fot. Jerzy Kosiński, archiwum rodziny Michałowskich, USA
Piotr Oczko czerwiec 2019

Wybór Miry. O Mirze Michałowskiej

Była dla mnie ważna, choć nigdy jej nie poznałem. Wszystko zaczęło się od niewielkiej, zaczytanej później na strzępy książeczki, Drobnych ustrojów, zbioru zabawnych felietonów o pewnej rodzinie z Warszawy w dobie wczesnego PRL-u wydanego w 1955 r. pod pseudonimem Maria Zientarowa. „Ustrojowe” powiedzonka weszły na stałe do mego domowego języka (do dziś, gdy mama mówi, że mogę sobie wziąć nawet kubeł od węgla, znaczy to, że zgadza się zupełnie na wszystko).

Artykuł z numeru

Historia jutra

Historia jutra

Mira Michałowska, de domo Zandel, urodziła się 23 listopada 1914 r. w Łodzi, a zmarła 19 sierpnia 2007 r. w Warszawie. Obecnie pamięta się ją – o ile w ogóle – jako autorkę Wojny domowej (1964), również podpisanej Zientarowa, i scenarzystkę czarno-białego serialu pod tym samym tytułem, który raz po raz wznawiają stacje telewizyjne.

Tymczasem życie Michałowskiej samo mogłoby posłużyć jako kanwa filmu, w którego tle znalazłyby się wielka polityka i dyplomacja czasu zimnej wojny oraz powojenne losy polskiej lewicowej inteligencji. Co więcej, jako bohaterowie pojawiliby się w nim najważniejsi przedstawiciele artystycznych i intelektualnych elit Polski, Europy i Stanów Zjednoczonych. Nawet pobieżne nakreślenie biografii Michałowskiej wydaje się zadaniem karkołomnym – to zdecydowanie temat na książkę, a nie krótki szkic. Wzmianki o jej życiu są zdawkowe, pojawiają się w nekrologach i wspomnieniach przyjaciół (Irena Szymańska, Daniel Passent), na marginesach politologicznych analiz (James Hershberg) czy na kartach dzienników (Karol Estreicher jr, Józef Hen). Zadanie biografisty pozornie wydaje się proste: Michałowska opublikowała przecież dwie gawędy kulinarne (Przez kuchnię i od frontu, 1988; Nie tylko o hamburgerze. Kuchnia amerykańska, 1990), które są raczej opowieściami o niej samej, a nie o jedzeniu. Od samego początku miałem z tymi książkami spory problem. Intuicyjnie czułem, że autorka ewidentnie pomijała jakieś sprawy, stosowała uniki, była elegancko dyskretna i miała do siebie podejrzanie ironiczny dystans. Niejednokrotnie bywała przy tym zbyt dowcipna. Znałem te tekstowe strategie aż za dobrze – takie poczucie humoru często okazuje się przecież maską. Michałowska kilkakrotnie też, jakby od niechcenia, nadmieniała, że źle sypia. Posłowie zawarte w książce Do zobaczenia, stary wilku zaczęła choćby tak: „Otóż którejś bezsennej nocy, pod koniec 1996 roku, dla odegnania demonów, które lubią napadać na nas gdzieś w okolicy godziny duchów…”. Kim jednak były te demony i duchy?

Materiałów archiwalnych, które trzeba by krytycznie przestudiować, jest multum. Michałowska była wszak żoną ważnego dyplomaty doby PRL-u, podlegała więc nieustannej inwigilacji. Akta polskiego wywiadu na jej temat to ponad 1600 stron, są też raporty CIA oraz brytyjskiego Secret Intelligence Service.

W gawędach kulinarnych Michałowska prawie zupełnie pominęła dzieciństwo. Nadmieniła tylko o rosyjskiej uciekinierce z chińskiego Harbinu, która uczyła ją angielskiego w Łodzi, i wakacjach spędzanych w pensjonacie pani Hildebrandowej w Hulankach.

O rodzicach ani słowa. Kolejna wspomnieniowa odsłona to już pobyt w Paryżu (od 1937 r.) i poznanie pary Amerykanów, Jean i Hugh (był to Hugh C. Paxton, fizyk pracujący dla Jeana Frédérica i Irène Joliot-Curie w Collège de France). A następnie, po upadku Francji, dramatyczna ewakuacja na stateczku płynącym z Bajonny do Casablanki. W zabawnych anegdotach z Maroka brakło jednak kluczowych spraw: internowania Miry przez kolaboranckie władze Vichy, graniczącego z cudem zdobycia pozwolenia na wyjazd do Lizbony i ucieczki do Nowego Jorku na ostatnim statku wypływającym z Portugalii. Autorka przemilczała również fakt, że zarówno w Paryżu, jak i w trakcie tej filmowej niemal eskapady towarzyszył jej przecież ówczesny mąż, fizyk jądrowy Ignacy Złotowski. Pisząc o sobie, Michałowska zawsze jednak bawi się faktami, na ich podstawie buduje literackie, fikcjonalne byty, nieustannie kreuje też alternatywne wersje siebie samej. Mało tego, wciąż ukrywa się pod pseudonimami, których jest ok. dziesięciu.

Związek ze Złotowskim nie przetrwa czasu wojennej emigracji. W Nowym Jorku Mira zatrudnia się w stacji radiowej oraz w polskiej sekcji Biura Informacji Wojennej, dla której przygotowuje ulotki i biuletyny przeznaczone do zrzutu przez alianckie lotnictwo. Później będzie pracować w magazynie „Time”. Wtedy też zaczyna swoją wielką przygodę z tłumaczeniem literatury amerykańskiej, przyjmuje zlecenie na powieść historyczną Howarda Fasta Citizen Tom Paine (jako Obywatel Tom Paine ukaże się ona w Polsce w 1948 r.). Obraca się zarówno w nowojorskich kręgach artystycznych, jak i w środowisku polskich wygnańców; poznaje choćby Juliana Tuwima (przepisuje na maszynie rękopis jego Kwiatów polskich), Oskara Langego czy Stefana Arskiego. Do jej przyjaciół należy też wybitny czeski twórca i późniejszy polityk Adolf Hoffmeister. Relacje z pierwszego pobytu w Stanach Mira zdaje w listach do swej przyjaciółki malarki Franciszki Themerson (obecnie znajdują się one w archiwum Themersonów w Bibliotece Narodowej).

W tym miejscu należy wspomnieć o pewnej zagadkowej sprawie. Większość dostępnych w Internecie wzmianek o autorce podaje, że jej pierwszym mężem, jeszcze przed wojną, był komunistyczny działacz Zenon Kliszko, w czasach PRL-u współpracownik Gomułki i czołowa postać w państwie. Gdy Kliszko został w 1934 r. aresztowany, Mira miała nawet doprowadzić do jego uwolnienia z więzienia, przedstawiając sprokurowane zaświadczenie lekarskie o ograniczonej poczytalności konspiratora. Problem w tym, że najbliższa rodzina Michałowskiej nie wie nic o tym małżeństwie i poważnie wątpi w autentyczność owych informacji.

Po wojnie Mira zostaje na krótko wysłana przez „Harper’s Magazine” do Polski jako reporterka. Wraca jednak szybko do Nowego Jorku, gdzie w 1946 r. przyjeżdża przystojny i błyskotliwy Jerzy Michałowski, świeżo mianowany polski ambasador w Wielkiej Brytanii. Michałowski, urodzony w Kijowie w 1909 r., jest synem polskiego ziemianina i Żydówki. W 1934 r. kończy prawo na Uniwersytecie Warszawskim, obraca się w kręgach lewicy, należy do PPS. Podczas kampanii wrześniowej walczy na wschodzie i tylko przypadek sprawia, że nie trafia do Katynia. Pojmany potem przez Niemców, czas wojny spędzi w oflagu w Woldenbergu. Po wyzwoleniu włącza się w odbudowę kraju i zatrudnia w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Ze względu na swe kompetencje i znajomość angielskiego zostaje wysłany na placówkę do Londynu.

Mira bierze z Jerzym ślub w Paryżu w 1947 r. i przenosi się do Anglii, gdzie spędzi sześć lat. Tam urodzą się jej synowie, Piotr i Stefan. Będzie towarzyszyć mężowi w trakcie wszystkich kolejnych dyplomatycznych wyjazdów, gdy zostanie on szefem Misji Polskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku (1956–1960), a potem ambasadorem w Waszyngtonie (1967–1971). Doświadczenia te opisze później w książce Nobody Told Me How. A Diplomatic Entertainment wydanej pod pseudonimem Mira Michal w 1962 r. Michałowska, dowcipna erudytka znająca języki obce, obracała się wówczas w kręgach crème de la crème. Do jej przyjaciół i znajomych należeli angielscy arystokraci skupieni wokół dworu w Buckingham, członkowie monarszych i książęcych rodzin od Pakistanu po Monako, czołowi światowi politycy (np. sekretarz generalny ONZ Dag Hammarskjöld), głośni pisarze czy artyści, tacy jak Alexander Korda, Laurence Olivier, Vivien Leigh, Katharine Hepburn, John Gielgud, Shirley MacLaine, Peter Ustinov, Artur Rubinstein i Jerzy Kosiński. Listę tę można by zresztą uzupełniać ad infinitum, choćby o wybitnego wirtuoza Mstisława Rostropowicza czy baronową Murę Budberg, słynną podwójną agentkę, kochankę Maksyma Gorkiego i Herberta George’a Wellsa. Kontakty te Mira zresztą wielokrotnie wykorzystywała, nieoficjalnie zdobywając środki na leczenie w Stanach ciężko chorych polskich dzieci.

Przebywając za granicą, Michałowska cały czas współpracowała z polskimi czasopismami, w których ukazywały się jej korespondencje, felietony i przekłady. W przerwach pomiędzy pobytami na placówkach brała udział w krajowym życiu artystycznym i intelektualnym. Należała do słynnego „stolika” w warszawskiej kawiarni wydawnictwa „Czytelnik”, przy którym dyskutowali Tadeusz Konwicki, Leszek Kołakowski, Irena Szymańska, Gustaw Holoubek czy Leopold Unger. Nieomal od początku uczestniczyła w tworzeniu „Przekroju”, z którego redaktorem Marianem Eilem połączyła ją serdeczna przyjaźń. Na łamach krakowskiego tygodnika publikowała tłumaczenia, recenzje (dzięki nim Polska dowiedziała się choćby o głośnych niegdyś konceptach pedagogicznych dr. Spocka), a zwłaszcza cykle felietonów (zwykle jako Maria Zientarowa, ale używała również „feministycznego” pseudonimu Siostry Rojek). Część z nich została wydana potem jako książki: quasi-autobiograficzne Drobne ustroje, Wojna domowa i sequel Wojna domowa trwa. Michałowska współtworzyła też zręby polskiej telewizji, była pomysłodawczynią programu Tele-Echo (1956) i wykreowała jego przyszłą gwiazdę Irenę Dziedzic. Była także członkinią Związku Literatów Polskich i organizowała kursy dla tłumaczy. W gronie przyjaciół i bliskich znajomych Miry byli Antoni Słonimski, Władysław Broniewski, Jerzy Andrzejewski, Jarosław Iwaszkiewicz, Władysław Kopaliński, Otto Axer, Andrzej Panufnik czy Zofia Chądzyńska. Podobne nazwiska można mnożyć bez końca.

Aż do śmierci Michałowska intensywnie tłumaczyła. Spod jej pióra wyszły przekłady licznych sztuk teatralnych oraz dziesiątki zbiorów opowiadań i powieści, głównie autorów angielskich i amerykańskich (sporadycznie tłumaczyła też z francuskiego i czeskiego). Za jej sprawą polscy czytelnicy zapoznali się z twórczością m.in. Sylvii Plath, Anaïs Nin, Bruce’a Chatwina, Howarda Fasta, Agathy Christie, Arthura Millera, Thorntona Wildera, Edgara Laurence’a Doctorowa, Vladimira Nabokova, Williama Styrona, Saula Bellowa, Susan Sontag, Alana Alexandra Milnego, Erskine’a Caldwella, Jerzego Kosińskiego, a przede wszystkim Gertrude Stein, którą Michałowska odkryła dla Polski. Nie tylko przełożyła najważniejsze utwory amerykańskiej awangardzistki, ale i napisała o niej książkę (Gertruda Stein, 1980). Tłumaczyła też opowiadania Ernesta Hemingwaya, co więcej, przyjaźń pomiędzy Hemingwayem i jego polskim tłumaczem Bronisławem Zielińskim udokumentowała w książce Do zobaczenia, stary wilku (1997).

Była także autorką sztuk teatralnych tłumaczonych na języki obce i wystawianych w Europie (np. Zaczęło się od Marii, Madame Curie), eksperymentalnej powieści Przeprawa oraz kilkunastu poczytnych książek dla dzieci i młodzieży (np. Ania i Ewa i Marian i Rusak i inni; Sezamki; Portret nocą malowany; Mistrz Pędzel).

W ciągu kilku dekad na łamach polskich periodyków (wspomniany już „Przekrój”, „Ty i Ja”, „Szpilki”, „Zeszyty Literackie”, „Dialog”, „Literatura na Świecie”, „Twój Styl” i in.) ukazywały się jej teksty satyryczne, felietony i przekłady. W tygodniku „Świat” sygnowała je ironicznym pseudonimem „Kobieta Światowa”. Nie ma w tym jednak przesady, Michałowska była niewątpliwie pierwszą światową kobietą PRL-u, swobodnie czującą się na najlepszych salonach USA i Europy, co więcej, elegantką ubierającą się według wskazówek i projektów wielkiej Jadwigi Grabowskiej, dyrektorki artystycznej Mody Polskiej.

Jest jednak jeszcze inna twarz Miry. To Mira (Miriam?) Zandel, córka Dory Gordon (ur. w 1890 r. w Moskwie) i Jana (ur. w 1882 r. w Kutnie), urzędnika w łódzkiej fabryce włókienniczej. Rzekomo przyszła na świat w piwnicy, podczas niemieckiego ostrzału miasta. Rodzina mieszkała w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej (wpierw pod numerem 182, a potem 123). Tam też urodził się w 1918 r. brat Miry Zdzisław. Pod koniec wojny, gdy sytuacja stała się dramatyczna i rodzina zaczęła głodować, Zandlowie zamieszkali u krewnych w Kutnie, a na początku lat 20. przenieśli się do Sopotu, gdzie ojciec założył firmę. Matka zaczęła wówczas grać w kasynie i uzależniła się od hazardu, co doprowadziło do rozwodu rodziców. Dzieci trafiły wtedy pod opiekę mieszkającej w Gdańsku babci. Po powrocie do Łodzi Mira uczęszczała do gimnazjum dla żydowskich dziewcząt im. Elizy Orzeszkowej, gdzie w 1934 r. zdała maturę. To tam zaprzyjaźniła się z Ireną Wiernik (późniejszą Szymańską). Następnie przez rok studiowała w Wyższej Szkole Dziennikarskiej w Warszawie. Od jakiegoś czasu angażowała się już w działalność Komunistycznej Partii Polski – w 1935 r. aresztowano ją za współudział w wydawaniu nielegalnego tygodnika partii, „Kroniki”, a po kilku miesiącach zwolniono bez procesu. W 1937 r. poznała docenta Ignacego Złotowskiego, wyszła za niego za mąż i wyjechała z nim do Paryża. W Collège de France chodziła na wykłady z historii cywilizacji i socjologii, a w 1940 r. przez krótki czas współtworzyła tygodnik „Czarno na Białym”. O ucieczce, jakby wyjętej z Casablanki, i dalszych losach już wiemy.

Matka Miry zginie w getcie łódzkim, ojciec w getcie warszawskim, a ukochany brat (przed wojną pracujący dla firmy Zorel, sprzedającej brytyjskie motocykle) zostanie zamordowany gdzieś na wschodzie. Owe relacje, często zaczerpnięte z drugiej ręki, trzeba by zresztą dopiero potwierdzić w archiwach. Autorka najprawdopodobniej nigdy nie dowiedziała się o losach bliskich, informacje te wyszły bowiem na jaw już po jej śmierci.

Michałowska nigdy nie wspomni potem o swojej żydowskiej tożsamości. Nie powie synom, że mają w trzech czwartych żydowskie pochodzenie – usłyszą to od Ireny Szymańskiej, jako prawie dorośli ludzie.

Choć zna świetnie niemiecki, konsekwentnie odmawiać będzie używania tego języka. Co więcej, kiedy pracujący nad Wyborem Zofii William Styron przyjedzie do Polski, opiekująca się nim wówczas Michałowska podobno skutecznie przekona pisarza, żeby zmienił swój pierwotny zamysł: uczynił z Sophie Polkę, a nie, jak planował, Żydówkę. Syn Miry prof. Piotr Michałowski, światowej sławy amerykański sumerolog, wspomina: „Spotkaliśmy się z Mamą pod koniec lat 80. w Izraelu; ona była wtedy w strasznym stanie. Poszliśmy na kolację do mego dawnego profesora Hayima Tadmora i jego żony, która też miała na imię Miriam. Dogadały się, te dwie Miriam z Łodzi, i okazało się, że obie kiedyś chodziły do tego samego gimnazjum dla żydowskich dziewcząt. Matka spytała ją, czemu nigdy po wojnie nie odwiedziła Polski. Miriam powiedziała: too many ghosts. A Mama odrzekła: that is how I feel here. Zrozumiałem wtedy, że ona przez cały czas zmagała się z potwornym poczuciem winy, że jako jedyna przeżyła”.

PRL-owskie władze nigdy Michałowskim nie ufały, należeli oni bowiem do dwóch sprzecznych światów: komunistycznej rzeczywistości polskiej oraz zachodniej high society.

Karol Estreicher junior tak pisał o Mirze 28 kwietnia 1968 r.: „Nie jest lubiana przez partyjne sfery KC za swój amerykański styl życia (…). Teraz na pewno przeciwnicy i zawistni z MSZ wyciągną jej żydowskie związki”. Miesiąc później (28 maja 1968 r.) wrócił do tematu: „Obydwoje są Żydami. Ona nie cierpi systemu, imponuje jej życie na Zachodzie”. Gdy Michałowscy wrócili w 1971 r. do Warszawy, dosięgły ich spóźnione marcowe czystki. On został usunięty z partii i odstawiony na boczny tor; zajął się wtedy pracą przekładową (tłumaczył książki Jeffreya Archera, Fredericka Forsytha, Jamesa Grady’ego i in.) oraz publicystyczną – jako Stefan Wilkosz publikował choćby felietony w „Polityce”. Mira przez kilka lat nie dostała paszportu, odmówiła bowiem składania raportów z zagranicznych wyjazdów dla SB.

Estreicher za każdym razem gdy nadmienia w dzienniku o Michałowskiej (a robi to kilka razy), nieodmiennie przywołuje jej żydowskie pochodzenie, a następnie natychmiast przechodzi do krytycznych komentarzy („sprytnie zbijała grosz”, „ładna, miła kobieta, trochę pusta i płytka, ale bardzo obyta, znająca języki i wielki świat”). Antysemicka wymowa tych zestawień jest oczywista. W podobną konwencję wpisują się uwagi na temat autorki na polskich prawicowych forach internetowych: „żydokomuna”, „żydowska kolaborantka i złodziejka”. Z szambem się nie polemizuje. Przypomnę jednak pro forma, że w okresie sanacyjnego reżimu, straszliwej nędzy społecznej i narastającego nacjonalizmu, opowiedzenie się za komunizmem było dla wielu młodych, idealistycznie nastawionych ludzi jedynym przyzwoitym wyborem. A dla polskich, ocalałych z Holokaustu Żydów włączenie się w powojenną odbudowę kraju i jego administracyjne struktury dawało nadzieję na lepsze jutro (jak się potem okazało, złudną).

Po śmierci męża w 1993 r. Mira poddała się zupełnie. Wpadła w ciężką depresję, zerwała wszystkie kontakty ze światem i na 10 lat położyła do łóżka. Był to dotyk ciemności, niemal taki sam jak w Darkness Visible, wspomnieniu pióra jej znajomego Williama Styrona. Zarządziła zawczasu, że na pogrzebie może być obecna jedynie najbliższa rodzina. Na warszawskich Powązkach żegnało ją tylko kilka osób.

*

Michałowska pisała także po angielsku, publikowała (wpierw pod pseudonimem Mira Zlotowska, a potem Mira Michal) opowiadania w czasopismach, takich jak „Harper’s Magazine”, „Southern Review”, „Mademoiselle”, „Glamour Magazine” „New Yorker” czy „Atlantic Monthly”. Nad jeziorem Lugano (At Lake Lugano) ukazało się na łamach „New Yorkera” 15 sierpnia 1964 r. Na jego podstawie Barbara Morgan przygotowała scenariusz, film miał reżyserować Robert Altman, a w roli głównej planowano obsadzić Anouk Aimée. Nic z tego jednak nie wyszło. W Nad jeziorem Lugano Mira zdaje się trochę uchylać maski, ale wciąż nie jest w stanie odsłonić twarzy. Czy ktoś mógłby napisać biografię Michałowskiej? Tu trzeba by chyba wrażliwości, pióra i warsztatu Anny Bikont.

_

Korzystałem z: A. Klominek, Życie w „Przekroju”, Warszawa 1995; J. Hershberg, Marigold, The Lost Chance for Peace in Vietnam, Stanford 2012; I. Szymańska, Miałam dar zachwytu, Warszawa 2001; A. Zandel, Memoir (niepublikowany angielski maszynopis z 1985 r., United States Holocaust Memorial Museum); K. Estreicher jr, Dziennik wypadków, t. 4, Kraków 2004; K. Batora, Mira Michałowska, hasło na platformie cyfrowej Nowa Panorama Literatury Polskiej – Słownik tłumaczy. Opierałem się też na bazie danych Jewish Records Indexing – Poland, publikacjach prasowych i internetowych oraz na konsultacjach z prof. Piotrem Michałowskim, Stefanem Michałowskim i Ewą Junczyk-Ziomecką, którym serdecznie dziękuję za pomoc.

Kup numer