(fot. projekty okładek Przemka Dębowskiego)
Przemek Dębowski wrzesień 2021

Kolory wszechświata. Króciutko o okładkach książek Stanisława Lema

Ilu artystów, tylu Lemów. To przeoczona chyba cecha jego twórczości: stworzył dzieła, które można oglądać i przedstawiać na wiele rozmaitych sposobów.

Artykuł z numeru

Planeta Śląsk

Czytaj także

Filip Kobiela

O obliczach twórczości Lema

U Lema na kolor uwagę zwróciłem tylko raz. Na początku podróży czternastej Ijon Tichy oddaje swoją rakietę do remontu: „Kierownik warsztatów radzi pomalować na zielono. Jeszcze nie wiem”. Poza tym światy Lema są dla mnie szare, jak okładka wydania Opowieści o pilocie Pirxie, które dostałem na początku lat 90., albo żółte jak Cyberiada kupiona mniej więcej w tym samym czasie w nieistniejącej już Księgarni Naukowej w Koszalinie. Pamiętam swoje niezadowolenie: na kanarkowym tle ni to rycerz, ni to cyborg, gęsto szrafowana ilustracja jak rycina sprzed 100 lat. A ja liczyłem na statki kosmiczne i roboty z mieczami świetlnymi! Nie można wymagać od dziesięciolatka, żeby poznał się na dowcipie Daniela Mroza, ale dobrze wiedzieć, że pierwszy kontakt często pozostawia wrażenie na całe życie.

Ponad dwie dekady później sam mogłem do Lemowego świata wnieść swój wkład i zaprojektować pierwsze wrażenia u przyszłych czytelników.

To onieśmielające zadanie. Lema można odmalować na tysiąc różnych sposobów. Pasuje do niego surowa forma późnych peerelowskich wydań, w których dominują typografia i rygor. Można jego książki – spójrzmy na pierwsze polskie wydania Astronautów i Obłoku Magellana – ubrać w zmierzające ku abstrakcji kolorowe kompozycje, gdzie linia staje się trajektorią lotu statku kosmicznego, rozmazana plama zarysem planety, a trzy przecinające się kreseczki i wirujące wokół nich roje punkcików tworzą nowe gwiazdozbiory. Neonowa stylistyka lat 80. i pełne kontrastów geometryzujące ilustracje brytyjskich wydań odkrywają przed nami kolejne oblicze jego światów. Z wyobraźnią Lema nie gryzą się też realistyczne obrazy wyjęte jak ze szkiców produkcyjnych Ralpha McQuarriego do pierwszych części Gwiezdnych wojen. Na miejscu są nawet ilustracje trącące poetyką propagandowych wizerunków jak z Elementarza Falskiego, tylko zamiast Ali, Asa i traktorów ryjących bruzdy w tłustej ziemi zobaczymy przesłonięte szklanymi przyłbicami kosmicznych skafandrów twarze nieustraszonych pionierów podboju kosmosu. Abstrakcyjny i realistyczny, prostolinijny i wymagający, fantastyczny i zwyczajny, pełen powściągliwości i nieposkromiony, kolorowy i szarobury: tysiąc wszechświatów.

Ilu artystów, tylu Lemów. To przeoczona chyba cecha jego twórczości: stworzył dzieła, które można oglądać i przedstawiać na wiele rozmaitych sposobów!

Ja natomiast zastanawiałem się, jak wyglądałyby jego książki, gdyby pisał nie w Polsce, ale w ojczyźnie współczesnej literatury science fiction: w Stanach Zjednoczonych. Pewnie część z jego tytułów ugrzęzłaby w absurdalnie kiczowatych okładkach (ciekawym polecam sprawdzić pierwsze amerykańskie wydania książek Raya Bradbury’ego czy Philipa K. Dicka), ale kto wie, może by im to nie zaszkodziło? Oprawy peerelowskich wczesnych książek Lema są wysmakowane i oszczędne. Nie sposób poznać, że to okładki prozy gatunkowej. Gdyby te książki ukazały się w wydawniczych fabrykach, które w połowie ubiegłego wieku zapychały amerykańskie księgarnie kolejnymi tomami przygód nieustraszonych bohaterów kosmosu, Lem byłby nie elegancki i powściągliwy, lecz pełen energii i rozmachu. Niezwyciężony stałby się przede wszystkim trzymającą w napięciu space operą, a nie przejmującą, posępną analizą technologicznej zagłady, Astronauci byliby nie surową przestrogą przed koszmarem wojny globalnej, ale pełnym zieleni, czerwieni, żółci wglądem w postapokaliptyczny świat. Wtedy wreszcie na Obłoku Magellana zamiast punkcików jarzących się na zgaszonym tle widniałby może imponujący statek kosmiczny jak z o dekadę późniejszej Odysei kosmicznej. Krótko mówiąc, byłby Lem inny. Chciałem wstrzyknąć w uniwersum pisarza trochę takiej hipotetycznej stylistyki.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Bezpośrednią inspirację stanowiły dla mnie tysiące okładek pulpowej amerykańskiej literatury science fiction. Książki i czasopisma gatunkowe ukazywały się w Stanach Zjednoczonych już od późnych lat 20. W latach 40. osiągnęły apogeum swojego artystycznego rozwoju. Mimo gatunkowego pokrewieństwa i pewnych cech wspólnych wynikających ze sposobu, w jaki drukowano te prace, były to realizacje bardzo zróżnicowane. Poetyckie i delikatne jak ażurowa wycinanka obrazy Virgila Finlaya sąsiadowały na księgarskich półkach z cieszącymi się olbrzymią popularnością ilustracjami Franka R. Paula, gdzie puszczał wodze wyobraźni i tworzył roje nieprawdopodobnych istot, których jedynie mdłym odbiciem są bywalcy kantyny w Mos Eisley z pierwszej części Gwiezdnych wojen. Czułki, skrzydła, owadzie nogi, pajęcze oczy, kły, futro, laser, stal: to wszystko wyobraźnia twórców ilustracji literatury pulpowej umiała przetworzyć we wspaniałe, czarujące, uwodzicielskie światy. Zależało mi na takiej właśnie sile oddziaływania. Zaczerpnąłem więc co nieco z tych fascynujących wydań.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer