Wie Pan, że byłem w Polsce w poł. lat 80.? Pewnie wiele się zmieniło od tego czasu.
Nie sposób opowiedzieć o tym w kilku zdaniach. Ale jestem ciekawy, jak wiele zmieniło się w kwestii szczęścia. Współprowadzi Pan historycznie najdłuższe naukowe badania nad jego naturą. Współcześnie, gdy myśli się o szczęściu, to najczęściej jako o dobrym samopoczuciu. Wellbeing zdaje się priorytetem. Co jest ważniejsze: czuć się zdrowo ze sobą samym czy też mieć dobre relacje z ludźmi?
Bez wątpienia obie te rzeczy są istotne. Jednak badania, które prowadzę w ramach The Harvard Study of Adult Development, a które od 87 lat śledzą losy jego uczestników, jasno stwierdzają, że najlepszym predyktorem szczęścia i dobrego samopoczucia, zarówno psychicznego, jak i fizycznego, są relacje z innymi ludźmi.
Możemy chyba potraktować to jako warunek szczęścia, lecz jeśli zastanowimy się nad szczęściem sauté, jak je Pan zdefiniuje?
Poszukując odpowiedzi, często przywołujemy wzorce z filozofii starożytnej. Grecy odróżnili dwa kluczowe aspekty szczęścia. Jeden z nich dotyczył naszych bieżących, codziennych emocji, takich jak odczuwanie przyjemności z jednej strony, a smutku, niepokoju czy lęku – z drugiej. Balans między emocjami pozytywnymi i negatywnymi, przewagę radości nad cierpieniem określali jako szczęście hedoniczne. Drugi wymiar był głębszy: chodziło o szczęście eudajmoniczne, czyli doświadczanie życia jako dobrego i sensownego. Jeśli myślimy, że życie ma jakiś cel, może dać satysfakcję, to wówczas według Greków chodzi nam o doświadczenie eudajmonii.
Czy między tymi definicjami zachodzi jakieś napięcie, czy też uzupełniają się one?
Niektórzy twierdzą, że się uzupełniają. Należy podkreślić, że szczęście wiąże się z odpowiednim timingiem, bo spełnienia tych definicji mają różne umiejscowienie w czasie. Mogę w danej chwili odczuwać wielki smutek, ponieważ zmarł mój bliski, ale w tym samym czasie przeżywać swoje życie jako znaczące i satysfakcjonujące. W pewnym momencie pracowałem jako psychoterapeuta z dziećmi umierającymi na raka i ich rodzinami. To było bardzo smutne doświadczenie, jednak również wiele dla mnie znaczyło – czułem, że moja rola jest ważna i sensowna. Miałem poczucie przydatności, przy czym też uczyłem się czegoś istotnego o ludzkiej naturze, patrząc na osoby konfrontujące się z własną śmiertelnością w sposób bezpośredni i pełen godności.
Myślę, że współcześnie wiele osób koncentruje się na krótkoterminowym rozumieniu szczęścia. Pragną poczuć maksimum przyjemności możliwej do wyciśnięcia w danym momencie życia, jednak czasem to wcale nie pomaga w osiągnięciu długofalowej satysfakcji, a nawet prowadzi do pustki, poczucia egzystencjalnego wydrążenia. Możemy gonić za wystrzałami haju, lecz w długim biegu nie dają one spełnienia, nie powodują, że nasze życie odbieramy jako sensowne i niosące satysfakcję.

