„Widziałem rzeczy, którym wy, ludzie, nie dalibyście wiary” – mówi Roy Batty w najpiękniejszym zapewne monologu w historii kina. Znasz piękniejszy? Ja, gdy tylko tylko leci Łowca androidów, nigdy nie przełączę kanału.
Filmowe arcydzieło Ridleya Scotta ubiera w ciało jeden z największych lęków ostatnich lat: czy zastąpi nas sprawniejsza i wydajniejsza sztuczna inteligencja? Czy mogę jej przypisać osobowość? „Musiałem sobie udzielić odpowiedzi na pytanie, czym właściwie byłem: narzędziem czy ostatecznym produktem?” – wyznaje mechaniczny narrator powieści Robot Adama Wiśniewskiego – Snerga. Wątpliwość co do własnej tożsamości jest przecież rzeczą ludzką, żerują na niej apostołowie „wielkiej symulacji”, w jakiej rzekomo żyjemy (czy to już Matrix, czy jeszcze nie?).
Alan Turing w 1950 r. pisał, iż „należy oczekiwać, że maszyny będą w końcu rywalizować z ludźmi we wszystkich czysto intelektualnych dziedzinach”. Pytanie brzmiało tylko: od czego zaczną – gry w szachy czy nauki języka? Zdumiewa mnie aktualność tej perspektywy, niemniej widzę, że jestem świadkiem ontologicznego przełomu, przejścia z epoki analogowej w świat wirtualny. Chat GPT niedawno zdał zresztą słynny test brytyjskiego filozofa: w 70% przypadków użytkownicy nie wiedzieli, czy rozmawiają z człowiekiem czy z botem.
Niedawno mój kolega wyznał, że co wieczór generuje promptem dobranockę dla dziecka, którą następnie czyta czat. Jego syn to lubi, bo może wpływać na historię, prosząc o określone komendy. Teraz ojciec rozwija apkę do produkcji bajek audio i wideo, w których rola ludzkiego autora zostaje sprowadzona do minimum. Budzi to we mnie niepokój, bo pracuję w języku i wyobraźni i gdy widzę, że narzędzia sztucznej inteligencji kolonizują świat pisma, zastanawiam się, kiedy trafię na śmietnik historii. „Gdy trzymamy w dłoni książkę, spotykamy jej autora (…). Spotykamy też wtedy wszystkich tych, którzy czytali ją przed nami, tych, którzy teraz ją czytają, i tych, którzy przeczytają ją w przyszłości” – pocieszał książkowe mole papież Leon XIV, choć może to już podzwonne dla słowa drukowanego?
Słyszę uspokajające tony, że AI to tylko narzędzie, i faktycznie – sam zacząłem z jego pomocy korzystać. Najpierw do polerowania angielszczyzny sieciami neuronowymi, później do porównywania rowerów, niekiedy do sprawdzenia poprawności rozumowania pod kątem możliwych luk. Widzę jednak, o ile jestem przez to uboższy. Gdy mam przypomnieć sobie złożone relacje bohaterów oglądanego serialu, najchętniej poprosiłbym czata o ich rozpisanie, czym zubażam własną pamięć. Aby walczyć z podobnymi pokusami, wyłączyłem w wyszukiwarce domyślny tryb AI (zapytałem sztuczną inteligencję, jak to zrobić), uczę moje dziecko szukania informacji w książkach.
Lęki dotyczące AI mają różną etiologię. W tekście w „Guardianie” pod tytułem Forget the AI job apocalypse. AI’s real threat is worker control and surveillance Nazrul Islam zwraca uwagę, że problemem jest nie tyle pozbawienie zatrudnienia przez sztuczną inteligencję, ile raczej tworzenie nowej przepaści kompetencji między tymi, którzy z AI w celach optymalizacji czasu

