fot. L'Osservatore Romano/EPA/PAP
Karol Kleczka listopad 2019

Papież Franciszek i jego wrogowie

Ataki skierowane przeciw papieżowi to przejaw starcia pomiędzy zwolennikami dwóch wizji Kościoła: tymi, którzy marzą o Kościele II Soboru Watykańskiego i tymi, którzy go odrzucają.

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Przenieśmy się do nie tak odległej przeszłości. Trwają Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, papież Franciszek wędruje po polskiej ziemi. Choć nie jest to tradycyjna pielgrzymka, lecz spotkanie z młodzieżą z całego świata, to ze świecą szukać osób, którym nie udziela się podniosła atmosfera. Ludzie biegają po ulicach z flagami, gromadzą się co wieczór pod oknem kurii na Franciszkańskiej w oczekiwaniu na błogosławieństwo Ojca Świętego. Otwierają drzwi dla obcych przybyszów i z dumą prezentują legendarną polską gościnność. Pamiętam to jak dziś, choć czasem zastanawiam się, czy nie śniłem.

Pamiętam coś jeszcze. Stoję wśród rzesz pielgrzymów na Błoniach podczas powitania papieża. Przesuwam się między sektorami, w końcu ląduję za rodziną z Polski. „Fajny ten papież” – mówi żona do męża. „A ja wiem, czy fajny, jakiś taki smutny. Nasz to się więcej uśmiechał”. To przypadkowo usłyszane zdanie, które wybrzmiało trzy lata po wyborze papieża Franciszka, jest ciągle intrygującym podsumowaniem recepcji jego pontyfikatu nad Wisłą.

My już mieliśmy papieża

W połowie września na internetowych łamach amerykańskiego katolickiego portalu „Crux” pojawiła się niewielka analiza cenionego watykanisty Johna L. Allena, którego polski czytelnik może znać z takich książek jak Konklawe albo Globalna wojna z chrześcijanami. Allen nawiązuje w tekście do wypowiedzi papieża Franciszka, który podczas jednej z konferencji prasowych powiedział, że mierzy się z krytyką napływającą z wielu różnych stron. Komentator „Cruxa” pokusił się o własną interpretację tej wypowiedzi i wyróżnił pięć krajów, w których obecny papież spotyka się z niezrozumieniem albo wręcz otwartym sprzeciwem. Co ciekawe, zaraz za podium (pierwsze miejsce zajął… Watykan, a kolejne Argentyna i Włochy) ulokował właśnie Polskę i wsparł swój wybór trzema argumentami.

„W Polsce każdy papież startuje z deficytem zaufania tylko dlatego, że nie jest Janem Pawłem II, a niektórzy Polacy postrzegają Franciszka jako tego, który w niektórych aspektach zwija dziedzictwo poprzednika” – pisze Allen i zwraca uwagę na fakt, że polscy biskupi wykazują wyjątkową potrzebę do podkreślania ciągłości nauczania Franciszka z Janem Pawłem II.

Franciszek nie jest Janem Pawłem II – to pierwszy powód nieufności Polaków względem papieża z Argentyny.

Drugi argument Allena wiąże się ze sprzeciwem niektórych Polaków, a zwłaszcza polskich polityków, wobec ekologicznego przesłania obecnego pontyfikatu, przede wszystkim w zakresie podejścia do paliw kopalnych. Trzecim elementem, na który zwraca uwagę komentator „Cruxa”, jest opór względem przyjmowania uchodźców. Allen wiąże go z obecnością takich duszpasterskich akcji jak Różaniec do granic, które zdaniem publicysty budują obraz Polski jako zamkniętej katolickiej enklawy. Amerykański watykanista ma sporo racji, pokazując, że krytyka papieża ma charakter międzynarodowy, ale w Polsce zyskuje szczególny, lokalny koloryt.

Koniec karnawału

Na pytanie o przyczyny nieufności niektórych wiernych względem Franciszka nie ma jednej prostej odpowiedzi. Łatwo natomiast wskazać moment, w którym zaczęły zapalać się ostrzegawcze lampki w głowach krytyków obecnego pontyfikatu. Miał on miejsce tuż po wyborze, gdy w loggi bazyliki św. Piotra ukazała się sylwetka nowego papieża nieodzianego w tradycyjną czerwoną pelerynę.

„Niech ksiądz sam to włoży. Skończył się karnawał” – miał powiedzieć papież do ceremoniarza ks. Guido Mariniego, o czym informowały wiarygodne włoskie dzienniki, na czele z „Corriere della Sera”. Nie wiadomo, ile jest prawdy w tej historii, ale nie trzeba było długo czekać, by zauważyć, że nowy papież nie przepada za bogatym strojem, a zwłaszcza czerwonym kolorem. Już podczas pierwszej mszy św. uważne oczy obserwatorów wychwyciły czarny, a nie tradycyjny czerwony kolor obuwia Franciszka. Ruszyła lawina komicznych wyliczeń: a to czemu nie przyklęka w odpowiednich momentach (bo ma chore kolana – tłumaczyli niektórzy), później pytania o „okropną” oprawę liturgiczną pierwszej mszy św. poza Rzymem – na Lampedusie, pośród uchodźców. Na samym początku pontyfikatu papież trafił na celownik tzw. tradycjonalistów katolickich, dla których źródłem podejrzeń był styl odróżniający Franciszka od poprzednika, Benedykta XVI. Prawdopodobnie większość wiernych w ogóle nie przejmowała się tymi niuansami, ale nowy papież bardzo szybko stał się podejrzany dla fascynatów bogatych ceremonii.

Można to w pewien sposób zrozumieć, bo o papieżu w chwili wyboru nie wiadomo było prawie nic, więc względy wizerunkowe najbardziej zaważyły na odbiorze jego osoby. Już pierwsze zdania pontyfikatu wywoływały nastroje skrajne: od zachwytu po oburzenie. Każde z nich komentatorzy obracali po trzy razy i przepuszczali przez masę interpretacji, niecierpliwie czekając na pierwsze tłumaczenia biografii papieża z dalekiego kraju. Od samego początku zarówno konserwatyści, jak i liberałowie mówili o rewolucji Franciszka. Niektórzy zakładali, że papież z Ameryki Południowej musi być zwolennikiem teologii wyzwolenia, inni słyszeli doniesienia o jego żelaznych rządach w Buenos Aires. W takiej sytuacji łatwo o dezinformację, zaś przekaz bazujący na obcości czy inności papieża budował się sam, stając się gotową pożywką dla plotek i kłamstw.

„Papież ma raka mózgu”

Taki nagłówek trzy lata temu obiegł światowe media. Artykuł dotyczący rzekomej choroby papieża został opublikowany przez włoskie czasopismo „Quotidiano Nazionale”. Pojawiły się wypowiedzi członków personelu szpitala, do którego przyjęto Ojca Świętego na konsultacje. Papież miał się mieć nieźle – jego stan, choć poważny, był jednak uleczalny. Ile w tym prawdy? Ówczesny rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej ks. Lombardi błyskawicznie sprostował te doniesienia, ogłoszone, co nie zaskakuje, w ostatnich dniach istotnego synodu o rodzinie, którego owocem była szeroko dyskutowana adhortacja apostolska Amoris Laetitia. Także dziś nie trzeba daleko szukać takich, którzy jej treść potraktują jako wynik rzekomej choroby umysłowej Ojca Świętego.

Powyższa historia brzmi nieco zabawnie, ale wiąże się z poważniejszym problemem. Trudno zliczyć, jak wiele razy natrafiłem na wypowiedzi przypisywane papieżowi, które nie znajdowały żadnego pokrycia w rzeczywistości. Weźmy kilka pierwszych z brzegu takich nieprawdziwych wypowiedzi Franciszka: „Jezus Chrystus, Mahomet, Jahwe, Allah – to nazwy opisujące jedną osobę, tę samą na całym świecie. Przez wieki przelewano niepotrzebnie krew ze względu na chęć podzielenia nas wierzących” albo o islamie: „Możemy osiągnąć wiele wspaniałych rzeczy poprzez połączenie naszych wyznań, a czas na to nadszedł teraz”. Niekiedy łatwo rozpracować takie zabiegi. Weźmy np. krążący w Internecie filmik, na którym – jeśli wierzyć opisowi – papież Franciszek całuje dłonie Davida Rockefellera i Johna Rothschilda, oddając hołd rządzącej światem masonerii. Tymczasem widzimy po prostu zapis z wizyty Ojca Świętego w instytucie Yad Vashem, gdzie Franciszek ucałował ręce ocalałych z Holocaustu. Wystarczy sam podpis, kilka podrzędnych portali, kanały dystrybucji oraz grupa ludzi, których interesują podobne bzdury, by wypromować taką informację.

Takie kłamstewka często osiągają sukces i oddziałują na wyobraźnię słuchaczy, ale papieskie fake newsy mają wiele źródeł – nie tylko internetowych. Jednym z głównych ich autorów jest redaktor naczelny dziennika „La Repubblica” Eugenio Scalfari, który niejednokrotnie przeprowadzał wywiady z papieżem. Po każdym z nich zasilał plotkarski obieg kolejnymi opowieściami. Scalfari tłumaczy się tym, że rozmów z papieżem nie nagrywa, a spisuje z pamięci, ale jego relacje dostarczają pożywki do domniemań. Pokazuje to, że okołopapieskie kłamstwa pojawiają się niezależnie od politycznych sympatii ich twórców, bo przecież trudno widzieć w „La Repubblica” prawicowe medium. Niekiedy sami współpracownicy papieża wyświadczają mu niedźwiedzią przysługę, jak choćby przy sławetnej premierze serii książek poświęconych kluczowym wątkom pontyfikatu Franciszka, którą rzekomo zarekomendował Benedykt XVI. Niestety, jeszcze jej nie przeczytał, ale poinformował o tym na drugiej stronie opublikowanego przez biuro prasowe Watykanu listu. Wydrukowano oczywiście tylko stronę pierwszą, tę pochwalną.

Lucetta Scaraffia w tekście Fałszywe przemówienia papieża Franciszka szczegółowo opisała cały proceder. Rzekome wypowiedzi „często krążą po hiszpańsku”, co ma podnieść ich wiarygodność, i zawierają „coraz bardziej rewolucyjne i nieprzewidywalne” słowa Franciszka. „Tworzenie obrazu papieża postępowego i permisywnego osiąga tu bardzo wysoki poziom, lecz w gruncie rzeczy powiela jedynie, w sposób zwielokrotniony, model bardzo lubiany przez media” – podkreśla publicystka. Taka sytuacja miała miejsce niedawno w Argentynie, gdzie przed wyborami niemal wszystkie stronnictwa polityczne legitymizowały swoje działania błogosławieństwem Ojca Świętego. Wszystkie przywoływały słowa, które w rzeczywistości nie padły.

Szkodliwe insynuacje

Pojawienie się fake newsów wokół Franciszka jest niebezpieczne, ale ich szkodliwość jest ograniczona. Czymś znacznie gorszym okazuje się promowanie poglądu, że obecny papież wcale nie jest legalnym następcą św. Piotra.

Papież Franciszek został wybrany za życia poprzednika, który dobrowolnie zrezygnował z pełnienia funkcji biskupa Rzymu, dlatego poniekąd można zrozumieć reakcję nieco bardziej konserwatywnych katolików, którzy chętnie porównywali obu duchownych.

Z jednej strony Benedykt XVI, przez lata postrzegany jako niezłomny obrońca tradycji, z drugiej – Franciszek namaszczony przez opinię publiczną na rewolucjonistę. Wybitny teolog i – no właśnie – facet w czarnych butach. To jednak zestawienie dość mylące: jeśli miałbym szukać prawdziwie rewolucyjnego zdarzenia w Kościele ostatnich lat, to nie ma większego niż abdykacja Benedykta.

Mimo to antyfranciszkowa opozycja nie przebierała w krytyce.

Zbigniew Nosowski w tekście Nie papież, a Bergoglio prezentuje szczególnie ilustratywny przypadek takiej krytyki Franciszka, która wypływa z ust abp. Jana Pawła Lengi, ulubieńca radykalnych konserwatystów w Kościele w Polsce. Abp Lenga, będący emerytowanym biskupem Karagandy (Kazachstan), publicznie przyznaje, że podczas mszy nie modli się za Franciszka, ale za papieża i jest to zabieg celowy, bo za głowę Kościoła wciąż uważa Benedykta XVI. Niechęć polskiego biskupa ma swoje podłoże w poglądach Franciszka, który „w kościołach (…) urządza uczty dla uchodźców i robi z nimi selfie (…). Tam był zgiełk i wrzawa. (…) to była obraza dla tych ludzi, którzy kiedyś tam się modlili w tej katedrze”. Bergoglio – bo po nazwisku mówi o papieżu abp Lenga – zdaniem duchownego zmusza chrześcijan do mycia nóg muzułmanom i fałszywie rozumie miłosierdzie. Jakby tego było mało, polski biskup zarzuca papieżowi herezję i twierdzi, że Franciszek niszczy Kościół od środka. Nosowski podkreśla, że te kontrowersyjne i krzywdzące opinie właściwie nie spotykają się z reakcją w Kościele, bo status emerytowanego arcybiskupa z Kazachstanu daje zaskakująco wielką swobodę głoszenia wszystkiego, co mu przyjdzie do głowy.

Byłoby dobrze, gdyby tezy głoszone przez abp. Lengę stanowiły autorski wkład emerytowanego biskupa, ale nie sposób potraktować ich jako oryginalnych wystąpień. To powtarzanie opinii ukutych gdzie indziej, głównie w środowisku „niezależnych watykanistów”, których niekoronowanym królem jest Antonio Socci. Pomimo kontrowersyjnego statusu w środowisku dziennikarzy katolickich książki Socciego cieszą się dużą popularnością także w Polsce. Nic dziwnego, skoro autor lansuje w nich radykalne tezy. Problem w tym, że mają one poważne reperkusje praktyczne w postaci tworzenia realnych podziałów w Kościele.

Jedną z najbardziej znanych książek Włocha przetłumaczonych na język polski jest publikacja Czy to naprawdę Franciszek?. To w niej Socci próbuje udowodnić, że wybór kardynała Bergoglia na Stolicę Piotrową był nielegalny. Na braki argumentacji Socciego zwracają uwagę na portalu deon.pl Jacek Siepsiak SJ i Marek Blaza SJ w obszernej rozmowie Czy Franciszek jest ważnie wybranym papieżem?. Ich zdaniem Włoch używa pokrętnych argumentów, które mieszają ze sobą porządki dogmatyczny i prawny. Blaza mówi wprost: „Właśnie na tym polega kunszt tej książki, że pewne rzeczy są tam prawdziwe, że to nie jest tak, że tu wszystko jest bajką. Ale pewne rzeczy są ideologią. Muszę się przyznać, że najbardziej mi ona przypomina książkę Anioły i demony Dana Browna. To znaczy jest ładnie napisana, dobrze się ją czyta. Akcja jest wartka, prawie jak kryminał, tylko że to nie jest prawda” – ocenia jezuita.

Mimo to argumentacja Socciego zrobiła wrażenie na pewnych polskich dziennikarzach. Dość powiedzieć, że Sławomir Cenckiewicz na łamach „Plusa Minusa” zbudował wokół niej narrację, w której wnioskuje, że to nie przypadek, iż „[Benedykt XVI] z jakichś powodów – zachował przy sobie atrybuty i symbole papiestwa. Zaś Franciszek nie tylko to toleruje, ale i mówiąc o sobie, że jest jedynie »biskupem Rzymu«, jakby ustępuje miejsca [poprzednikowi]”. Brzmi to łagodnie i teoretycznie, ale pociąga za sobą twierdzenia, które podważają urząd papieski.

Kto osądzi papieża?

Podobnym przykładem jest Papież dyktator. Skrywana historia pontyfikatu papieża Franciszka autorstwa Marcantonio Colonny, która cieszyła się pozytywnymi recenzjami wśród prawicowych publicystów jeszcze przed publikacją po polsku, a jej pochlebną recenzję sporządził Paweł Lisicki w tekście ze stycznia 2018 r. pt. Czarne chmury nad Franciszkiem. Trudno wierzyć w to, że osoba nosząca imię i nazwisko zwycięskiego admirała włoskiej floty z XVI-wiecznej bitwy pod Lepanto istnieje naprawdę. Pod tym pseudonimem kryje się w rzeczywistości Henry Sire, były już członek Zakonu Maltańskiego, wyrzucony z niego za krytykę papieża. Papież dyktator jest pamfletem uderzającym we Franciszka i oskarżającym go o zapędy autorytarne, niejasność doktrynalną, podążanie za programem „mafii z St. Gallen” (grupy postępowych kardynałów), która miała wynieść kard. Bergoglia na tron papieski. Sire oskarża Watykan także o korupcję i zastraszanie konserwatywnych oficjeli. Dekret, w którym Zakon Maltański ogłosił wyrzucenie Sire’a, stwierdza, że prawo kanoniczne zezwala na publiczne komentarze na temat Kościoła, ale muszą one wykazywać „szacunek dla pasterzy” i „zważać na powszechne dobro oraz godność osób”. Zdaniem władz Zakonu Sire złamał powyższe przepisy. Innego zdania był Lisicki, który w swym tekście podkreślał, że książka „robi wrażenie solidnej i dobrze udokumentowanej”, a „cytaty z oficjalnych wywiadów i źródeł dają spójny opis bohatera”. Niezwykle niepokojąco brzmi jednak konkluzja recenzji Lisickiego, twierdzącego otwarcie, że od wieków nie było tak blisko do buntu przeciwko papieżowi, któremu sprzeciwia się „coraz silniejsza koalicja”, jej członkami zaś „są (…) nie tylko, jak niegdyś, tradycjonaliści, ale także liczne i pełne zaangażowanych świeckich ruchy obrońców życia, umiarkowani katoliccy konserwatyści, a nawet po prostu zwykli watykańscy zwolennicy porządku, którego tak brakuje państwu papieskiemu”.

Mocne słowa, lecz nie dziwią. Spośród polskich publicystów Paweł Lisicki wykazuje się wyjątkową wręcz zajadłością w krytyce obecnego pontyfikatu. Właściwie wszystkie jego teksty czy wypowiedzi dotyczące papieża Franciszka rozpinają się na skali od zadumanych wątpliwości co do treści nauczania do bezpośrednich ataków. Dyplomatycznie jest wtedy, gdy Lisicki przyznaje, że nie potrafi zrozumieć nauczania Franciszka, bo „mimo najlepszej woli” nie jest w stanie dopasować jego słów do tego, co wyniósł z domu, ale już innym razem zarzuca papieżowi wprost dekatolicyzację Kościoła. Lisicki krytykuje ekumenizm Franciszka i prowadzony przez niego dialog międzyreligijny, a stawanie w obronie klimatu uważa za przejaw postępów lewicowej ideologii. W ocenie pontyfikatu redaktor naczelny „Do Rzeczy” waha się od przymiotników „dziwny”, przez „chaotyczny”, aż po stawianie retorycznych pytań o to, czy papież nie jest heretykiem. „Tak naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby to osądzić” – ubolewał publicysta na antenie TVP Info kilka miesięcy temu.

Warto zwrócić uwagę na członków „koalicji buntu”, których wymienia Lisicki. Wyniki dziennikarskiego śledztwa w tej sprawie przedstawili Andrea Tornielli i Gianni Valente w książce Dzień sądu poświęconej w całości bezprecedensowym próbom zdyskredytowania papieża. To nie pierwszy taki przypadek w historii, bo dotychczas papieże wielokrotnie mierzyli się z zewnętrzną krytyką, ale Tornielli i Valente twierdzą, że „nowatorstwo polega na działalności całej medialnej sieci, która codziennie uderza w następcę św. Piotra nie tylko nieuzasadnioną krytyką lub pytaniami, ale też systematycznym atakiem obliczonym na zniszczenie Ojca Świętego. Cokolwiek Franciszek powie lub zrobi, jest niewłaściwe, a bezlitosna i niszcząca nagonka zostaje wzmocniona przez użycie języka coraz bardziej przypominającego wypowiedzi internetowych hejterów”. Swoją tezę ilustrują wydarzeniami, które rozpoczęło skierowanie do Franciszka dubii przez kardynałów Brandmüllera, Burke’a, Caffarrę i Meisnera. Po dubiach przychodziły kolejne pisma, a wraz z nimi początkowe wątpliwości wobec nauczania Franciszka zastępują oskarżenia o… herezję. Do krytyków dołączyli biskupi Peta i Schneider z Astany w Kazachstanie, a wraz z nimi wspomniany już wcześniej Jan Paweł Lenga. Nie trzeba długo czekać, by szeregi krytyków zasilił były nuncjusz Viganò, autor Świadectw nawołujących Franciszka do rezygnacji z urzędu.

Wyżej wymienieni duchowni mają być jednak tylko narzędziami w rękach właściwych przeciwników papieża, którymi zdaniem autorów Dnia sądu są przedstawiciele potężnych medialnych koncernów katolickich z USA (m.in. międzynarodowa sieć EWTN) i biznesmeni dysponujący idącymi w setki milionów dolarów budżetami. Jednym z nich jest Timothy Busch, prawnik i milioner aspirujący „do przywództwa nad całym konserwatywnym ruchem katolików w USA”. Podobną postacią, która jednak nie trafia na karty książki Torniellego, jest były bliski współpracownik prezydenta Donalda Trumpa, Steve Bannon, który niedawno chciał otworzyć we Włoszech specjalny ośrodek zrzeszający prawicowych katolickich aktywistów z całego świata, przez niektóre media określany jako „akademia dla nacjonalistów”. Bannon jest znany z licznych krytycznych wypowiedzi pod adresem papieża, jak również z wielkiej sympatii dla ruchów populistycznych, przed którymi przestrzega Ojciec Święty. Prywatnie przyjaźni się także z kardynałem Raymondem L. Burkiem, głównym aktorem antypapieskiej kampanii.

Dekanonizacja Jana Pawła II?

Powyższe linie ataku pojawiają się w różnych częściach światach, a w Polsce znajdują jedynie lokalny wyraz. Nie byłoby go jednak, gdyby nie wyjątkowy punkt, szczególnie dotkliwy dla wielu Polaków. Dla całych pokoleń to Jan Paweł II wyznaczył rozumienie tego, kim jest papież i czym jest papiestwo. Franciszek wychował się w Argentynie, a nie w Polsce, ma inną wrażliwość i charakter, ale różnice dotyczą także znacznie bardziej poważnych kwestii.

„Na całym świecie trwa zmasowana akcja obrzydzania pochodzącego z Argentyny papieża. Jedna z najnowszych rewelacji: Franciszek usiłuje pozbawić świętości Jana Pawła II. Dlaczego?” – pytał kilka miesięcy temu Tomasz Krzyżak na łamach „Rzeczpospolitej”. Powodem rzekomej „dekanonizacji” ma być wyjątkowa kariera, którą za czasów papieża Polaka zrobił Theodore McCarrick, usunięty ze stanu duchownego za przestępstwa wykorzystywania seksualnego były arcybiskup Waszyngtonu. Ale skąd w ogóle pomysł na lansowanie podobnej tezy? Zdaniem Krzyżaka powód jest prosty: nie ma łatwiejszej metody, by zniechęcić Polaków do papieża z Argentyny, niż przeciwstawienie mu Jana Pawła II.

Publicysta „Rzeczpospolitej” przywołuje tekst Tomasza Terlikowskiego Czy Franciszek pozbawi Jana Pawła II świętości? Nadchodzi „dewojtylizacja” Kościoła. Terlikowski twierdzi, że pomysł z dekanonizacją został sformułowany we wspomnianej publikacji Torniellego i Valentego: „to w tej książce pojawia się sugestia sekretarza Sygnatury Apostolskiej biskupa Giuseppe Sciacciego o dekanonizacji św. Jana Pawła II, gdyby udało się udowodnić, że nie praktykował on w stopniu heroicznym cnoty roztropności”. Głos Terlikowskiego podchwyciły inne media (w tym „Gazeta Wyborcza”), które powtórzyły podaną przez niego… fałszywą informację. W książce Torniellego i Valente nie pada żadne sformułowanie, które mogłoby choćby sugerować podobny proces – o ile dekanonizacja jest w ogóle możliwa.

Jakie jest źródło takiej sensacyjnej wiadomości? Krzyżak znajduje je w „twórczym omówieniu” książki, którego autorem jest Roberto de Mattei, szalenie krytyczny względem papieża Franciszka włoski historyk, kolejny z „niezależnych watykanistów”. De Mattei „jesienią ubiegłego roku w portalu Corrispondenza Romana zestawił opisywane przez Torniellego i Valentego procedury wyboru biskupów za Jana Pawła z wywiadem Torniellego z bp. Sciaccą z roku 2014, w którym ten ostatni stwierdził, że kanonizacje bywają omylne”. Wynika stąd jasno, że autorem dekanonizacyjnej plotki jest sam de Mattei, gdyż to on postawił tezę, że Franciszek mógł się pomylić, ogłaszając świętym Jana Pawła II.

Jak na dłoni widać tu mechanizm działania plotki, ale teza o dewojtylizacji znalazła podatny grunt nad Wisłą. Kolejnego wsparcia dla niej dostarczyło zamieszanie wokół Papieskiego Instytutu Teologicznego Jana Pawła II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie. Jednostka założona przez Jana Pawła II w 1981 r. w celu prowadzenia refleksji nad małżeństwem i rodziną w kluczu nauczania papieża Polaka przeszła niedawno radykalne zmiany, włącznie ze zwolnieniem części kadry profesorskiej. Papieski instytut jest nie tylko szkołą, lecz również ośrodkiem myśli, który funkcjonuje podobnie do think-tanku. Od pewnego czasu instytut zaczął jednak hamować zmiany następujące w Watykanie, na co zwracał uwagę w „Tygodniku Powszechnym” Edward Augustyn, cytując słowa Andrei Grillo, teologa z papieskiego Instytutu Liturgicznego. Zdaniem Grillo instytut „stał się zespołem teologów oderwanych od realiów życia, których bardziej zajmowała ochrona »dziedzictwa« niż rozwój myśli teologicznej, bardziej własna pozycja na papieskim dworze niż współpraca z tymi, którzy problematykę rodziny zgłębiali czy to od strony teologicznej, czy nauk społecznych”.

Rozdźwięk pojawił się przy watykańskim synodzie poświęconym rodzinie, na który nie zaproszono przedstawicieli jednostki. Synod traktował problematykę rodziny szerzej niż instytut, co widać w treści adhortacji Amoris Laetitia. Właśnie przeciwko temu dokumentowi zaczęli występować badacze zgromadzeni w papieskiej instytucji, z których najbardziej zaangażowany był jeden z czterech autorów dubii, kard. Carlo Caffarra, będący założycielem i pierwszym rektorem instytutu. Zmiany personalne w instytucie nastąpiły cztery miesiące po publikacji adhortacji. Augustyn, opisując te zajścia w „TP”, podkreślał, że miały one swoje oczywiste uzasadnienie. Tak jak Jan Paweł II reformował stare schematy myślenia o rodzinie, tak też „od posynodalnej adhortacji »Familiaris consortio« Jana Pawła II do Franciszkowej adhortacji »Amoris Laetitia« upłynęło 35 lat i świat zmienił się jeszcze bardziej. Skoro Wojtyła mógł mieć instytucję do wyjaśniania nauki zawartej w swojej adhortacji, to i Bergoglio ma takie prawo”. Problem w tym, że dla wielu zmiany poczynione przez Franciszka i posiadające odpowiednie uzasadnienie są nie do przyjęcia tylko dlatego, że wykraczają poza nauczanie Jana Pawła II.

Wojna przeciw Soborowi

Franciszek mierzy się z krytyką, która płynie do niego z różnych części świata. Ma ona charakter mniej lub bardziej skoordynowanych ruchów medialnych, dążących do dyskredytacji Ojca Świętego, a Polacy dokładają do niej swój kamyczek w postaci powtarzania znanych argumentów i przywoływania nowych, zrodzonych oburzeniem ze względu na domniemany negatywny stosunek Bergoglia do Karola Wojtyły. Ile w tych gdybaniach o braku sympatii prawdy, a ile uprzedzeń, trudno powiedzieć. Wiadomo natomiast, że takie działania wynikają z bardziej fundamentalnych przyczyn, które wykraczają poza samą postać Franciszka, a dotyczą całego Kościoła.

Ataki skierowane przeciw papieżowi to przejaw starcia pomiędzy zwolennikami dwóch wizji Kościoła. Pomiędzy tymi, którzy marzą o Kościele II Soboru Watykańskiego, a tymi, którzy go odrzucają.

Taką tezę stawia generał jezuitów Arturo Sosa SJ, który otwarcie przyznaje, że w Kościele toczy się wojna polityczna, mająca na celu wywarcie wpływu na wybór kolejnego papieża i rewizję rozstrzygnięć II Soboru Watykańskiego. Papież nie jest młodym człowiekiem i wie, że ze względu na wiek musi działać szybko, a ambicje reformy są duże: wdrożenie synodalnego myślenia o Kościele i walka z klerykalizmem. Do tego dochodzą problemy z działaniem monstrualnej w administracyjnych wymiarach Kurii Rzymskiej oraz mierzenie się ze skandalami seksualnymi w Kościele. Przede wszystkim papież wie, że Sobór się nie skończył wraz z zamknięciem obrad, ale zostawił pracę dla całego Kościoła na kolejne dekady. „Papież Franciszek jest synem II Soboru Watykańskiego, a to kładzie na niego odpowiedzialność, by zaangażować wszystkie swoje siły i możliwości we wcielenie marzeń o Kościele, które zrodziło to wielkie wydarzenie. Na tym polega jego wkład w dzieje Kościoła” – twierdził generał jezuitów w rozmowie z Gerardem O’Connelem z „America Magazine”.

Nieco szerzej patrzy teolog Victor Codina SJ, autor książki Kościół wykluczonych, który zwraca uwagę na społeczno-teologiczny charakter krytyki Franciszka. Krytycy papieża często zarzucają mu brak odpowiednich kompetencji teologicznych, zwłaszcza na tle dwóch poprzedników, ale zapominają, że papież nie musi być wybitnym uczonym, żeby kierować Kościołem. Papież jest pasterzem, a potrzebna mu teologia wypływa z rzeczywistości, którą poznał. Tak jak św. Piotr, który będąc prostym rybakiem, wiedział więcej o Bogu niż uczeni w Piśmie. Niewielu obserwatorów pontyfikatu zdaje sobie sprawę z tego, że momentem przełomowym dla kariery Jorge Marii Bergoglia było spotkanie z ubogimi w trakcie nowicjatu. Mirosław Wlekły cytuje jego list do siostry Marii Eleny, w którym przyszły papież pisał z Santiago de Chile: „Uczę tutaj religii w trzeciej i czwartej klasie. Te dzieci są takie biedne, niektóre nie mają nawet butów. Często nie mają co jeść, a zimą marzną. Nie zdajesz sobie sprawy, jak to jest, bo zawsze miałaś czym napełnić żołądek, a kiedy było ci zimno, siadałaś przy piecyku. Piszę Ci to, żebyś zdawała sobie z tego sprawę. Bo kiedy Ty się cieszysz, wiele dzieci płacze. Kiedy siadasz do stołu, inne dzieci nie mają nawet kawałka chleba, a kiedy pada i jest zimno, mieszkają w barakach i nawet nie mają czym się okryć. (…) najgorsze jest to, że oni nie znają Jezusa. Nie znają, bo nie ma kto im o nim powiedzieć. Rozumiesz teraz, dlaczego uważam, że na świecie brakuje świętych?”. Tutaj, a nie w akademii, rodzi się wyjątkowa teologia Franciszka: w spotkaniu z biedą i upokorzeniem. To zaś, nie wiedzieć czemu, gorszy licznych katolików.

„Przytulanie dzieci i chorych jest w porządku, ale ludzi denerwuje, gdy papież odwiedza Lampedusę oraz obozy dla uchodźców i migrantów, jak ten na Lesbos. Sieje niepokój, gdy mówi, że przeciwko uchodźcom nie powinniśmy budować murów, ale mosty dialogu i gościnności. Irytuje, gdy idąc w ślady papieża Jana XXIII, mówi, że Kościół musi być ubogi i istnieć dla ubogich, że pasterze muszą pachnieć jak owce, że Kościół musi być otwarty i wychodzić na peryferie. Franciszek irytuje, gdy powtarza, że to biedni są miejscem teologicznym, tematem lub źródłem” – twierdzi Codina w tekście Why do some Catholics oppose Pope Francis?.

Problemu nie stanowi fakt, że papież nie jest teologiem, ale raczej, że wizja, którą reprezentuje, to wymagająca teologia pastoralna, która przechodzi z przestrzeni dogmatu do kerygmatu – z głoszenia i refleksji nad naturą Boga do działania tak, jak chciałby Bóg. Z prostego osądu etycznego do praktyki trudnego rozeznania i zadawania pytań. Franciszek denerwuje krytyków, bo prezentuje taki Kościół, który wymaga od każdego wyrzeczeń i przekraczania siebie samego. Wymaga zrozumienia powszechnego kapłaństwa i skraca dystans między wiernymi i księdzem, który z dostojnego prezbitera staje się pasterzem. To wymaga pracy, która wielu z nas po prostu nie jest na rękę.

Kup numer