fot. Rijksmuseum
Piotr Oczko grudzień 2018

Smutne dzieje Czarnego Piotrusia

Św. Mikołaj nie działa w pojedynkę – towarzyszy mu orszak czarnoskórych (nierzadko wysmarowanych sadzą lub pastą do butów) pomocników odzianych w kolorowe szaty. Pomocnik taki ma na imię Czarny Piotruś, ale w dzisiejszej wielokulturowej Holandii pojawiają się też Piotrusie zielone (ekologiczne) i tęczowe (ukłon w stronę społeczności LGBTQ+).

Artykuł z numeru

Przestrzeń przyjaźni

Przestrzeń przyjaźni

To był bodajże rok 2004. W zimny i ciemny grudniowy wieczór, gdy się już dość wymarzłem w Amsterdamie, postanowiłem wsiąść do pociągu i powłóczyć się po Haarlemie. Tam przez przypadek trafiłem do maleńkiego zakątka Czerwonych Latarni. Widok był zupełnie nierealny – roznegliżowane dziewczęta wybiegły ze swoich podświetlonych witryn i w śnieżnej zadymce odbierały prezenty od św. Mikołaja, któremu ochoczo pomagał Czarny Piotruś, Zwarte Piet.

Pod koniec XVI w. przez Niderlandy przetoczyły się fale ikonoklastycznych furii, palono obrazy, rąbano figury świętych, witraże pryskały pod uderzeniami młotów i kamieni. W wielu regionach Republiki Zjednoczonych Prowincji katolicyzm został potem oficjalnie zakazany, ale stare przyzwyczajenia często okazywały się silniejsze niż nowa wiara. Jeszcze przez cały wiek XVII rodziny holenderskich protestantów pielgrzymowały do ruin kaplicy Matki Boskiej w Potrzebie w Heiloo pod Alkmaarem, gdzie tryskało słynące z uzdrawiającej wody źródełko. Podobnie było zresztą w innych krajach. W Niemczech pokazywano nawet stodołę, gdzie miał miejsce „protestancki cud”: wrzucone w niej do ognia pisma Lutra nie spłonęły! Jedna z dawnych katolickich tradycji okazała się w Holandii wyjątkowo silna i nie dały jej rady ani dekrety władz miejskich, ani gromy rzucane przez kalwińskich kaznodziejów. Był to dzień św. Mikołaja, po niderlandzku zwanego Sinterklaas lub po prostu Sint, świętym – wiadomo  wszak, że liczy się tylko jeden.

Święto to obchodzone jest dziś huczniej niż Boże Narodzenie, a towarzyszy mu szereg zwyczajów, których znaczeń i początków nie zawsze jesteśmy pewni. W pierwszą sobotę po dniu św. Marcina obecny Sint przybywa do Holandii na parowcu, który rzekomo przypłynął aż z Hiszpanii. Może to znak dawnych kontaktów handlowych? Na statkach z Hiszpanii przywożono przecież do Niderlandów towary luksusowe, owoce i korzenne przyprawy – nieodzowny składnik grudniowych smakołyków. A może skojarzono fakt, że grób św. Mikołaja znajdował się we włoskim Bari, w Królestwie Neapolu, którym od XV w. władała dynastia aragońska, w tym Izabela, matka „naszej” Bony?

Gdy święty jest już w Holandii, jego orszak zaczyna pojawiać się nieomal wszędzie, nawiedza miasta i wsie, spotyka się z rodziną królewską, premierem, zagląda do szkół, szpitali, sklepów i dzielnic zakazanych uciech. Mikołaj jest przy tym biskupem „prawdziwym”, dzierżącym pastorał, w szatach liturgicznych, ze stułą, z mitrą na głowie, wypisz, wymaluj taki, jakiego pamiętam z dzieciństwa, zanim jeszcze nastała epoka krasnoludkowych Santa Clausów w kusych czerwonych kubraczkach, opiętych porteczkach i czapkach z puszystymi pomponami. Co ciekawe, owe amerykańskie postaci wywodzą się pośrednio z tradycji… holenderskiej, którą zaszczepili w Nowym Świecie pierwsi koloniści z Kraju Nizin, jeszcze w czasach gdy Nowy Jork zwał się Nowym Amsterdamem. Nazwa Santa Klaus to zresztą nic innego jak zangielszczona wersja niderlandzkiego Sinterklaasa, choć sam bohater przeszedł w Ameryce sporą ewolucję.

Od połowy listopada holenderskie dzieci (i nie tylko) zaczynają co wieczór ustawiać buty, w których rankiem znajdą mały upominek – najczęściej łakocie. W wielu domach wciąż są kominki, i to przy nich właśnie najlepiej postawić buciki. Święty jedzie bowiem po dachach domów na koniu o imieniu Amerigo, wyciąga prezenty z sakwy i wrzuca je do kominów. Antropolodzy kultury widzą w tym trwałość dawnych germańskich wierzeń, ślad mitologicznego boga wojny Wodana, który przemieszczał się po niebie na ośmionogim rumaku. W tym czasie Holendrzy zajadają się wielkimi czekoladowymi literami, korzennymi ciasteczkami obficie przyprawionymi anyżem, imbirem, goździkami i cynamonem, chrupią marcepanowe przysmaki w kształcie zwierzątek oraz waniliowe cukierki – serduszka. Wciąż słyszy się dawną pieśń, zapisaną już w XVII w., którą przełożyć można w taki sposób:

Biskupie, święty Mikołaju,

Dobry człeku boży,

Gdy mi włożysz coś do buta,

Bóg cię wynagrodzi.

Gdy mi sakwę z dzwonkiem

wręczysz,

To nie będę cię już męczył.

Mikołaja świętego miłuję,

Tak jak sam Bóg panuje.

 

Najważniejsza chwila ma jednak dopiero nadejść, a jest nią wieczór 5 grudnia. Wtedy to Sinterklaas przynosi grzecznym dzieciom prezent duży i od dawna oczekiwany, a nie jak do tej pory drobiażdżek, będący jedynie zapowiedzią prawdziwego szczęścia. Dzieci krnąbrne i niegrzeczne teoretycznie powinny wówczas otrzymać rózgę (i zostać nią obite), ale powiedzmy sobie szczerze: to już się nie zdarza. Taką właśnie dramatyczną scenę przedstawił na obrazie Dzień Świętego Mikołaja Jan Steen (ok. 1665, zbiory amsterdamskiego Rijksmuseum). Zgromadzona przy kominku rodzina ogląda prezenty – radość małej dziewczynki z lalką i stosem innych upominków wydaje się nie mieć końca; cieszy się też chłopiec, który otrzymał upragniony kij do gry w kolfa. Ich starszy brat (ewidentnie wchodzący właśnie w trudny wiek dojrzewania) szlocha jednak rozpaczliwie – dostał bowiem rózgę, na którą wymownie wskazuje służąca. Dzisiejszym prezentom towarzyszą specjalne mikołajowe wierszyki, sinterklaasgedichten, charakteryzujące zarówno obdarowanego, jak i sam podarunek. Wierszyk taki, napisany dla mojego prowadzącego Pana Redaktora w „Znaku”, mógłby brzmieć następująco:

 

Piotrusia i Świętego prawie boli głowa,

Cóż Michałowi mogą ofiarować?

W doktoracie swym bada śmierć Boga samego,

Ma tutaj oto komplet pism Nietzschego.

 

Sinterklaas nie działa jednak w pojedynkę – towarzyszy mu orszak czarnoskórych (nierzadko wysmarowanych sadzą lub pastą do butów) pomocników odzianych w kolorowe szaty renesansowych paziów i białe koronkowe kryzy, z wpiętymi w uszy złotymi kolczykami. Pomocnik taki ma na imię Czarny Piotruś, ale w dzisiejszej wielokulturowej Holandii pojawiają się też Piotrusie zielone (ekologiczne), tęczowe (ukłon w stronę społeczności LGBTQ+), a przede wszystkim Piotrusie płci żeńskiej (równouprawnienie kobiet). Co roku też rozpoczyna się ogólnonarodowa i pełna emocji dyskusja dotycząca wielce niejasnego „Piotrusiowego rodowodu”. W źródłach pisanych odnotowano go dopiero w połowie XIX w., ale zwyczaj musiał się narodzić dużo wcześniej. Czy jest czarny, bo musi nocami przeciskać się przez kominy, aby dostarczyć dzieciom prezenty? Może to poskromiony przez świętego diabeł? A może czarnoskóry niewolnik z Etiopii, którego, jeśli tylko wierzyć hagiografii, Mikołaj kupił w Mirze na targu i wyzwolił? Niekoniecznie.

W lipcu tego roku pojechałem poszperać w archiwach miejskich Alkmaaru, a przy okazji wybrałem się do tamtejszego Stedelijk Museum, z którego ostatecznie zapamiętałem tylko jeden bardzo duży obraz. Anonimowy twórca, niespecjalnie zresztą utalentowany, namalował scenę o charakterze wybitnie propagandowym. Jest koniec stycznia 1648 r. Na azjatyckim brzegu majaczy niewielka faktoria handlowa Batawia, czyli dzisiejsza Dżakarta. Na wzburzonych falach formuje się właśnie w szyk 12 gigantycznych holenderskich galeonów, które wyruszają w ośmiomiesięczny rejs powrotny do Holandii. Nie ukrywam, że przeszły mnie wówczas dreszcze, bo dopiero wtedy w pełni uświadomiłem sobie potęgę Republiki. To przecież moi ludzie, mój kraj – taki wspaniały!

Republika Zjednoczonych Prowincji nie tylko zdominowała baseny Morza Północnego i Bałtyku, ale także zdobyła wiodącą pozycję w reszcie świata, nieomal zupełnie przejmując wymianę handlową z Azją i obiema Amerykami. Powstała w 1602 r. Verenigde Oost-Indische Compagnie  – VOC, Kompania Wschodnioindyjska, wielkie akcyjne towarzystwo handlowe, miała monopol na ziemiach położonych na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei i na zachód od Cieśniny Magellana. Mniej spektakularne były działania Kompanii Zachodnioindyjskiej, West-Indische Compagnie, skierowane na Afrykę i obie Ameryki – tam konkurencja Hiszpanów, Portugalczyków i Anglików okazała się zbyt silna. Kompania Zachodnioindyjska doprowadziła jednak do powstania wciąż istniejących holenderskich kolonii na Antylach, a także Gujany Holenderskiej w Ameryce Południowej (dzisiejszy niepodległy Surinam).

Oba przedsiębiorstwa akcyjne czerpały zyski nie tylko z handlu, ale i z okrutnego wyzysku miejscowej ludności, który trwał przez stulecia. Dopiero w 1860 r. znalazł się człowiek, który odważył się owe nieprawości nagłośnić. Był to Eduard Douwes Dekker ukrywający się pod pseudonimem Multatuli (łac. wielem wycierpiał). Jego powieść Maks Havelaar, czyli Aukcje kawy Holenderskiego Towarzystwa Handlowego – kongenialny polski przekład pióra Jerzego Kocha ukazał się w serii Biblioteki Narodowej – stała się przełomowym głosem w sprawie holenderskiej polityki kolonialnej opartej na ucisku i korupcji.

Holendrzy mieli także spory udział w handlu niewolnikami. Kompania Zachodnioindyjska założyła u wybrzeży dzisiejszej Ghany, Beninu, Toga i Nigerii 16 wielkich „punktów skupu” ludzi, określanych zbiorczo jako Slavenkust, Wybrzeże Niewolnicze. Nabywanych od miejscowych władców Afrykańczyków przewożono potem na amerykańskie plantacje. W ciągu stu lat (1660‒1760) przez Atlantyk przetransportowano ok. 600 tys. osób, a ponad 75 tys. z nich nie przeżyło podróży. Otwieraniu ładowni statków w amerykańskich portach zawsze towarzyszył słodkawy odór kału i rozkładających się zwłok. Jeszcze niedawno liczby te starano się w Holandii pomniejszać, podkreślając, że rodzimy wkład w atlantycki handel niewolnikami wyniósł „jedynie” jakieś 7%. Do tej pory nie zbadano jednak dokładnie historii holenderskiego niewolnictwa w azjatyckich faktoriach i koloniach Republiki, zwłaszcza w tzw. Indiach Wschodnich (dzisiejszej Indonezji), gdzie oprócz miejscowych pracowali także ludzie uprowadzeni z Afryki lub Indii. Choć w samej Republice niewolnictwo było teoretycznie zakazane, w koloniach praktykowano je aż do 1873 r.

Od XVII w. w holenderskiej sztuce zaistniał bardzo wyraźny nurt, który nazwać można by „kolonialnym”. Zwierzęta i rośliny z Nowego Świata rejestrowali na rysunkach Albert Eckhout i Frans Post – cenny zbiór takich prac, należący do zespołu Berlinki, znajduje się obecnie w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej. W Rijksmuseum możemy zobaczyć dioramy Gerrita Schoutena przedstawiające surinamskie Paramabiro – schludne miasteczko „jak z Holandii”. Tysiące innych obrazów ukazują widoki z dawnych Indii Wschodnich. Nawet je lubię: architektura skopiowana wprost z Enkhuizen lub Monnickendam, a wokół palmy i dżonki. Efekt jest doprawdy surrealistyczny.

Niepokój pojawia się, gdy na takich obrazach dostrzegam ludzi. Aelbert Cuyp ok. 1650 r. maluje ważnego przedstawiciela Kompanii Wschodnioindyjskiej wraz z małżonką. Ich czarnych atłasów i wyprasowanych białych koronek broni przed słońcem parasol trzymany przez niewolnika o azjatyckich rysach. W tle port w Batawii: znów te statki z dumnymi trójkolorowymi banderami, znów rejs do domu. Zaczynam się wstydzić, że tak łatwo uwiódł mnie anonimowy propagandzista z Alkmaaru. W Rijksmuseum wisi dzieło Michiela van Musschera z 1687 r. przedstawiające Thomasa Heesa, holenderskiego dyplomatę w Tunisie, Trypolisie i Algierze, odpowiedzialnego za wykup pojmanych w niewolę protestanckich obywateli Republiki. Heesowi towarzyszą dwaj siostrzeńcy oraz (co za ironia…) czarnoskóry służący, którego na odwrocie obrazu opisano słowami: Thomas de neger, 17 jaar – Tomasz, Murzyn, lat 17. Tomasz jest niewolnikiem – na jego status ewidentnie wskazuje metalowa opaska-obroża na szyi. Na anonimowym obrazie z połowy XVIII w. odziany wedle najnowszych mód holenderski kupiec pokazuje palcem na beczki z towarem: tak, to moje! Do niego należy też wychudzony, nagi czarnoskóry chłopiec z białym parasolem. Jego imienia nigdy jednak nie poznamy, podobnie jak nie dowiemy się, kim była upokorzona i przerażona Murzynka Anny Bilińskiej-Bohdanowiczowej. W zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie mamy jedną z wersji portretu Johana Mauritsa van Nassau-Siegen pędzla Pietera Nasona (1666). Johan Maurits, gubernator kolonii w Brazylii, rządził sprawnie, zakładał miasta, wspierał artystów i uczonych, szerzył tolerancję religijną. Nason namalował go wraz z czarnym dzieckiem (ponownie psia srebrzysta obroża) posłusznie trzymającym wyrysowany precyzyjnie plan. Gubernator troszczył się bowiem wielce o regularne dostawy „czarnego afrykańskiego złota”. W magazynach Amsterdam Museum znajduję też rzeźbę zdobiącą niegdyś szczyt jakiegoś stołecznego domu. To czarnoskóry dziesięciolatek z pustym, nieomal martwym spojrzeniem. Jego pobratymców spotykamy raz po raz w holenderskich miastach. „Maury” na fasadach grzecznie pokazują języki, na których położono pigułki. Znak, że w tym domu kiedyś była apteka.

Na koniec obraz prawie zupełnie nieznany – Dama czytająca list znajduje się zbiorach prywatnych. Namalował go w 1680 r. Eglon van der Neer (ok. 1634–1703), amsterdamski artysta specjalizujący się w wyrafinowanych scenach rodzajowych w duchu Pietera de Hoocha, Gabriëla Metsu i Gerarda ter Borcha. Młoda holenderska patrycjuszka zaraz otworzy list. Na stole nakrytym wschodnim kobiercem służąca stawia srebrną tacę z dzbanem. Naprzeciw elegantki w srebrzystej sukni wisi lustro w wyzłoconej rzeźbionej ramie, ozdobionej najmodniejszym wówczas ornamentem typu kwab (po polsku zwie się go małżowinowo-chrząstkowym – z chęcią spotkałbym się na stronie z osobą, która wymyśliła coś tak obrzydliwego). W tle łoże z czerwonym zasłonami, zapowiedź rozkoszy. List ewidentnie napisał jakiś amant.

Kilka kroków za damą pokornie czeka na rozkazy mały czarnoskóry paź. Niektórym dzieciom z Wybrzeża Niewolniczego, porwanym, brutalnie odebranym rodzicom, pisany był bowiem inny (czy jednak lepszy?) los. Jeśli tylko były wyjątkowo ładne, silne i zdrowe, nie jechały na plantacje trzciny cukrowej, ale do Holandii. Moda na takie właśnie „zabawki” pojawiła się w Hiszpanii i Portugalii już w wieku XVI i szybko ogarnęła resztę Europy. Tycjan w 1523 r. sportretował Laurę Dianti, metresę księcia Ferrary Alfonsa d’Este, z nieodzownym wyznacznikiem jej społecznego statusu o hebanowej skórze. Jan III Sobieski posiadał w Wilanowie ulubionego czarnoskórego służącego, którego nazywano… Murzynem Józefem Holendrem. XVIII-wieczne francuskie arystokratki miały się zaś w ciąży wystrzegać nadmiernego spożywania modnej wówczas czekolady – odnotowano bowiem kilka „zaskakujących” narodzin dzieci brązowych (czyli Mulatów). Przykłady takie można zresztą mnożyć bez końca.

 

Wystraszony, nieśmiały czarnoskóry chłopiec z obrazu Van der Neera nie ma imienia. Jest Piotrusiem.

Kup numer