Dom przy Tweede Helmersstraat w Amsterdamie, lata 30. XX w. Fot. archiwum Piotra Oczki.
Piotr Oczko styczeń 2020

Szkoła i dom

W Holandii do dziś panuje przekonanie, że jeśli tylko zapewni się człowiekowi dobre warunki mieszkaniowe, swobodny dostęp do natury i kultury, piękną i przyjazną przestrzeń do życia oraz stworzy się dla niego wszelkie możliwe ułatwienia, to rozkwitnie on w pełni.

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

Nigdy nie czułem się w Polsce do końca u siebie. Była to typowa Hassliebe, schizofreniczne niemal zawieszenie pomiędzy czułością i irytacją, fascynacją i poczuciem wyższości, współczuciem i wstydem. Po 2015 r., w czasie narastającej podłości i cynizmu, dyktatury miernot, odradzającego się nacjonalizmu i faszyzmu, coś się we mnie w końcu załamało. Raz po raz czytałem Dzienniki Klemperera i zastanawiałem się, ile trójkątów kazaliby mi nosić w obozie. Był to też moment, w którym uświadomiłem sobie, że w zasadzie trzyma mnie tutaj tylko jedna rzecz – polszczyzna. W 1964 r. Hannah Arendt wyznała w słynnym wywiadzie z Günterem Gausem, że nie jest w stanie myśleć i żyć poza światem języka niemieckiego. Jako filolog wiedziałem o tym od dawna, aż za dobrze. Dowcipy, wyznania miłosne i jadowite złośliwości wychodziły mi jedynie po polsku. To nie wszystko: gdy się jest facetem w średnim wieku, starzejącym się i zakorzenionym, mającym już zbyt wiele do stracenia, za późno na emigrację (pluję sobie teraz w siwiejącą brodę, że nie zrobiłem tego 20 lat temu).

Na razie pozostała mi emigracja wewnętrzna: żeby nie musieć wzdrygać się dzień w dzień, przeniosłem się w głowie do Holandii. Fizycznie jestem tam parę tygodni w roku, a przez resztę miesięcy czekam, tęsknię, frustruję się, odliczam dni i zaciskam zęby. Mój dom jest już gdzie indziej. Coroczny przyjazd do Amsterdamu rozłożony jest na symboliczne etapy, a każdemu z nich towarzyszą inne emocje. Z lotniska Schiphol biorę pociąg na stację Lelylaan i męczę się z walizkami (zawsze mam tego za dużo). Potem tramwaj nr 1 i jego kolejne przystanki: Derkinderenstraat oraz Surinameplein, plac Surinamu. To wtedy wreszcie cichutko szepczę do siebie thuis – jestem w domu. Tramwaj gładko wjeżdża w ul. Overtoom, dawny kanał, i zatrzymuje się kolejno na Rhijnvis Feithstraat, J.P. Heijestraat oraz 1e Con. Huygensstraat, gdzie wysiadam już niemal odrodzony. Rytuałem przejścia, rite de passage, jest jednak plac Surinamu, objęty półpierścieniem niewysokich ceglanych budynków w stylu szkoły.

Szkoła amsterdamska. Na pytanie, czym jest, nie podejmuję się odpowiedzieć, tym bardziej że ilu ludzi, tyle opinii. Jedni mówią, że to późna geometryczna secesja, inni zaś upierają się, że art déco, względnie klasyczny architektoniczny ekspresjonizm, a nawet kubizm. Niektórzy uważają, że szkoła reprezentuje modernizm, inni z kolei stanowczo odżegnują się od takiego bezczelnego powinowactwa. W tle dyskusji pojawiają się też kierunki, takie jak De Stijl, germański Backsteinexpressionismus oraz szkoła chicagowska. Wszyscy jednak zgadzają się, że Amsterdamse School to holenderska manifestacja Nowego, forpoczta nowoczesności.

Podstawa to cegła, chyba najbardziej tradycyjny budulec w Niderlandach. Sama bryła jest prosta, za to fantazja architektów nieokiełznana. Dodają witraże, maleńkie okienka przypominające okrętowe bulaje, kute balustrady, ozdobną kamieniarkę, pinakle, wykusze i blanki, wieże i wieżyczki, wielokrotnie łamią dachy, a zwłaszcza bawią się oknami. Te nierzadko idą przez wszystkie kondygnacje, a ich białe szprosy tworzą wachlarze, tulipany, drabiny, trójkąty i trapezy. To za sprawą owych okien czerwone fasady kojarzą się z jakąś abstrakcyjną grafiką. Funkcji tu niewiele, prawie sama forma. Tyle że to forma utemperowana i po protestancku powściągliwa, niemal kwintesencja mentalności holenderskiej („używaj, ale z umiarem”). Zobaczymy to od razu, gdy zestawimy ze sobą amsterdamskie budynki z kamienicami naszego „krakowskiego Gaudiego” i ceglanego poety Teodora Talowskiego.

„Szkolne” budynki są dosłownie wszędzie, wciskają się nawet pomiędzy manierystyczne kamieniczki przy kanałach (ba, w tym stylu wzniesiono również liczne mosty). Bez szkoły amsterdamskiej, która nawet dziś wnosi spory powiew nowoczesności, miasto nad Amstelą miałoby zupełnie inny estetyczny sznyt, przypominałoby raczej skansen, a nie metropolię. Podobne budowle zaczęto zresztą szybko wznosić w całej Holandii. Uważajmy przy tym na lokalnych patriotów – musiałem kiedyś wysłuchać godzinnego wykładu oburzonego kolegi, który wyjaśniał mi, że szkoła amsterdamska to zupełnie coś innego niż szkoła z Den Bosch. Dalej nie widzę żadnej różnicy.

Kierunek ten narodził się ok. 1910 r. w Amsterdamie i trwał dwie dekady. Był reakcją na XIX-wieczne, ozdobne neostyle (neogotyki, neorenesansy, noeomanieryzmy), których przykładami są wielka katedra Dworca Centralnego oraz bazylika Rijksmuseum. Zaprojektował je Pierre Cuypers, katolik i świecki dominikanin, którego wyznaniowy status  doprowadził do narodowej debaty. Czy papista i heretyk powinien dostawać aż tak poważne zlecenia? – pytano. W pracowni Cuypersa zatrudnił się jego bratanek Eduard – potem jeden z czołowych przedstawicieli szkoły i kontestator estetycznych poglądów słynnego wuja. Kolejny dowód na to, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na fotografiach, o ile stanie się jak najdalej. Inni „szkolni” architekci to Michel de Klerk, Piet Kramer i Joan Melchior van der Mey, by przywołać nazwiska najważniejsze. Młodzi buntownicy mieli jeszcze jednego wroga: Hendrika Petrusa Berlagego (tego od budynku Giełdy przy Damraku), którego projektancki racjonalizm mierził ich straszliwie. Bez Berlagego nigdy nie rozwinęliby jednak skrzydeł. Przygotował on wielkie, pełne rozmachu plany urbanistyczne nowych amsterdamskich dzielnic, które „szkolarze” wypełniali potem, kwartał po kwartale, wedle własnych pomysłów. Od ok. 1930 r. styl szkoły zaczął wyzbywać się swojej dekoracyjnej tożsamości, stracił fantazję i pazur, gładko przeszedł w ascetyczny modernizm. Powodem był wielki kryzys: trzeba było już budować taniej.

Szkoły amsterdamskiej nie byłoby jednak bez ruchu robotniczego i idei socjalistycznych. W II poł. XIX w. Amsterdam stał się wielkim ośrodkiem przemysłowym; powstawały setki fabryk, przystani, doków, magazynów portowych, zakładano cukrownie, elektrownie i gazownie. Za industrializacją poszła emigracja dziesiątków tysięcy ludzi, którzy porzucili rodzime wioski i udali się do stolicy w poszukiwaniu lepszego życia.

W latach 1870–1890 populacja Amsterdamu z 250 tys. zwiększyła się do 0,5 mln. Samo miasto nie powiększyło się jednak wcale, wciąż zajmowało ono tę samą powierzchnię co w XVIII w. Pojawiły się slumsy.

W XVII-wiecznej dzielnicy Jordaan (nazwa wzięła się chyba od francuskiego jardin, ogród) mieszka dziś ok. 20 tys. osób (to zresztą adres wielce prestiżowy).

Pod koniec XIX w. żyło ich tam… 85 tys., stłoczonych w nieludzkich warunkach. Jedną niewielką izbę (jakieś 12 m²) lub dziurawą szopę zajmowała robotnicza rodzina składająca się z rodziców oraz dzieci (zwykle w liczbie od 5 do 10). Nie było bieżącej wody i kanalizacji. Posiłki przygotowywano na otwartym palenisku lub na kozie, spalając brykiety torfu (a ten śmierdzi niemożebnie; na dodatek jego dym pokrywa wszystko mazistym nalotem). W kącie trzymano wiadro na mocz i odchody. Opróżnienie go do miejskiego wozu asenizacyjnego kosztowało, więc robiono to, gdy tylko brązowa cuchnąca pulpa przelewała się przez brzegi. Większość lokatorów nielegalnie wylewała wiadra nocą do kanałów, co tylko pogarszało sytuację. Szalały gruźlica, malaria, czerwonka i cholera, a dzieci marły tak szybo, jak się rodziły. Jordaan nie był wyjątkiem, jeszcze gorzej działo się w ówczesnej dzielnicy żydowskiej.

W końcu ludzie zaczęli się organizować – w 1894 r. powstała holenderska Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza, która za cel wzięła sobie poprawę warunków życiowych. Inaczej niż w Polsce, członkowie partii skupili się nie na ideologicznym biciu piany i teoretyzowaniu, ale na sprawach praktycznych, samopomocy, zakładaniu spółdzielni, tanich sklepików i kooperatyw lokatorskich. Gdy w 1901 r. w Holandii wprowadzono wreszcie tzw. ustawę mieszkaniową, inicjatywy te dostały zielone światło, możliwość uzyskania niskooprocentowanych kredytów państwowych oraz znaczne ułatwienia prawne. Warunki były następujące: nowe mieszkania muszą mieć bieżącą wodę i kanalizację, rodzice i dzieci mają bezwzględnie otrzymać osobne pokoje, a minimalna powierzchnia mieszkania wyniesie 35 m². Projekty opiniowały i zatwierdzały gminne Komisje Piękna, w których zwykle zasiadały osoby nowoczesne i postępowe, jeśli chodzi o gusty.

W Holandii do dziś panuje przekonanie, że jeśli tylko zapewni się człowiekowi dobre warunki mieszkaniowe, swobodny dostęp do natury i kultury, piękną i przyjazną przestrzeń do życia oraz stworzy się dla niego wszelkie możliwe ułatwienia, to rozkwitnie on w pełni. Jedną z najwspanialszych robotniczych kooperatyw mieszkaniowych był (i jest) kwartał De Dageraad (Świt) w południowym Amsterdamie. Zbudowano go w 1917 r. według projektu Michela de Klerka i Pieta Kramera. Ceglany cud przypomina trochę okręt, choć niektórzy uważają, że to raczej pędzący pociąg, a nawet muzyczna partytura. Wykusze w kształcie grubiutkich cygar, malutkie, przytulne podwórka, ostrołukowe bramy, drzwi z mosiężnymi tabliczkami – istne Gesamtkunstwerk. Ulokowano tam 102 mieszkania, klub czytelniczy, świetlice, tanie sklepiki i pocztę.

Tę ostatnią nie bez powodu; tam bowiem mieszkańcy obowiązkowo odbierali tygodniową wypłatę. Wcześniej służyły do tego wyszynki należące do sprytnych właścicieli fabryk – w ten sposób duża część pieniędzy wracała do nich natychmiast w każdą sobotę. Nie było łatwo dostać przydział w Świcie, od lokatorów wymagano choćby zupełnej abstynencji. Mieszkania były za to bajecznie tanie. Do dziś 84 z nich należą do komunalnej puli, a czynsz za nie wynosi jakieś śmieszne 600 €. Dajcie mi taki lokal w Amsterdamie, to przysięgam nigdy więcej nie spojrzeć na piwo. W kwartale tym działa obecnie świetne muzeum Het Schip (Statek), a oprowadza po nim drużyna młodych kuratorów-pasjonatów. W jednym z mieszkań stworzyli choćby replikę holenderskiego wnętrza z ok. 1920 r.

Do niego jednak nie muszę zaglądać, znam je przecież aż za dobrze. Gdy jestem w Amsterdamie, sam mieszkam w takim właśnie budynku. Kwartał, przy którym stoi „mój” dom przy Tweede Helmersstraat (czyli drugiej ulicy Helmersa, patriotycznie nastrojonego XIX-wiecznego poety), powstał w 1925 r. Obecnie wygląda skromnie i oszczędnie, ale kiedyś jego fasady wieńczyły strzeliste sterczyny, co nadawało mu pozór zamczyska Lorda Vadera. Zburzono je po wojnie – może bano się, że wiatr zwali je kiedyś na ulicę. Mój amsterdamski adres jest de facto domem mojego dobrego przyjaciela Pietera Ringsa, historyka architektury i socjologa. Pietera poznałem lata temu przez internet, gdy na swoim profilu umieścił zdjęcia XIX-wiecznych niderlandzkich książek. Wysłałem mu fotografie swoich skarbów i zaczęliśmy korespondować. Pieter mieszka dziś z Jacobem przy Kanale Książęcym (to już burżujstwo pierwszej wody!), ale, na szczęście, nie zrezygnował ze swego komunalnego lokum w Helmersbuurt, Zakątku Helmersa.

Wysokie kamienne schody wznoszą się pod ostrym kątem 65⁰. Kiedy wracam do Polski, zejście nimi z ponad 70 kg książek i skorup to prawdziwy wyczyn. Na podeście troje drzwi pomalowanych na historyczny, typowo amsterdamski kolor grachtengroen, zieleni kanałów, tak ciemnej i błyszczącej, że nieomal czarnej. W drzwiach proste witrażyki w stylu art déco, mosiężne klamki i takież przyciski do dzwonków. Drzwi prowadzą do trzech wąskich klatek schodowych, w każdej mamy tylko trzy mieszkania, po jednym na kondygnacji – prywatność to wszak rzecz święta. Na ostatnim piętrze zaplanowano przestronne pomieszczenia-graciarnie dla lokatorów. Wewnętrzne schody również są niebotycznie strome i wąskie, nie da się wnieść po nich większego biurka, szafy czy pianina. Takie sprzęty zawsze wciąga się na linach przez okna – u szczytu niemal każdej fasady w mieście tkwi belka z wielkim hakiem. Klatkę wyścielono wykładziną z plecionej morskiej trawy, a choć ma ona prawie 100 lat, wciąż wygląda jak nowa. Na ścianach subtelne sztukaterie i geometryczne wzory, biel łączy się z bledziutką zielenią.

Holenderskie kolory to zresztą temat na odrębną opowieść; są nieoczywiste, rozmyte i zgaszone, pełne niedopowiedzeń. Ich nazwy, takie jak barwa kaczych jaj, gołębiowa szarość czy kościana żółć mówią same za siebie.

Kiedy wchodzę w Polsce do mieszkania i widzę ściany pomalowane na kolor plebejskiego jaskrawego łososia lub jadowitych radosnych kaczeńców, mam ochotę trzasnąć drzwiami.

Wreszcie, po całej tej wspinaczce, staję na drugim piętrze. Ciasny, kręty korytarz ciągnie się przez całe mieszkanie: z niego prowadzą drzwi do malusieńkiej kuchni z balkonem, gabinetu Pietera (kiedyś pokoju dziennego jakiejś robotniczej rodziny), obecnego living roomu (niegdyś reprezentacyjnego saloniku, w którym przyjmowano gości), ubikacji (spłuczka z 1925 r. cały czas działa!), mikroskopijnej sypialni oraz sporej łazienki, będącej kiedyś sypialną. Przed wojną nikt nie myślał o higienicznych zbytkach – opłukiwano się w misce, a na gruntowniejsze ablucje udawano raz na tydzień do miejskich łaźni. Mieszkanie do dziś zachwyca funkcjonalnością: przesuwanymi drzwiami ukrytymi w ścianach, pawlaczami, pojemnymi, wbudowanymi wnękami i kredensami. Wszystko dopracowane i wyprofilowane co do milimetra. Pieter do miłośników czystości zdecydowanie nie należy, ale przedwojenne, otoczone czarną bordiurą linoleum wciąż trzyma się świetnie, a kolejni lokatorzy zadbali o zachowanie oryginalnej kolorystyki domu.

Mimo iż powierzchnia mieszkania to ok. 70 m², cała przestrzeń jest tak drobno poszatkowana ścianami, że nigdy bym się na niej nie zmieścił ze swoimi 15 tys. książek, fajansami i meblami. Musiałbym dokupić magazyn, całe trzecie piętro. Czasem marzę o tym, gdy zasypiam i urządzam sobie pod powiekami lepszy świat. Ostatnio na podobny pomysł wpadł lekarz z sąsiedniej klatki, amerykański chirurg. Zapłacił 2 mln €, a ponad 0,5 mln kosztował go remont – tak przynajmniej donoszą zaprzyjaźnione plotkarki z Helmersbuurt. To prawdopodobnie najważniejszy powód, dla którego jeszcze nie emigruję.

Kup numer