pochłaniałem właśnie drugi tom Przeminęło z wiatrem i przestałem być odpowiednio czujny. Wtedy sprawiłem sobie miniaturowe, angielskie, niemieckie i chorwackie książeczki do nabożeństwa – wyglądałem na rozmodlonego dewota, a tak naprawdę uczyłem się języków. A potem, w pierwszej klasie licealnej, wziąłem głęboki wdech i dałem sobie wreszcie z tym wszystkim spokój. Najważniejsza chwila miała miejsce znacznie później. Gdy w 2010 r. podpisałem oficjalny akt apostazji, poczułem się niemal euforycznie: w końcu byłem wolny, wyzwolony z dyskursów i kontekstów, które nigdy przecież moje nie były.

Mój problem z katolicyzmem nie miał nic wspólnego ani z wiarą (ta nie liczyła się zupełnie), ani z hipokryzją czy kwestiami obyczajowymi (o tych zrobiło się głośno całkiem niedawno). W czasach mojego dzieciństwa polski katolicyzm był zresztą dobrotliwą, ludową formacją, kojarzącą się z przyjemnymi zwyczajami (wonne zioła w sierpniu, noszone w zimowych ciemnościach roratowe świece, palone na Trzech Króli kadzidła), a nie z nienawistną, uwikłaną w politykę i plującą trującym jadem instytucją. Tyle że to właśnie kwestia owych obrzędów i zbiorowych rytuałów stanowiła dla mnie kłopot – zawsze budziły we mnie sporą niechęć. Tak już mam, że nie jestem w stanie uczestniczyć w jakichkolwiek formach wspólnotowości, obojętnie, czy chodzi o mszę, pogrzeb czy o koncert. Nie biorę udziału w rodzinnych uroczystościach i rzadko jeżdżę na konferencje; zmuszam się jedynie do chodzenia na posiedzenia swojej rady wydziału. Dla mizantropa przymus przeżywania czegoś razem z innymi ludźmi jest horrorem nad horrorami.

Holandia uchodzi za kraj niemal wzorcowo ewangelicko-reformowany, ale gdy spojrzeć bliżej, sytuacja okazuje się wielce skomplikowana.

Czytaj także

W kraju Biblii

Najliczniejszą grupą wyznaniową w Kraju Nizin są i prawie zawsze byli… katolicy. Tyle że to katolicy inni niż w Polsce, zwykle popierający eutanazję, opowiadający się za wolnym wyborem kobiet w kwestii aborcji i kibicujący parom jednopłciowym.

Przystępują do komunii, ale nie chodzą do spowiedzi – wystarczy przecież ta powszechna. Spowiedź traktują zresztą jako rodzaj przemocy psychicznej, próbę zdobycia instytucjonalnej kontroli nad życiem jednostek. Gdy spytać ich o post, zdziwią się wielce: czy to nie jakiś średniowieczny obyczaj? Tylko ok. 1% wiernych chodzi co niedzielę do kościoła, reszta woli modlić się w domu lub na spacerze. Gdy w 2014 r. papież Franciszek planował odwiedzić Holandię, jego wizytę powstrzymał sam kard. Wim Eijk; bał się, że prawie nikt nie pojawi się na uroczystej mszy i dostojnemu gościowi będzie przykro. Ci, którzy na mszę wciąż uczęszczają, prawdopodobnie nie odnaleźliby się w Polsce. Po nabożeństwie w nawach rozkłada się tam stoły, proboszcz bawi się w kelnera, serwuje kawę i pyta o rodzinne sprawy, a członkowie rady parafialnej częstują ciastem. Na co dzień rada taka organizuje życie wspólnoty, czuwa nad finansami, wypłaca księdzu pensję oraz rozlicza się z datków i dotacji co do centa.

Dwa lata temu pewien katolicki ksiądz z południa przyznał się publicznie do bycia gejem i opowiedział, że marzy o zalegalizowaniu swojego związku. Gdyby tylko siedział cicho, nic by się nie stało, ale że sprawa zyskała pewien rozgłos w mediach, miejscowy biskup musiał oficjalnie zareagować i nakazał powrót do celibatu oraz pokutę. Wtedy jednak zareagowali parafianie, którzy przed blokiem biskupa (to nie pomyłka, niepisanym obowiązkiem holenderskiego hierarchy jest jeździć na rowerze i żyć skromnie, tak jak najuboższe z jego owieczek) zorganizowali wielką manifestację w obronie swojego proboszcza, podkreślając, że równie dobrego, ba, z takim sympatycznym partnerem, już nie znajdą. Z kontrofertą natychmiast zgłosili się do odważnego księdza protestanci (oni też mają spore problemy kadrowe), którzy zaproponowali objęcie wolnej parafii, wzięcie ślubu z ukochanym i stopniowe wdrażanie się do nowego wyznania. Przez pierwsze lata może sobie zresztą odprawiać msze po swojemu, dla wiernych będzie to nawet jakieś urozmaicenie. Nie pamiętam, skąd był ten ksiądz, zapewne z Polski albo z Filipin, bo rodowitych Holendrów praktycznie się już nie wyświęca.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer