Siedzę na ławce przy ul. Święty Marcin w Poznaniu. Patrzę na przejeżdżające tramwaje i mijających mnie ludzi. Na twarzy czuję pierwsze promienie wiosennego słońca. Przyszłam tu po jodze. Moje serce wypełniło się spokojem i chciałam tę chwilę zatrzymać na dłużej, ciesząc się pogodą, zdrowiem, pracą. Po wielu latach wróciłam na matę i za każdym razem, kiedy na niej stoję, przypominam sobie początki. Miałam ledwo 20 lat, złamane serce i potrzebę, żeby coś ze sobą zrobić. Odkryć jakąś pasję, poczuć coś nowego. To była joga na poważnie. Codziennie albo chociaż 5 razy w tygodniu. Moje ciało, które nigdy nie lubiło wuefu, potrzebowało czasu, żeby zaakceptować nową dawkę ćwiczeń. Bywało ciężko.
Mijały lata, a wraz z nimi przychodziły nowe zajęcia i obowiązki. Praca, dzieci. Joga poszła w odstawkę. Łapałam się na tym, że opowiadając komuś, jak kiedyś ćwiczyłam, dodaję kolejne lata: 5, 10, 15.
Chciałam wrócić, ale wciąż miałam więcej wymówek niż chęci. Przyszedł jednak czas, że mimo dobrego odżywiania i zdrowego trybu życia moje ciało zaczęło chorować. To były niewinne dolegliwości, które można było jakoś przeczekać. Raz, drugi, piętnasty. Zrozumiałam jednak, że to, czego być może mi brakuje, to regularny ruch. Godzina poświęcona tylko na to. Trafiłam znowu na jogę. I choć było wspaniale, to po trzech lekcjach… nie pojawiłam się przez kolejne dwa lata.
W końcu wróciłam.
Po pierwszej lekcji, kiedy nauczycielka powiedziała: „Podziękujcie swojemu ciału za dzisiejszą praktykę”, polały się łzy. Poczułam, jak okrutna byłam dla swojego ciała, nie dbając o nie należycie. Jak wiele od niego wymagałam i jak bardzo krytyczna wobec niego byłam. Ciało, które trzy razy dało nowe życie, potem kołysało, nosiło, przytulało, teraz upadało, chorowało, prosiło o odpoczynek.
Wracałam powoli. Najpierw jedna niezobowiązująca lekcja, potem karnet na cztery wejścia w miesiącu. Poszłam na jogę 0, dla zupełnych laików i osób, które w siebie nie wierzą, są schorowane albo po prostu lubią spokojne tempo. Znowu poczułam, kim jestem. Skończyły się zdrowotne dolegliwości, których źródła upatrywałam w codziennym stresie.
Potem wyjęłam z garażu rower.
Nie narzucałam sobie żadnego tempa, żadnego celu. Ale złożyłam sobie obietnicę, że będę starać się trzymać obranego kursu.
Na początek w zupełności wystarczyły krótkie trasy z domu na jogę albo do sklepu po drobne sprawunki. Potem w weekend wyprawa do lasu, też na krótko, na ile pozwoliły możliwości. Później każda informacja o awariach w miejskiej komunikacji była pretekstem do tego, żeby wybrać rower. I tak włączyłam do mojego życia pozbawionego sportu odrobinę ruchu: joga i rower, a wszystko w swoim tempie, powoli i bez ścigania się z kimkolwiek.
Czytaj także
Punkty odniesienia
Na przestrzeni lat podejście do jogi bardzo się zmieniło. Kiedyś była to dość niszowa dyscyplina, ćwiczyliśmy w salach gimnastycznych wynajmowanych po godzinach pracy szkoły podstawowej. Dużo mówiło się o zbilansowanej, zdrowej diecie, no i wiele osób marzyło o tym, żeby pojechać do Indii i poćwiczyć tam, skąd joga się wywodzi. Byliśmy zapaleńcami, nawiązywaliśmy przyjaźnie – niektóre z nich trwają do dziś. Później joga weszła na salony, zaczęła pojawiać się w klubach sportowych i szkołach tańca. Pamiętam, jak bardzo rozczarowana byłam po tych zajęciach.

