Na mocy postanowień wersalskiego traktatu pokojowego plebiscyt wśród ludności regionu miał rozstrzygnąć o państwowej przynależności Śląska. Przykład plakatu namawiającego do głosowania w 1921 r. za Niemcami fot. BE&W
z Sebastianem Rosenbaumem rozmawia Karol Kleczka wrzesień 2021

Śląska polifonia

Dziś wydaje nam się, że jak ktoś godoł, był robotnikiem albo chłopem, to musiał być Polakiem. Nic podobnego.

Artykuł z numeru

Planeta Śląsk

Czytaj także

Dominika Kozłowska

Polskość z wyboru. Śląskość z urodzenia

Wyobraźmy sobie taką historię. Chłopak z Górnego Śląska w 1939 r. służy w wojsku polskim, a po wojnie bierze ślub z dziewczyną, której bracia byli w Wehrmachcie. Nikomu to w niczym nie przeszkadza. W tej samej rodzinie, przy innym zamążpójściu, kawaler jest z Mazowsza, co prowadzi do poważnych kłótni, czy nawet zrywania relacji z siostrą, co wyszła za „obcego”. Rozumie Pan coś z tego?

Wszyscy Górnoślązacy o tym wiedzą, że armie przychodzą i odchodzą. To, że jeden brat był w polskiej armii, a drugi w niemieckiej, nie ma większego znaczenia. Brat to brat, tak samo godomy, mamy wspólne wspomnienia.

To skąd problem w drugim przypadku?

Kawaler był obcy, a z obcym trzeba się przemęczyć i pewnie większość z czasem do niego przywyknie, skoro „siostra już była tako naiwna, że se go wzięła”, ale znajdą się i tacy, co go nigdy nie zaakceptują. Ważniejsze jest chyba to, że zaczynamy od rodziny, bo to ona kształtuje świadomość historyczną na Górnym Śląsku.

W jaki sposób?

Historie rodzinne funkcjonują jako alternatywny przekaz wobec wielkich narracji kształtowanych przez system edukacyjny tzw. kultury wysokiej. Zacznijmy od klasycznego, często przywoływanego przykładu, czyli od powojnia 1945 r. Pochodzę z tej części regionu, która przed 1939 r. pozostała w Rzeszy niemieckiej i gdzie koniec wojny był traumą, złożoną z wielu drastycznych zdarzeń w postaci morderstw, gwałtów i deportacji do Sowietów. Te tematy były całkowicie nieobecne w przestrzeni publicznej, nie mówiło się o nich przy obcych, natomiast regularnie się o nich dyskutowało w domu podczas geburstagów, czyli urodzin. Charakterystyczną cechą było rozdrobnienie tematyczne i fragmentaryczność opowieści. Nikt nie mówił: „Teroz ci to wszystko wyklaruja”, tylko rzucało się pewne szczegóły. „Onkel Hanek to był mój ulubiony ujek, bo mi kupił fajny klajd na komunia, a on był sierżantem w Wehrmachcie i jego na froncie wschodnim zastrzelili” – i już szczegół. Jak to w Wehrmachcie? To takie odpryski, które padały jak ziarenka.

Na Górnym Śląsku oddziaływanie unifikacyjne systemu edukacyjnego było słabsze niż gdzie indziej. Nie lubię wielkich kwantyfikatorów, że Górnoślązacy są tacy albo inni, ale ryzykując duże uproszczenie, powiem: jesteśmy rodzinnymi ludźmi, którzy trzymają się przekazów domowych. Szkoła to trochę obcy świat i w związku z tym nie przyjmuje się bezrefleksyjnie paradygmatów, które są w niej wtłaczane, ponieważ ścierają się one z historiami domowymi. Odczuwa się, że w narracjach państwowych coś nie gra, a to rodzi nieufność, która kieruje człowieka do rezyduum własnej opowieści.

Polacy, Niemcy… kim właściwie są Ślązacy? Co łączyło mieszkańca Wrocławia z mieszkańcem Królewskiej Huty?

Jeden był niemieckim Dolnoślązakiem mówiącym specyficznym dialektem języka niemieckiego, a drugi rdzennym Górnoślązakiem posługującym się godką, czyli dialektem powiązanym z językiem polskim. Pomijam wyspy językowe, takie jak Szywałd, gdzie posługiwano się językiem wywodzącym się ze średniowiecznej niemczyzny. Niemieccy mieszczanie zazwyczaj byli ludnością napływową, więc nie mieli językowej łączności z lokalnymi rolnikami, ale kwestie językowo-etniczne to tylko jeden zakres tożsamości. Znacznie ważniejszy był jednoczący system kulturowy w postaci monarchii pruskiej, jednego prawa, jednego króla, a później cesarza, jak również „szkoły narodu”, czyli wojska – wielkiego unifikatora. Była ta sama elita polityczna, bo landrat spod Wrocławia, za chwilę mógł być urzędnikiem w Bytomiu. To są właściwe czynniki unifikujące, które sprawiają, że słowiańskojęzyczny Górnoślązak-katolik i niemieckojęzyczny ewangelik z Wrocławia funkcjonowali w zbliżonym modusie kulturowo-politycznym.

Podobne produkty w sklepie jeszcze nie czynią wspólnoty, a w przypadku Ślązaków sprawa ociera się o kwestie polityczne.

Dlatego pytanie o to, „kim są Ślązacy”, jest pytaniem trudnym, rodzącym rozmaite mitologemy, zwłaszcza w kontekście ruchów akcentujących śląskość w opozycji do polskości. Pytaniem tym trudniejszym, że w gruncie rzeczy nie możemy poznawczo wejść w przekonania ówczesnych ludzi. Próbując w dużym uproszczeniu na nie odpowiedzieć, można powiedzieć, że Górnoślązacy to jedno ze słowiańskich „plemion”, z których wyłoniła się społeczność polska, tyle że bardzo wcześnie utracili oni łączność z formami państwowości polskiej i rozwijali się w związku z innymi państwowościami, w czasach nowożytnych z pruską i niemiecką. Trzeba pamiętać, że aż do powstania przemysłu na Górnym Śląsku ten region był – za przeproszeniem – zadupiem. Dlatego, paradoksalnie, pomimo tak długiego oderwania i braku kontaktu z innymi polskimi „plemionami”, pewnego rodzaju nawyki kulturowe zbliżające do polskich tradycji uległy zakonserwowaniu i pozostawały mocne, aż do momentu, kiedy w okresie kulturkampfu lat 70. XIX w. przybyli na Śląsk mieszkańcy Wielkopolski i zauważyli tę bliskość.

Jest też inny ogromnie istotny czynnik, który stymulował na Górnym Śląsku tożsamość polską. W XIX i XX w. duża część polskich odruchów kulturowych została zaimplementowana za pośrednictwem Kościoła katolickiego. Diecezja wrocławska, choć zarządzana przez niemieckich biskupów, miała przekonanie, że należy uczyć religii po polsku, bo za tym przemawiały korzyści duszpasterskie. Zaczerpnięto pewne wzory z tych istniejących w Polsce. Gdyby nie było katolicyzmu, to odrębność Górnoślązaków od Polaków byłaby absolutna.

A gdzie widoczne były tendencje niemieckie?

Powtarza się taki mit, że Górny Śląsk w czasach pruskich nie miał elity, bo elitę stanowili Niemcy. Tyle, że Niemcy funkcjonowali nie jako jednolita grupa „Germanów”, ale mieszanka słowiańsko-germańska, zwłaszcza na terenach wschodnich, i nieustannie asymilowali przedstawicieli społeczności słowiańskiej. Ten słowiański komponent istnieje, nawet jeśli to zaledwie genealogiczny epizod. Niemcy czerpali swoje elity niższego szczebla z miejscowych, nie czując żadnego drastycznego, tożsamościowego pęknięcia. Wystarczy popatrzeć na nazwiska liderów ruchu niemieckiego na Śląsku w okresie walki plebiscytowej: Hans Lukaschek, ks. Carl Ulitzka, Hans Piontek, Adolf Kaschny, Kurt Urbanek. Byli Ślązakami i stali się częścią niemieckiej elity poprzez wejście w obszar wysokiej kultury, zazwyczaj płacąc cenę, jaką jest rezygnacja z języka.

Wspomniał Pan o awansie społecznym, co mimo wszystko sugeruje nałożenie się ram klasowych na narodowość. Tymczasem, jeśli zajrzymy do Muzeum Śląskiego, to tamtejsza ekspozycja poświęcona powstaniom śląskim i plebiscytowi, przypomina dom podzielony na pół. Na ile te podziały narodowościowe były równoległe, a na ile hierarchiczne?

Jeśli ktoś był z domu, w którym posługiwano się godką, która przyjmijmy, że jest wariantem języka polskiego, to wcale nie znaczy, że ten człowiek był Polakiem ani że tak się identyfikował. Część tzw. społeczności polskojęzycznej w czasie plebiscytu głosowała raczej za Niemcami. Co z tego, że ci ludzie mówili językiem jakoś zbliżonym do tego, który brzmiał pod Krakowem, skoro Kraków nie był dla nich tematem. Punktem odniesienia były Prusy, a nie Polska. Wielu przecież jeździło do Kongresówki i do Galicji, widziało, że jest tam większa bieda, więc te skojarzenia pozytywne nie bardzo miały jak się pojawić.

Co decydowało o przywiązaniu do Niemiec?

Pewien duch niemiecki, który był kojarzony pozytywnie, a nie negatywnie, jak się go ujmuje w polskim kręgu kulturowym. System instytucjonalno-kulturowo-polityczny, który Niemcy wytworzyły i w którym ludzie się poruszali, wiązał się z porządkiem socjalnym, czyli ustawami z czasów bismarckowskich, ochroną pracownika na kopalni, zapewnieniem renty inwalidzkiej czy wsparciem dla wdów i sierot. Funkcjonowały ubezpieczalnie, takie jak Spółka Bracka, czyli Knappschaft, co budowało zaufanie do instytucji, które jawiły się jako skrojone na miarę człowieka. W takiej kulturze chce się być i nie odczuwa się jej jako obcej. Co łączy Polaka, chłopa ze wsi, z Mickiewiczem czy Słowackim? U wieszczów jest przecież inna mowa niż ta słyszana w domu, ale widzi się w nich kulturę wysoką – trochę własną, trochę obcą. Polskojęzyczny Ślązak znał na pamięć Lorelei Heinego, bo się tego w szkole nauczył. Nam się dziś wydaje, że jak ktoś godoł, był robotnikiem albo chłopem, to musiał być Polakiem. Nic podobnego.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Mówię o wpływach kultury, natomiast jeśli pomyśleć o samej społeczności, to zachowywała ona wysoką spójność społeczną zwłaszcza na terenach wiejskich, które trwały w ciągłości osadniczej od co najmniej XVII w., co jesteśmy w stanie ustalić na podstawie ksiąg parafialnych. Była to kultura jednolita i monolityczna, wszyscy uczestniczyli w podobnych doświadczeniach historycznych. W okręgu przemysłowym ruch był znacznie większy niż na wsi ze względu na stały napływ mieszkańców z głębi Niemiec, którzy nawet jeśli pochodzili z nieodległego Dolnego Śląska, to niewiele rozumieli z tutejszego świata i musieli się w niego wgryźć. Podobnie było z robotnikami z Galicji czy Kongresówki, którzy wnosili swoje historie, ale też szybko się „silezjanizowali”.

Ogromny skok sympatii propolskich po 1918 r. wynikał z załamania porządku przedwojennego. Chaos powstały w efekcie klęski Niemiec i rewolucji wiązał się z zapaścią socjalną, co powodowało, że upadły dotychczasowe pewniki. Nie ma już kajzera, po ulicach biegają jacyś „czerwoni” z fanami i bindami, którzy ciągle chcą strajkować. Część Ślązaków liczyła na to, że gdy pojawiło się państwo polskie, to oni jako polskojęzyczni nagle będą sztygarami, urzędnikami wyższego stopnia.

Ponownie wychodzi perspektywa awansu klasowego.

Tyle, że gdyby nie było tożsamościowego zaczepienia, to nic by z tego nie wyszło. Społeczność górnośląska miała potężny zasób kulturowy, który pozwalał na budowę polskiej tożsamości, co było robione od lat 60. i 70. XIX w. w ramach procesu nietrafnie nazwanego w historiografii „odrodzeniem narodowym” na Górnym Śląsku. Trzeba tu raczej mówić o „narodzinach”, które nastąpiły w sprzyjających okolicznościach.

Nie wiemy, co te niższe warstwy sobie myślały. Czytały „Katolika”, czyli stojące po stronie polskich interesów czasopismo wydawane od 1868 r., bo chciały, żeby Górny Śląsk stał się częścią odrodzonego państwa polskiego? Litości, państwo polskie nie znajdowało się wówczas na żadnym horyzoncie. Czytały dlatego, że czuły się obywatelami drugiej kategorii ze względu na język i urzędową dyskryminację języka polskiego połączoną z prymitywnym forsowaniem niemczyzny. Za tym szły ograniczenia w awansie społecznym, dające większe szanse lepiej wykształconym Niemcom.

Tezy o manipulacji polskiej propagandy na Górnym Śląsku zawierają ziarnko prawdy, ale często przeoczają fakt, że Górnoślązak poszukiwał narracji emancypacyjnej, wyjścia z klinczu, w jakim się znalazł, ważąc na jednej szali interes klasowy, a na drugiej język czy wyznanie. Gdy Górnoślązacy głosowali w rejencji opolskiej, to wybierali Partię Centrum z uwagi na jej katolickie poglądy, a nie zważali na to, czy jej politycy byli Niemcami, czy Polakami. Wybierali katolików, bo z nimi się rozumieli, a nie z przyjezdnymi prezydentami rejencji, którzy zwykle należeli do protestanckiej arystokracji.

Jak w takiej optyce traktować powstania śląskie z lat 1919–1921?

Dla Niemców nie istniało coś takiego jak „powstania śląskie”. Wpisywali je w linię powojennych zamieszek rewolucyjnych, będących rewoltą przeciw porządkowi klasowemu i polityczną irredentą. „Polacy i spartakiści” – w niemieckim dyskursie mówiono to jednym tchem. Natomiast środowiska zgromadzone wokół polskiego ruchu narodowego szybko zinterpretowały je jako powstania, aby stworzyć swego rodzaju iunctim z powstaniami narodowowyzwoleńczymi takimi jak listopadowe czy styczniowe. Tyle, że to pewien koncept terminologiczny elit, opisujący trzy zupełnie różne wydarzenia.

Pierwsze powstanie to zdarzenie w gruncie rzeczy przypadkowe, podjęte przez Maksymiliana Iksala, człowieka dość niezrównoważonego. Drugie powstanie to chiurgiczne cięcie w kontekście eskalujących ze strony Niemców napięć, którzy wpadają w euforię, wierząc, że Warszawa zaraz padnie pod bagnetami bolszewików. Trzecie powstanie? To polityczna decyzja polegająca na zmobilizowaniu miejscowych sił i ściągnięciu pomocy z zewnątrz, by stworzyć pewną manifestację siły, a więc widać tu element tej, jak to nazwał Ryszard Kaczmarek, „niewypowiedzianej wojny polsko-niemieckiej”. To zupełnie różne zabiegi, w których zbiegają się odmienne motywacje.

Obecnie często odrzuca się dominującą przez lata narrację, która traktowała te wydarzenia jako „zryw polskich Górnoślązaków”. Podkreśla się, że zwłaszcza trzecie powstanie było zaplanowane przez wojsko polskie i kierowaną przez nie polską konspirację militarną, a więc organizacje będące agendami wojskowych władz polskich, a nie jakimiś powstańczymi związkami podziemnymi. Tyle że narracja mówiąca, że to ukartowany pucz Sztabu Generalnego przeocza istotną rzecz, jaką był gigantyczny potencjał i oczekiwanie na zryw ze strony tysięcy ludzi na Śląsku. Podłoże militarne było, decyzja polityczna też, ale nie wolno bagatelizować oddolnego entuzjazmu zrodzonego z napięć narodowo-klasowych. Czy chciano przyłączenia do Polski, a o pójściu do powstania decydowała jakaś szczególna miłość do tego nowego kraju, o którym notabene niewiele wiedziano? Raczej nie – silniejsza była niechęć do Niemca, do pruskiego urzędnika, który dyskryminował i traktował polskojęzycznego Ślązaka i robotnika jak człowieka drugiej kategorii.

Powtórzę, że nie potrafimy dziś pokazać, co dokładnie myśleli ci ludzie na dole hierarchii społecznej. Takich badań nie prowadzono konsekwentnie, bo a nuż by wyszły wyniki, które nie byłyby w smak interpretatorom. Stąd przyjmowano i przyjmuje się narrację elit i prasy, które pozwalały wyartykułować głos ludu tylko na tyle, na ile mieści się to w wyznaczonych przez nich ramach. Ale trzeba wsłuchiwać się w oddolne historie i jednostkowe losy, a dzięki temu przełamywać proste klisze. Dzisiaj monolityczny przekaz doświadczeń specyficznie śląskich wypiera polifonia, a spójność oparta na rodzinach pochodzących z tej samej społeczności się kruszy. Obecnie na Śląsku żyje coraz więcej „krojcoków”, czyli osób z małżeństw mieszanych, i jeśli ktoś ma rodzica ze środowisk kresowych, to on wnosi zupełnie inne historie, niż te śląskie. Powiedzmy sobie szczerze – Gliwice, złożone z mieszkańców napływowych, nie za bardzo są dziś miastem śląskim.

Kiedy ta polifonizacja doświadczeń przyspiesza?

Polifonia przyspieszyła w 1922 r. po podziale regionu na część zachodnią i wschodnią. W momencie, w którym Polska przejęła 1/3 terytorium Górnego Śląska, zamieszkaną przez połowę ludności, nastąpiła wielka ekspansja z Wielkopolski, Galicji i dawnej Kongresówki, których mieszkańcy przyjeżdżają tu jako urzędnicy, nauczyciele. Często się o tym nie myśli, ale jest wielu Ślązaków, którzy mają korzenie wielkopolskie przeniesione na Górny Śląsk na początku lat 20. XX w. Już wtedy dochodziło do syntez doświadczeń i pokładów pamięci kulturowej.

Wielka eksplozja następuje po 1945 r. W latach 40. wysiedlono 300 tys. osób do Niemiec, a wojewoda Aleksander Zawadzki podawał pomysły pozbycia się wszystkich Ślązaków, lecz po wojnie pozostała tu większość ludności rodzimej w związku z koniecznością animacji przemysłu. Potem, począwszy od lat 50. aż do końca lat 80., następuje odpływ przeszło miliona ludzi, którzy wyjeżdżają do RFN. To tworzy gigantyczną wyrwę kulturową. Jednocześnie jak Polska długa i szeroka trwa nerwowy werbunek pracowników, a „werbusi” zapuszczają korzenie na Górnym Śląsku. Obok pamięci wojny prusko-francuskiej, walki za kajzera w I wojnie światowej, czy rzeczy jeszcze starszych, jak zniesienie pańszczyzny przez pruskiego króla, nagle zaczynają się pojawiać zupełnie inne historie o jakichś powstaniach narodowych, carze itp.

Opisuje Pan nawarstwiające się przenikanie doświadczeń, ale taka mieszanka może tworzyć się w atmosferze konfliktu i animozji tym bardziej jeśli rodzi się w katastrofie historycznej.

Od lat szukam trafnego określenia dla wydarzeń 1945 r., czyli tzw. Tragedii Górnośląskiej, i chyba najlepiej uchwytuje to pojęcie rewolucji, ponieważ to dłuższy proces, w trakcie którego wszystko wywraca się do góry nogami. Przed 1939 r. w części polskiej Górnego Śląska sanacja rządziła w sposób dyktatorski i autorytarny, z kolei po stronie niemieckiej panował ekstremalny zamordyzm. W trakcie wojny brutalność władzy hitlerowskiej narasta, po wojnie ma miejsce radykalny przewrót, tyle, że nowe państwo, które powstaje, też serwuje ordynarny zamordyzm i powtarza najgorsze praktyki rządów sanacyjnych, dorzucając dodatkowy pakiet stalinizmu, uległości wobec Moskwy. Nie ma miejsca na jakiekolwiek przejawy polemiki, funkcjonują narzucone przez władze język i schemat myślenia, a każde autentyczne ludzkie przeżycie setek tysięcy Górnoślązaków zostaje zepchnięte do sfery prywatnej. Czyli właściwie od lat 30. XX w. mamy półwiecze spychania pamięci o rzeczywistych przeżyciach do szuflady.

Ta pamięć górnośląska też się zresztą różni.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer