fot. Rijksmuseum
Piotr Oczko styczeń 2019

Równiutki pejzaż

Gdy Holender sadzi przed swym domem lipy, nie pomyśli, aby „gość siadł pod ich liściem i odpoczął sobie”, ale wpierw co do milimetra odmierzy odstępy pomiędzy drzewami, a potem przytnie ich czubki i poprowadzi gałęzie po drutach, żeby stworzyły idealnie symetryczną siatkę.

Artykuł z numeru

Stoicyzm na nowo odkrywany

Stoicyzm na nowo odkrywany

Oczy wilgotnieją mi mniej więcej dwa razy w roku. Wejście do samolotu KLM na lotnisku w Balicach, pozdrowienie stewardesy (goedemiddag, mevrouw – nieużywany przez długi czas język początkowo stawia opór, a dyftongi nieomal bolą), potem kawa i kanapka zapakowana w niebieskie pudełko z krowami i wiatraczkami. Po jakiejś godzinie za oknem pojawia się wreszcie Holandia, z symetryczną siecią kanałów, geometrycznie rozplanowanych miasteczek, paranoicznym wręcz ładem przestrzeni. To jest właśnie ten pierwszy raz. Drugi ma miejsce, gdy wracam, a z samolotu widać wijącego się w dole węża rzeki Ems, za którym są Niemcy, a potem już tylko rzeczywistość.

Los się musiał mną chyba nieźle zabawić. Wrzucono mnie w ten nieszczęsny byt w niewłaściwym czasie i w zupełnie nie tym miejscu, co trzeba. Jestem z natury zdyscyplinowany, pracowity, pedantyczny i maniakalnie wręcz punktualny. Nie znoszę niefrasobliwości i spontaniczności, nie mam też wiele zrozumienia dla słabości ludzkich. Kocham domowość, cenię sobie komfort (nie mylić z luksusem), lubię pieniądze i szanuję przedmioty (w Kraju Nizin to nie skąpstwo, lecz oszczędność, najchwalebniejsza z możliwych cnót). Wypisz, wymaluj jakiś XIX-wieczny Holender, choć na pewno nie współczesny, bo ci już sobie sporo odpuścili. Z zestawu „natura – kultura” zdecydowanie wybieram też drugą opcję, podobnie jak krakowska krytyczka sztuki Martyna Nowicka, która – jak mawia jej ojciec – owszem, w dzieciństwie nawet kwiatki lubiła, ale tylko na dywanie.

Nic dziwnego, że holenderskie podejście do przestrzeni bardzo mi odpowiada. Gdy jestem w Amsterdamie, zwykle robię na piechotę ok. 20 km dziennie, w Krakowie zaś z uporem siedzę w domu. Po co mam się denerwować, patrząc na wszechobecne graffiti, szmaty z reklamami i brudne okna (gdyby to tylko cokolwiek dało, natychmiast dzwoniłbym na policję!). Parę lat temu spacerowałem po Hadze z moim kolegą Charlesem, jednym z najlepszych w świecie znawców XVIII-wiecznej sztuki niderlandzkiej. Płoty oddzielające poszczególne posesje pomalowano na kolor granatu leciutko trącącego fioletem. Rosły przy nich kwitnące właśnie pnącza passiflory z niebieskimi pręcikami i ciemnoróżowymi płatkami delikatnie wpadającymi w odcień fuksji, zaś całość wyglądała jak z żurnala mód. „Wiesz, Charles, za to właśnie kocham Holandię, za tę waszą czułość dla detali”, wyznałem w zachwycie. „Ale to przecież nic wielkiego, co roku spotykamy się, dyskutujemy i głosujemy, jaką farbę kupić i jakie rośliny posadzić, czemu nie zrobicie tak w Polsce?” – bezgranicznie zdziwił się Charles, który najwyraźniej nigdy nie słyszał o sarmatyzmie. W Spaarndam z kolei zauroczyło mnie wypucowane do błysku okno okolone typowo holenderskimi okiennicami pomalowanym w biało-czerwone romby. Na jego wewnętrznym parapecie, pomiędzy dwoma prostokątami śnieżnych firanek, ktoś precyzyjnie ustawił purpurową cylindryczną świecę. No tak, Mondrian mógł się urodzić tylko w Holandii.

Gdy Holender sadzi przed swym domem lipy, nie pomyśli, aby „gość siadł pod ich liściem i odpoczął sobie”, ale wpierw co do milimetra odmierzy odstępy pomiędzy drzewami, a potem przytnie ich czubki i poprowadzi gałęzie po drutach, żeby stworzyły idealnie symetryczną siatkę. Podpisałem dziesiątki petycji w obronie Puszczy Białowieskiej i protestowałem przeciwko Ministerialnemu Szkodnikowi, ale holenderska estetyka przemawia do mnie o wiele bardziej niż rosochate wierzby i ciche grusze na miedzach. Nic na to nie poradzę.

Holenderski pejzaż należy do najlepiej rozpoznawalnych w świecie. Niski, szeroki horyzont, skłębione chmury na firmamencie, płaska ziemia usiana wiatrakami, woda, która nieomal miesza się z niebem, wreszcie pasące się krowy, malutkie postaci rybaków i wieśniaczek w bielutkich czepeczkach.

Większość turystów oczekuje właśnie tego i jeśli tylko pojedzie do kilku lokalnych „disneylandów”, do Zaanse Schans lub Kinderdijk, dostanie takie idylliczne landszafty. Wyobrażenia te powstały w wieku XIX, kiedy to zapanowała moda na „holandyzm”, artystyczny nurt prześwietnie opisany w książce Agnieszki Rosales-Rodríguez Śladami dawnych mistrzów. Podróżujący do Holandii malarze z Europy i Ameryki zdecydowanie woleli sielskie, sentymentalne widoczki, które właśnie odchodziły w przeszłość, niż dzikie robotnicze dzielnice i porty porośnięte tysiącami stalowych żurawi. Potem przyszły reprodukcje, pocztówki i przewodniki, narodził się mit.

Powtarzana ad nauseam sentencja głosi: Bóg stworzył świat, ale Holendrzy stworzyli Holandię. Dużo w tym prawdy, holenderski krajobraz jest bowiem dziełem pokoleń pracowitych rąk. Jeszcze we wczesnym średniowieczu mała ruda wiewiórka mogłaby bez trudu przemierzyć 300 km dzielących Maastricht od Leeuwarden, skacząc tylko z drzewa na drzewo. Puszcze wyrąbano i wypalono, założono tysiące osad – już w połowie XVII w. ponad połowa obywateli Republiki żyła w miastach. Budowano tamy i zapory, osuszano moczary i bagniska, wyrwano morzu kolejne poldery. Zniknęło wielkie Jezioro Haarlemskie, Haarlemmermeer – na jego dawnym dnie znajduje się teraz lotnisko Schiphol (mów proszę: „shiphol”, a nie „sziphol”!). O przeszłości miejsca świadczy jedynie nazwa lotniska, jezioro mogło być bowiem kiedyś cmentarzyskiem zdezelowanych okrętów; choć w tej akurat kwestii historycy i etymolodzy raz po raz proponują kolejne wytłumaczenia. Nie ma też zatoki Morza Północnego, Zuiderzee – jej miejsce zajęły jezioro IJsselmeer oraz najmłodsza, dwunasta prowincja kraju, Flevoland (2,5 tys. km2 zabranych wodzie). W ostatnich dekadach na Holandię nałożono też gęstą sieć autostrad, zjazdów i rozjazdów, perfekcyjnie zresztą rozplanowanych.

Gdzie teraz szukać dawnego, mitycznego Kraju Nizin? Na obrazach? Ależ to proszenie się o kłopoty. Musielibyśmy wtedy przyjąć, że Holandia „bywała” terenem górzystym. Jakieś 40% pejzaży przedstawia bowiem skaliste urwiska i wyniosłe szczyty, na co zwrócił uwagę prof. Eddy de Jongh, mający wśród historyków XVII-wiecznego malarstwa niderlandzkiego rangę papieża. Nie chodzi tu bynajmniej o dzieła licznych italianistów szukających artystycznych inspiracji we Włoszech. W rotterdamskim Museum Boijmans Van Beuningen wisi Dolina z rzeką i domami Herculesa Seghersa z ok. 1625 r. U stóp wysokiej, pionowej skały przycupnęła gromada budynków żywcem przeniesionych z amsterdamskiego Lindengracht, Kanału Lip, w tym własny dom malarza. Anthonie van Beerstraaten maluje w 1661 r. Pejzaż z nabrzeżem (Centraal Museum, Utrecht). Na wodach zatoki statki i łodzie, w tle górzysty krajobraz, a tuż przy brzegu nieistniejący już utrechcki kościół św. Marii, stojący przecież niegdyś w samym centrum miasta. Jacob van Ruisdael tworzy serię widoków przedstawiających zamek w Bad Bentheim – dziś w Niemczech, na samiuśkiej granicy z Holandią. Na niebotycznym wzniesieniu stoi warowna twierdza, której wieże gubią się w chmurach. Przysięgam, wjechałem tam z łatwością na rowerze bez przerzutki, a wysportowany nie jestem. O co chodzi z tymi holenderskimi górami?

Wbrew powszechnemu mniemaniu, depresja to tylko 1/4 powierzchni kraju. W Limburgii, Overijssel, Geldrii czy Drenthe są nawet pagórki, ale najwyższy „szczyt” Vaalserberg, tuż przy granicy z Niemcami i Belgią, piętrzy się zaledwie 322 m nad poziom morza. Prawie wszystkie większe wzniesienia cieszą się w folklorze złą sławą: są grobami strasznych olbrzymów, miejscami sabatów czarownic, łatwo też w ich sąsiedztwie spotkać diabła. W nieomal jednolicie płaskim krajobrazie wszelkie odejścia od normy musiały budzić uzasadniony niepokój i przykuwać uwagę. Jedno z najpopularniejszych holenderskich nazwisk to van den Bergh – ktoś spod góry. Taki przydomek zyskiwał sobie często chłop, którego zagroda stała nieopodal większej wydmy lub pół metra wyżej niż reszta domów we wsi – w Polsce nikt by tego nawet nie zauważył.

Holenderskie lęki i fascynacje górami miały także pewne podstawy teologiczne, których źródeł należy szukać u Ojców Kościoła. Niektórzy z nich sądzili bowiem, że ziemia początkowo była płaska, a zmieniła się dopiero po upadku pierwszych rodziców, Kainowym bratobójstwie lub potopie. Ojcowie protestantyzmu mieli na ten temat różne opinie. Luter traktował góry jako piętno grzechu, znak boskiej kary, dowód na obecność zła i zepsucia w świecie. Dla Kalwina, mieszkającego przecież przez lata w Szwajcarii, szczyty górskie były z kolei czymś naturalnym, dlatego uznawał je za część Bożego planu stworzenia, a nawet umieścił na mapie Raju zamieszczonej w Biblii genewskiej.

Do Holendrów najwyraźniej bardziej przemawiał jednak Luter. Zachowały się dziesiątki relacji przerażonych nieszczęśników zmuszonych do przeprawy przez alpejskie przełęcze. Tak krzyczeli i wierzgali, że w końcu trzeba ich było związywać i zasłaniać im oczy. Góry opisywali potem jako ropne wrzody, chorobliwe narośle na ciele ziemi, potworne diabelskie dominium zamieszkane przez dzikich pasterzy i wiedźmy.

W holenderskim malarstwie pejzażowym góra miała budzić grozę i podszyty lękiem podziw, przykuwać uwagę widza, którego oczy nawykły przecież do płaskich pól. XVII-wieczne krajobrazy na obrazach to zresztą najczęściej twory fantastyczne i fikcyjne. Ich twórcom nie chodziło bowiem o mimesis, ale o uzyskanie „efektu selektywnej naturalności” – termin Johna Walforda użyty w książce o van Ruisdaelu. Ok. 1655 r. ten właśnie Jacob van Ruisdael maluje słynny Cmentarz żydowski (Detroit Institute of Arts), obraz, który fascynował kiedyś europejskich romantyków. Na pofalowanym terenie stoją nagrobki, w dalekim tle widnieją wysokie pagórki, a nieco bliżej ruiny romańskiego opactwa. Cmentarz przecina wartki strumień. Prócz tego umierające drzewo, skłębione chmury na mrocznym, burzowym niebie i wątła tęcza. Cmentarz ten, Beth Haim, najstarsza nekropolia amsterdamskich sefardyjczyków, wciąż istnieje. Pojechałem tam, do Ouderkerk aan de Amstel, z moją starą, wytartą kipą w kieszeni. Sarkofagi ozdobione inskrypcjami hebrajskimi, portugalskimi i niderlandzkimi dalej stoją nad grobami Eliahu Montalta, Israela Abrahama Mendeza i Isaaka Uziela. Teren jest jednak zupełnie płaski, nie ma też potoku – i nigdy go nie było. Przedstawione przez van Ruisdaela ruiny benedyktyńskiego opactwa znajdowały się zaś 40 km dalej, w Egmond. Malarz po prostu zestawił ze sobą różne elementy przestrzeni, by zbudować dramatyczną i pełną symboli opowieść o przemijaniu, grzechu, śmierci i nadziei na wieczność.

Mój ukochany obraz van Ruisdaela to Wiatrak w Wijk koło Duurstede z ok. 1670 r. (Rijksmuseum). Przez lata służył mi w telefonie i laptopie jako tapeta. Może kiedyś zaszaleję i zamówię sobie jego konserwatorską kopię? Niskie, ciężkie, zachmurzone niebo złowrogo spada na wodę i ziemię. Tuż przy brzegu (to Kromme Rijn, jedna z odnóg rozlewającego się właśnie w deltę Renu) stoi gigantyczny wiatrak, którego skrzydła przecinają chmury. Z wiatracznym ogromem kontrastują trzy maleńkie postaci kobiet. W oddali sylwetka kościoła św. Marcina, ruiny zamku i Vrouwenpoort, Brama Niewieścia. Za chwilę na pewno rozpęta się burza, żagle statku na rzece zastygły w bezwietrznej ciszy, a ostatnie ostre promienie słońca zapowiadają nadciągający granatowy mrok. I znów prawie nic się nie zgadza. Wiatraki były przecież dwa, jeden przy drugim, a brama stała zupełnie gdzie indziej. Inaczej wyglądała również panorama ówczesnego Wijk. Czy to jednak aż takie ważne?

Przepis na holenderski pejzaż: weź wiatrak, ruinę zamku lub kościoła, dodaj dom albo browar, dorzuć malutkich ludzi, ostatecznie jakąś krowę. Zmieszaj to wszystko z wodą, ziemią, powietrzem, chmurami i niebem. Na koniec dopraw metaforą i metafizyką.

Kup numer