fot. Bridgeman/Photopower
Piotr Oczko marzec 2019

Gliniana fajka

W I poł. XVII w. sięgnięcie po tytoń zalecali chorym niemal wszyscy holenderscy uczeni. Miał on rzekomo ratować przed zarazą, chronić od ospy, leczyć z kiły, ba, zaciągnięcie się fajką gwarantowało szybki i bezbolesny poród.

Artykuł z numeru

Jak pięknie różnią się nasze mózgi

Jak pięknie różnią się nasze mózgi

W 2000 r. wróciłem do Krakowa po półrocznym stypendium w Lejdzie. Gdy zamawiałem piwo w pewnej nieistniejącej już piwnicznej knajpie, moją uwagę przykuła znajoma skądś cudzoziemska angielszczyzna stojącego przy barze faceta, na tyle swojska, że musiałem spytać: Ben je misschien Nederlander? – Czy nie jesteś czasem Holendrem? Był. Tak poznałem Alberta i Roba. Albert Visscher – jasnowłosy, niebieskooki, wysoki, ogorzały słońcem i wiatrem chłopak z Hattem, średniowiecznego hanzeatyckiego miasteczka w prowincji Geldrii. Urodzony pod wiatrakiem w ortodoksyjnej kalwińskiej rodzinie i cytujący z pamięci niemal każdy werset Biblii. Rob ten Haaf – pochodzący z Limburgii potomek francuskich hugenotów, ironiczny, krzepki, czarnowłosy i czarnooki, katolik z wychowania i libertyn z wyboru. Jeśli tylko istnieje coś takiego jak przyjaźń od pierwszego wejrzenia, to był to właśnie ten przypadek. Mieszkałem potem w ich domu w Velp przez trzy miesiące, zagraciłem go tonami książek i kończyłem pisać doktorat. Żebym czasem nie zapomniał – do rodziny należał też wówczas stary, rozleniwiony kot Grimpier, posag Roba z jego kawalerskich czasów.

Kiedy pewnego dnia przekopywaliśmy ogródek, coś nagle trzasnęło pod łopatą. Była to mała gliniana fajeczka; po chwili natrafiliśmy na kolejną, a potem kilkanaście innych. Jeszcze nie tak dawno temu na polskich wsiach sądzono, że ziemia sama rodzi garnki – na gliniane skorupy raz po raz natykali się bowiem oracze. Były to oczywiście urny-popielnice, pozostałości po łużyckich cmentarzyskach. Holenderska gleba z kolei rodzi fajki – na ich ślady można natrafić wszędzie tam, gdzie kiedyś mieszkali ludzie.

Tytoń przybył do Europy z Nowego Świata wraz z ziemniakami, kukurydzą i pomidorami, ale to on pierwszy zawładnął umysłami kolonizatorów. Już w 1492 r. zwrócili na niego uwagę członkowie załogi Kolumba, a zaraz potem zaczęli go sprowadzać i uprawiać Hiszpanie, Portugalczycy i Anglicy. Co ciekawe, o ile pomidory i ziemniaki zaklasyfikowano wpierw jako rośliny trujące, nadające się najwyżej do dekorowania ogrodów, o tyle liście rośliny nazwanej później nicotiana tabacum uznano za wszechstronne remedium zdrowotne. Legenda głosi, że w 1600 r. sir Walter Raleigh chciał nauczyć palenia samą Elżbietę I. Do Francji tytoń trafił za sprawą dyplomaty na służbie króla Henryka II, uczonego Jeana Nicota, który przywiózł cudowne ziele z Portugalii i sławił je, gdzie się tylko dało (to od jego nazwiska nazwano roślinę, a wreszcie i trujący alkaloid).

W Niderlandach tabaczne liście pojawiły się już w XVI stuleciu, a upowszechniły prawdopodobnie za sprawą angielskich marynarzy zawijających do rotterdamskiego portu. W 1598 r. ich zastosowanie szczegółowo opisał wybitny holenderski dziejopis Emanuel van Meteren, używając przy tym zaskakującego zwrotu: „wypić czyjeś zdrowie fajką tytoniu” (malcanderen toedrincken een Pijpe Tabacco). Ewidentny znak, iż zamorska roślina stała się czymś więcej niż tylko lekarstwem. Nic  dziwnego, ówczesny tytoń był bowiem o wiele mocniejszy od dzisiejszego, wywoływał też znacznie silniejsze doznania. Po pierwszym zaciągnięciu się ustępowały głód i pragnienie, pojawiało się przyjemne zobojętnienie na życiowe troski, a nawet lekkie halucynacje. Holendrzy szybko odkryli, jak intensyfikować owe miłe wrażenia, dodając do suszonego ziela rozmaite belladonny, czyli piękne panie, jak zwano nasiona bielunia dziędzierzawy, lulka czarnego czy konopie (tak, tak…). Myśląc o dawnych epokach, zbyt często przykładamy do nich współczesne wyobrażenia i zapominamy o fakcie, że nasi przodkowie o wiele lepiej niż my znali odmienne stany świadomości. Picie wody czerpanej z miejskich studni i mętnych ujęć groziło niechybną chorobą i śmiercią, wodę zastępowano więc piwem i winem. Trunki te miały niegdyś znacznie mniej procentów, ale i tak, po wypiciu kilku litrów dziennie, chodziło się na lekkim rauszu.

Piero Camporesi, włoski historyk kultury, w swej fascynującej książce Il pane selvaggio zwracał uwagę, że quasi-narkotyczne doznania były kiedyś powszechne, a wywoływały je permanentne niedożywienie, spożywanie spleśniałych produktów lub celowe znieczulanie się nasionami maku i innymi opiatami. Do codzienności należały też ognie św. Antoniego, czyli zatrucia halucynogennym sporyszem, którym zanieczyszczone były ziarna zbóż (podobno nie tak trudno wyprodukować z niego LSD).

W I poł. XVII w. sięgnięcie po tytoń zalecali chorym niemal wszyscy holenderscy uczeni. Miał on rzekomo ratować przed zarazą, chronić od ospy, leczyć z kiły, ba, zaciągnięcie się fajką gwarantowało szybki i bezbolesny poród. W 1620 r. Otto Sperling, hamburczyk studiujący w Lejdzie, cierpiał na zapalenie opłucnej i bolesne zatwardzenia, na które nic nie pomagało. Po spróbowaniu fajki, którą podsunął mu życzliwy kolega, Sperling zwymiotował, dostał biegunki, w cudowny sposób ozdrowiał i… zaczął palić nałogowo. Bynajmniej nie był w tym nawyku osamotniony. W Republice fajka poczęła wyznaczać upływ godzin, prędko podzieliła też społeczeństwo na dwie ideologiczne frakcje. Ortodoksyjni kalwiniści doszli do wniosku, że tytoń to kolejna bezbożna przyjemność, tak samo niebezpieczna dla duszy jak gra w karty, alkohol, zmysłowe rozkosze, modne stroje czy oglądanie przedstawień teatralnych. Uczonym teologom i kaznodziejom tytoniowy zapach nieodmiennie kojarzył się z siarczanymi dymami spowijającymi pogorzeliska Sodomy i Gomory. Subtelniejszym moralistom palenie jawiło się jako symbol tracenia czasu na błahostki, metafora złudnych doczesnych miłości i krótkości ziemskiego życia. Przedstawiane na rycinach małpy z fajkami sugerowały dobitnie, że szkodliwy nałóg jest głupotą. Wyjątkowo często tytoń pojawiał się w poezji. Petrus Scriverius ostrzegał:

Tytoń – choroba istna, bo zdrowie rujnuje,

Kłamliwy lek, od śmierci wcale nie ratuje,

Szkody więcej przynosi; Panie Boże wielki,

Od zarazy, trucizny uchowaj nas wszelkiej.

Nie brakło jednak odmiennych opinii. Poeta Jan Janszoon Starter napisał choćby wiersz O początkach picia tytoniu, w którym przekonywał, że sam Zeus musiał wprowadzić na Olimpie ów szlachetny zwyczaj, i zachęcał czytelników:

Książętom tego świata, panom najmożniejszym, Fajkę z tytoniem możesz śmiało wręczyć.

Jak to zwykle bywa, moralistów nie posłuchano. Już w poł. XVII w. Holendrów opisywano jako największych tobaccophiles Europy. Palili wszyscy, bogaci i biedni, mężczyźni i kobiety, a nawet dzieci.

Wspomniany już Scriverius ubolewał:

Niewiasty także tę przyjemność znają, Gdy tylko jest okazja, po fajkę sięgają.

Musimy pamiętać, że holenderskie malarstwo rodzajowe, w którym palenie pojawia się nad wyraz często (np. u Willema Buytewecha, Davida Teniersa Młodszego, Adriaena Brouwera, Adriaena van Oostadego, Jana Steena czy Gerarda Dou), nie tylko „dokumentuje” nałóg, ale przede wszystkim przekazuje rozmaite treści symboliczne. Fajki na martwych naturach to element wanitatywny, odwołujący się do przemijalności życia, ulatującego niczym dym, i nietrwałych światowych rozkoszy. W scenach rodzajowych palą zwykle starcy – znak, że stoją już nad grobem. Z kolei zadumany młodzieniec z fajką często bywa alegorią melancholii. Gdy zaś pali kobieta – jak na reprodukowanej tu kopii niezachowanego dzieła Gabriëla Metsu ze zbiorów Manchester City Galleries (ok. 1650–1667) – jej dobre obyczaje zostają natychmiast podane w wątpliwość. W oberżach fajkom towarzyszą zwykle karty i pękate gąsiory – każdy grzech pociąga przecież za sobą kolejne.

Tytoń odmienił zupełnie kulturę życia codziennego w Holandii. Pojawiły się wyspecjalizowane akcesoria, takie jak futerały i stojaki na fajki, zdobione wyciory, przyrządy służące do krzesania ognia, żarownie, w których na podorędziu tliły się węgle, naczynia do przechowywania fidybusów, meble (tzw. krzesła dla palaczy) czy „firmowe” opakowania sprzedawanych liści – pierwsze z nich pokazał w swej „martwej naturze dla palących” Hubert van Ravesteyn w 1644 r. Wreszcie pojemniki do przechowywania tytoniu, zarówno w sklepach, jak i w domach. Manufaktury w Delft produkowały fajansowe słoje zdobione błękitnymi orientalnymi postaciami i napisami wyjaśniającymi, jaka akurat mieszanka znajduje się w środku. Mam dwa takie okazy, a z każdym z nich wiąże się pewna przygoda.

Pierwszy, kopię XVII-wiecznego naczynia, wypatrzyłem lata temu w trafice w Amsterdamie – stała na półce tuż pod sufitem, więc gderliwy sprzedawca musiał pójść po drabinę. Czekała tam na mnie od ponad 80 lat, bo cenę na metce podano jeszcze w guldenach przedwojennych (ostatecznie zapłaciłem we współczesnej walucie jakieś grosze). Drugi pojemnik, XIX-wieczny, zgrabnie wytoczony w orzechu, dostałem w prezencie, ale z sentymentu nie wyrzuciłem z niego resztek starego, wciąż wonnego tytoniu. Przetrzepano mi potem na lotnisku cały bagaż. W XVII w. Holendrzy zaczęli także wciągać sproszkowany tytoń nosem i żuć jego liście – na rynku pojawiły się więc tabakierki i spluwaczki. Ponieważ import nie zaspokajał potrzeb, tytoń poczęto uprawiać również w kraju. Szybko odkryto, że roślina najlepiej rośnie na gołębim łajnie, dlatego w Republice pojawiły się dziesiątki tysięcy fantazyjnych domków-gołębników, które, wraz z wiatrakami, stały się wyznacznikami holenderskiego pejzażu.

W XIX w. fajki ustąpiły cygarom, a potem papierosom. Jeszcze w latach 80. XX w. paliła w Holandii większość społeczeństwa – obecnie „tylko” około jednej czwartej. Niedawne prozdrowotne zakazy położyły też kres narodowym wręcz instytucjom, jakimi były tradycyjne „brązowe kawiarnie” (bruine cafés), przytulne, ciemne fumatoria wyłożone drewnianą boazerią, ze stołami wyścielonymi wzorzystymi dywanami. Choć dawny nikotynowy nalot wciąż jeszcze pokrywa ich ściany, brak kłębów dymu zupełnie pozbawił je tożsamości.

Samo holenderskie fajczarstwo to temat na zdecydowanie odrębną opowieść. Myśląc o napisaniu tego eseju, wybrałem się w zeszłym roku do amsterdamskiego Muzeum Fajek (Prinsengracht 488). Byłem pierwszym zwiedzającym od ponad dwóch tygodni – uszczęśliwiony kustosz złapał mnie za rękę i przez kilka godzin opowiadał o zbiorach. Mają tam chyba wszystko: proste gliniane fajeczki, przedmioty wykonane z morskiej pianki, porcelanowe cuda i rzeźbione w drewnie główki. Najbardziej zafascynowały mnie chyba fajki dla łyżwiarzy o wygiętych koliście cybuchach, przypominające trąbki sygnałowe. Przypinano je do czapek, by łatwo było po nie sięgnąć. W oczy rzucały się też typowo holenderskie gliniane białe fajki o wyjątkowo długich cybuchach. Ich nazwa – Gouwenaar – mówiła, że wyprodukowano je w Goudzie. Po 20 latach musiałem więc znów tam pojechać.

Gouda (mów, proszę: „hauda”, a nie „gołda”!) to nieduże miasto z trójkątnym rynkiem, nad którym góruje wyniosły gotycki ratusz. Parę kroków dalej stoi jeden z holenderskich cudów, kościół św. Jana z kilkudziesięcioma witrażami, które przetrwały ikonoklastyczne furie. Gouda kojarzy się dziś głównie z produkcją serów, ale powiedzmy sobie szczerze: sprzedawane w Polsce imitacje goud, edamów czy mazdamerów mają się tak do oryginałów jak zasiarczony „jabol” do Châteauneuf-du-Pape. W przeszłości miasto słynęło jednak z produkcji świec oraz tanich glinianych fajek, oferowanych indywidualnym nabywcom na wiązki i kosze, liczące nawet 160 sztuk. Gliniane przedmioty były kruche i łatwo się tłukły. Palacz rzucał więc uszkodzoną fajkę na ziemię, wyciągał z zanadrza kolejną, nabijał ją świeżym tytoniem z kapciucha i sięgał po fidybus. Wdeptywane kiedyś w ziemię fajczane skorupy odnajdujemy raz po raz (np. w ogrodzie Alberta i Roba).

W 1922 r. Ilja Erenburg napisał zbiór opowiadań Trzynaście fajek. Siódme z nich rozgrywa się w Holandii – 18-letni cudzoziemiec wynajmuje pokój u bogobojnego gospodarza pod Alkmaarem, właściciela 70 dojnych krów i ojca 12 pracowitych córek. W jednej z dziewczyn marzycielski bohater zakochuje się bez pamięci, ale jedyny gest, na który się ośmiela, to niewinne, ukradkowe ucałowanie jej białej, pachnącej zsiadłym mlekiem dłoni. Schludny i pobożny, rozbrzmiewający psalmami dom okazuje się jednak ewangelicznym grobem, pobielonym z zewnątrz, a w środku pełnym zgnilizny i obłudy. Jego straszną tajemnicę nieoczekiwanie ujawni gliniana fajka znaleziona w nocy pod oknem ukochanej. Na pozór śnieżnobiała i czysta, gdy jednak do niej zajrzeć – skalana smolistym, grzesznym nalotem, okopcona i cuchnąca. Zrozpaczony chłopak wyjeżdża, zabierając na pamiątkę stłuczoną holenderską fajkę, symbol utraconych złudzeń i nabytych właśnie gorzkich doświadczeń. Tylko czy ktoś dziś jeszcze czyta Erenburga?

Kup numer