J. Marrel, Maria Sibylla Merian, 1679 r., fragment
Piotr Oczko lipiec-sierpień 2022

Przemiany gąsienicy

Kiedy Maria Sibylla miała 13 lat, zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jej losy – dostała w prezencie kilka białych gąsieniczek jedwabników. Gąsienicom i motylom poświęci życie – będzie je hodować, malować akwarelami, obserwować pod lupą, wreszcie publikować prace naukowe na ich temat. Zostanie pierwszą entomolożką.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

Czytaj także

Piotr Oczko

Ona, czyli #MeToo

Piotr Oczko

Brukselka

Moje spotkanie z  Marią Sibyllą Merian zaczęło się od jej ojca, wybitnego niemieckiego rytownika, osiadłego we Frankfurcie nad Menem bazylejczyka, Matthäusa Meriana starszego. Czego on to nie zrobił? Wraz z geografem Martinem Zeillerem przyczynił się do powstania liczącego 21 tomów monumentalnego dzieła Topographia Germaniae zawierającego ponad 2 tys. planów i wedut; stworzył Theatrum Europaeum – kronikę dziejów Europy; sztychował ryciny do niezliczonych książek. W latach 1625–1627 opublikował Icones Biblicae…, swoistą Biblię w obrazach, w której 233 rycinom przedstawiającym sceny ze Starego i Nowego Testamentu towarzyszyły krótkie wierszowane opisy po łacinie, niemiecku i francusku. Sztychy Meriana były później wielokrotnie opracowywane przez rytowników holenderskich, na których pracach następnie wzorowali się malarze płytek ściennych.

Tak więc naprawdę wszystko rozpoczęło się od holenderskich fliz biblijnych. Kiedy zacząłem się nimi interesować, pisać o nich, zbierać je i poznawać podobnych mi maniaków z Kraju Nizin, okazało się, że u wszystkich tych, którzy liczyli się w kolekcjonerskim świecie, wisiała na ścianie oprawiona płyta miedziorytnicza Meriana.

Wypełniona nimi XVII-wieczna skrzynia nieoczekiwanie pojawiła się w 1971 r. w antykwariacie w Düsseldorfie. Wpierw złożono ofertę kupna Rijksmuseum, ponieważ jednak nie było zainteresowane, większość miedzianych dzieł sztuki stopniowo nabyli zbieracze holenderskich płytek. Musiałem coś takiego oczywiście jakimś cudem zdobyć. Kilka sztuk miał Klaus, profesor z Heidelbergu, do którego napisałem w grudniu 2014 r.

Klaus-ateista zrugał mnie wpierw strasznie, ponieważ w pierwszym e-mailu złożyłem mu nieopatrznie życzenia „wesołych świąt”. Nie robię tego nigdy, ale założyłem, że tak będzie lepiej w Badenii-Wirtembergii, gdzie ludzie bywają „brutal katholisch”. Dla usprawiedliwienia hipokryzji i konformizmu powiem tylko, że bardzo mi na tej płycie zależało. A potem Klaus kazał mi kupić bilet i przylecieć do niego na negocjacje. W przeddzień wylotu Mama (rocznik 1944), z typową dla swojego pokolenia traumą, ironicznie rzuciła: „Zapytaj się go, co podczas wojny robili jego rodzice”. Wyjaśniło się to zresztą natychmiast. Ojciec był komunistą i siedział w obozie koncentracyjnym, a matka, artystka, podretuszowała rodzinne akty urodzenia tak zręcznie, że Abraham stał się Arnoldem. Klaus okazał się autoironicznym, zdystansowanym libertynem i pozbawionym złudzeń, do bólu szczerym cynikiem-prowokatorem. Pewnie dlatego polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. Łaziliśmy po Heidelbergu, pili piwo i obżerali się marcepanem, palili medyczną marihuanę, ale przede wszystkim oglądali jego skarby. Mój nowy kolega był namiętnym kolekcjonerem, przy tym notorycznym zdrajcą. Zaczął od renesansowych zbroi i broni, potem wdał się w romanse z lekarskimi starodrukami, holenderskimi flizami biblijnymi i włoską majoliką. Porzucił je ostatecznie dla XVI-wiecznych witraży, a na koniec dla tzw. mis norymberskich. W każdej z tych dziedzin stawał się znawcą, organizował wystawy i publikował profesjonalne katalogi. Jego dom był objawieniem – robiłem sobie selfies w hełmie księcia elektora i spałem w rzeźbionym, zabudowanym XVII-wiecznym westfalskim łożu (człowiek czuje się w czymś takim bezgranicznie bezpieczny, jak podczas dziecięcych zabaw w namiot pod stołem w jadalni).

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Klaus chyba chciał, żeby przedmioty, które kochał, trafiły w dobre ręce. Umierał na raka (stąd ta trawa oraz niezdrowa dieta – nie musiał już myśleć o kaloriach). Wyprzedawał zbiory – planował zostawić swojej byłej dziewczynie pieniądze, a nie kłopoty. Wróciłem z Heidelbergu z walizką rzeczy, na które było mnie wówczas, zresztą po kumpelskim upuście i ogromnych wyrzeczeniach, stać: trzydziestoma flizami, dwiema ilustrowanymi Bibliami z XVII w., no i oczywiście z tą płytą Meriana. Wróciłem też ze świadomością, że właśnie poznałem kogoś bliskiego, przyjaciela, którego niestety za chwilę stracę.

Poczwarki i kwiaty

Kariera artystyczna była jej pisana. Po śmierci pierwszej żony, Marii Magdaleny de Bry, córki znanego rytownika Johanna Theodora, Merian ożenił się ponownie z emigrantką z Walonii, Johanną Sibyllą Heim. Z tego związku przyszła na świat 2 kwietnia 1647 r. Maria Sibylla. Urodziła się tuż pod sam koniec apokaliptycznego okresu wojny trzydziestoletniej, ale także w czasie gdy zaczęła się kształtować nowożytna nauka, a  ludzie zdali sobie sprawę z istnienia dwóch nieskończoności wyznaczonych właśnie przez teleskop i mikroskop. Boris Friedewald, autor popularnej biografii Merian, sądzi, że musiała ją uformować atmosfera rodzinnego domu, wypełnionego ilustrowanymi książkami i  dziełami sztuki, jednak to chyba pochopny wniosek  – mieszkała w nim zbyt krótko. Choć może coś było na rzeczy. Kiedy dziewczynka miała trzy lata, ojciec zmarł nagle podczas wodoleczniczej kuracji w Bad Schwalbach, a na łożu śmierci miał rzekomo powiedzieć: „Nawet kiedy mnie tu już nie będzie, ludzie wciąż będą mówili, że to ona jest córką Meriana”. Matka szybko wyszła ponownie za mąż, za malarza i  marszanda Jacoba Marrella. Marrel działał także na rynku holenderskim i specjalizował się w martwych naturach oraz przedstawieniach kwiatów, zwłaszcza tulipanów, wykorzystywanych w katalogach przez tzw. bloemisten, tamtejszych hodowców roślin ozdobnych. Nie była to jednak twórczość stricte komercyjna: do tulipanów artysta dodawał elementy symboliczne, odwołujące się do idei vanitas. Były to motyle – znaki duszy ulatującej do raju, lub muszle, znaczące to samo co czaszki, puste skorupy pozbawione życia.

Czytaj także

Brukselka

Mała Maria Sibylla niechętnie poddawała się nauce „cnót niewieścich”, ku rozpaczy matki nie garnęła się do szycia, gotowania, sprzątania i robótek ręcznych. Gdy odkryto, że na strychu zorganizowała sobie tajną pracownię, w której kopiowała kwiaty z florilegiów, a nawet malowała je z natury, ojczym poznał się na jej talencie i  zaczął ją kształcić na artystkę, uczyć malarstwa, rysunku i rytownictwa. Prace pasierbicy sprzedawał w swym sklepie w Utrechcie, co sprawiło, że szybko stała się znana także w Holandii. Kiedy dziewczynka miała 13 lat, zdarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jej życie – dostała w prezencie kilka białych gąsieniczek jedwabników. Z  braku morwowych liści poczęła karmić je sałatą, ze zdumieniem obserwowała, jak jedzą i  rosną, linieją, wreszcie wysnuwają z  siebie nici i tkają kokony, z których w ychodzą skrzydlate motyle, mniejsze (samce) i większe (samiczki) mające złożyć jajka. A potem cała ta cudowna przemiana rozpoczęła się na nowo. Gąsienicom i motylom poświęci życie  – ludzie zaczną jej znosić pudła z owadami, a ona będzie je hodować, malować akwarelami i rysować, obserwować pod lupą, opisywać ich pożywienie i transformacje, prowadzić dzienniki i notatki, wreszcie publikować prace naukowe na ich temat. Zostanie pierwszą entomolożką. Niektóre stworzenia umrą w kokonach, z których wylęgną się larwy much, co doprowadzi ją do rozważań o  znikomości życia i śmierci.

Merian stopniowo dojdzie do wniosku, że gąsienice wykluwają się z jaj składanych przez motyle – do tej pory za Arystotelesem powtarzano, że powstają one samoczynnie z błota, kału, zgnilizny i padliny.

Dodam jeszcze, że w owym czasie gąsienice, czyli larwy motyli, kojarzyły się nieodmiennie z grzechem i  szatanem. Maria Sibylla dostrzegła jednak w ich coś innego – piękno. W swoich notatkach będzie nazywać motyle letnimi i słonecznymi ptakami, zaś nocne ćmy porównywać do sów. Interesować będą ją również mrówki, pająki, ślimaki, żaby, chrząszcze i owady zastygłe w bursztynie. Jest jeszcze coś więcej: badaczka zobaczy w  owadzich przemianachprzejaw działania Stwórcy. W 1679 r., w przedmowie do pierwszego tomu Der Raupen wunderbare Verwandlung und sonderbare Blumennahrung (Cudowne przemiany gąsienic i ich szczególne kwietne pożywienie), artystka wyzna: „Nie pożądam własnej sławy, ale chcę chwalić Boga, Stworzyciela nawet najmniejszych i najmarniejszych robaków, gdyż powstają one z Jego woli, nie zaś same z siebie”. W kolejnym wydaniu doda zaś: „Doskonale wiem, że nawet najmniejsze stworzenia zostały stworzone przez Boga, a mimo że wielu ludzi postrzega je jako bezużyteczne, ja widzę w nich dowód Bożej chwały i mądrości”. Dotrze do niej też w pełni znaczenie symbolu stosowanego w sztuce już od dawna: pozornie martwy, nieruchomy kokon, z którego wychodzi zachwycający motyl, to droga chrześcijańskiej duszy ulatującej z ziemskiego ciała do zbawienia.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer