fot. Jan Morek/PAP
z Thomasem J. Reesem SJ rozmawia Karol Kleczka styczeń 2022

Zbyt szybko kanonizowaliśmy Jana Pawła II

Konserwatyści oskarżają każdego, kto kwestionuje autorytet Jana Pawła II, o to, że podcina gałąź zachodniej cywilizacji. Liberałowie powtarzają, że papież jedyne, co robił, to chronił pedofilów i prześladował nieprawomyślnych teologów. Obie strony są w błędzie – musimy patrzeć na tę postać w całej jej złożoności.

Artykuł z numeru

Osiem lekcji na numer 800.

Czytaj także

Karol Kleczka

Jesień Kościoła w Polsce

Mniej więcej rok temu opublikował Ksiądz głośny artykuł pod prowokacyjnym tytułem To błąd, że tak szybko kanonizowaliśmy Świętego Jana Pawła II. Co Ksiądz miał na myśli?

Kocham Jana XXIII, Pawła VI mam za wielkiego człowieka i jestem świadom wielu wspaniałych rzeczy, których dokonał Jan Paweł II. Zasadniczo uważam jednak, że kanonizowanie papieży to pomyłka. Gdy ogłasza się świętymi duchownych, to im wyższe ich stanowisko, tym łatwiej o popadnięcie w klerykalizm i przypisywanie ich nauczaniu rangi niepodważalnego. Po kanonizacji wszyscy powinniśmy ich szanować, słuchać, co mówili, i powstaje ogólne wrażenie, że skoro są świętymi, to zapewne w całym swoim życiu nie zrobili nic złego. Kanonizacje papieży nie pomagają życiu Kościoła.

To znaczy?

Zwolennicy kanonizacji naciskają na nie, bo pragną takim zabiegiem przypieczętować dany pontyfikat. Intencja jest taka, by ogłoszenie świętości niejako automatycznie unieważniło wszelką możliwą krytykę. Świętych się przecież nie krytykuje. Natomiast Kościół, który musi ulegać ciągłej reformie, nie powinien pozwalać na takie cementowanie nauczania.

Święci papieże to ludzie, a więc popełniali błędy. Nie powinniśmy ich traktować ulgowo. Nie można mówić, że wszystko, co zrobili, było złe, jak chcieliby niektórzy krytycy, ani patrzeć na nich przez różowe okulary, głosząc, że ich życie i czyny były doskonałe, a ich stanowisko powinno określić kierunek Kościoła na wieki. To bowiem wiąże ręce kolejnych papieży.

Niektórzy pragnęliby, aby nauczanie Jana Pawła II wyznaczało ostateczny punkt dojścia Kościoła. Z tej perspektywy krytykują obecnego papieża, wytykając Franciszkowi niedokształcenie, porównując go z wybitnym ich zdaniem teologiem i filozofem Wojtyłą. To też paraliżuje Kościół.

Jest tylu świeckich, których można kanonizować! Gdybym miał wskazać na jakieś szczególnie ważne w moim przekonaniu osoby, to kierowałbym uwagę na dzieci ofiary wojny w Rwandzie. Gdy do ich szkoły przyszli bojówkarze i nakazali im podzielić się na Hutu i Tutsi, one odmówiły i zginęły z rąk oprawców. To świadkowie solidarności, sprzeciwu wobec rasizmu i oporu względem konfliktów etnicznych, dlatego mogą stanowić wspaniały wzór dla innych młodych chrześcijan, przemawiać do ich wrażliwości. A papież? Jego doświadczenia są odległe od większości wiernych.

Jan Paweł II zmarł 16 lat temu i odbiór jego dziedzictwa staje się oraz bardziej zniuansowany, często krytyczny. W Polsce był przez wiele lat niekwestionowanym autorytetem, lecz z każdym kolejnym rokiem wzrasta wobec niego dystans i opór, do tego stopnia, że dla młodszych pokoleń Wojtyła stanowi przedmiot żartów. Czy dostrzega Ksiądz podobne procesy zagranicą?

Prowadziłem kiedyś zajęcia, w trakcie których ze zdumieniem zorientowałem się, że moi studenci nie wiedzieli, kim był John F. Kennedy. Prawdopodobnie coś podobnego dzieje się wśród młodych Polaków, dla których prawdziwy Wojtyła nie istnieje. Przestał być człowiekiem z krwi i kości, a stał się postacią legendarną, każde pokolenie zaś demitologizuje bohaterów poprzednich wieków. Podawanie w wątpliwość jest częścią dojrzewania, natomiast gdy błędy bohaterów z przeszłości są zakrywane przez starszych, to autorytety wywołują konsternację. Gdy młody człowiek dojrzewa, doświadcza tego w najbliższym otoczeniu na przykładzie rodziców: ci, którzy do tej pory byli perfekcyjni, okazują się ułomni. Niemniej dojrzewanie nie przebiegnie prawidłowo, jeśli człowiek nie postara się zrozumieć źródła tych błędów, zaakceptować swoich rodziców, ale już autentycznych, a nie mitycznych.

Tak powinniśmy zrobić z Janem Pawłem II. Nie chodzi o zrzucanie go z piedestału, lecz o pokazanie pełnego obrazu papieża jako człowieka, który robił rzeczy piękne i również się mylił. Tragedia polega na tym, że konserwatyści lubią podkreślać tylko tę dobrą stronę i oskarżają każdego, kto zaczyna kwestionować autorytet Jana Pawła II, o to, że podcina całą gałąź zachodniej cywilizacji. Podobną krótkowzrocznością charakteryzują się ich przeciwnicy ze strony liberalnej, którzy niezmordowanie powtarzają, że papież był okropny i w trakcie całego pontyfikatu nie zrobił nic dobrego, lecz jedynie chronił pedofilów i prześladował nieprawomyślnych teologów. Obie strony są w błędzie, bo musimy poznawać osobę – każdą osobę, nie tylko papieża – w całej jej złożoności. Autorzy ewangelii i Dziejów Apostolskich nie kryli błędów Piotra i pozostałych uczniów Jezusa. Nie przemilczali sporów toczonych w pierwszym Kościele, pokazywali jego złożoność i bardzo dobrze, że to robili.

Jeszcze kilka lat temu nikt by się o to nie pokusił, ale obecnie coraz częściej pojawiają się głosy, że papież Jan Paweł II powinien zostać zdekanonizowany.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Jan Paweł II zrobił wiele wspaniałych rzeczy. Był właściwym człowiekiem we właściwych miejscu i czasie, żeby odegrać istotną rolę historyczną. Miał wielki wpływ na rozwój Europy Wschodniej i Polski, a jego rola w pokonaniu komunizmu jest nie do przecenienia. Myślę, że mógł być nawet ważniejszą osobą niż Ronald Reagan, jeśli chodzi o ten proces, i darzę go za to wielkim szacunkiem. Niemniej jednak jego pontyfikat obfitował w kwestie dotyczące życia Kościoła, z którymi miałem i nadal mam poważny problem.

Czyli jest on Księdzu bliższy z powodów politycznych niż duszpasterskich?

Prócz tego, że jestem jezuitą, mam też doktorat z nauk politycznych, dlatego zależy mi na podkreśleniu, że polityka to dość wieloznaczny termin. Papież był głosem sprawiedliwości społecznej i wolności, działał na rzecz praw człowieka – i w tym sensie uprawiał politykę. Nie ma w tym nic złego, to nie partyjna walka, ale praca na rzecz dobra wspólnego. Prorocy Starego Testamentu byli krytykami ówczesnej elity i brali w obronę ubogich, głosili sprawiedliwość – to też działania polityczne. Dlatego niejednokrotnie trudno oddzielić przestrzeń polityczną od przestrzeni ewangelicznej.

Wspominał Ksiądz, że miał problem z pontyfikatem Jana Pawła II. Dziś, gdy dyskusja o nim wpada w coraz ostrzejsze tony, można mieć wrażenie, że wokół tego okresu trwała pewna umowna zgoda. Czy dopiero teraz widać jego błędy, czy też były dostrzegane wcześniej, jednak wypierane?

Odpowiedź będzie zależeć, od tego kogo Pan zapyta. Sam często byłem krytykowany za dyskutowanie z decyzjami Jana Pawła II. Dostrzegałem jego błędy i pisałem o nich w trakcie jego pontyfikatu, podobnie jak wielu innych teologów, którzy padli ofiarą watykańskiej krytyki, bo jednym z największych błędów tamtego papieża było ograniczanie wolności w debacie.

Pontyfikat Jana Pawła II w porównaniu z pontyfikatami Pawła VI, Benedykta XVI i Franciszka był rekordowy pod względem inkryminowania teologów.

Papież w dużej mierze kierował się zasadą: „Będzie po mojemu albo wcale”. Watykan dawał odpowiedzi na zagadnienia teologiczne i jeśli się ich nie akceptowało, to grożono zwolnieniem, wyciszano i marginalizowano.

Jan Paweł II, a po nim Benedykt XVI założyli, że II Sobór Watykański zakończył debatę teologiczną i teraz pozostaje tylko go interpretować. A jak interpretować? Zgodnie z ich wykładnią soboru. Pod względem stanu debaty teologicznej pontyfikat Jana Pawła II był katastrofą, a trzeba pamiętać, że to był długi okres. Teolodzy porzucili myślenie kreatywne, przestali brać udział w kształtowaniu nauczania Kościoła. Teologia stanęła w miejscu. Przykładów jest sporo: Hans Küng, Edward Schillebeeckx, teolodzy moralni z USA tacy jak Richard McCormick, teolodzy wyzwolenia z Ameryki Łacińskiej, ludzie zaangażowani w dialog międzyreligijny w Azji. Na celowniku byli teolodzy, którzy, rozmawiając o Bogu i Kościele, używali innego języka niż ten znany z przeszłości. Wielu badaczy usunięto z wydziałów i seminariów tylko dlatego, że zadawali pytania na temat żonatych księży czy kapłaństwa kobiet albo domagali się zniuansowania podejścia do encykliki Humanae vitae. Nie byłeś lojalny – nie mogłeś uczyć. A usuniętych teologów zastąpili tacy, którzy nie potrafili zrobić wiele więcej, niż powtórzyć to, co napisano w Katechizmie Kościoła Katolickiego. W efekcie uformowano kilka pokoleń seminarzystów, których nikt nie nauczył myśleć samodzielnie, bo uczono ich tylko zapamiętywać to, co usłyszeli od profesorów.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Dzisiaj wyraźnie widać efekty tej wyrwy, bo obecny papież każe nam dyskutować i się nawzajem słuchać, a wcale tego nie potrafimy. Otwierając pierwszy synod biskupów, papież Franciszek posłużył się słowem „parezja”, którego apostołowie używali do opisu debaty między Piotrem i Pawłem na pierwszym soborze w Jerozolimie. Papież zachęca do dyskusji, mówi, że nie ma takiego tematu, którego się nie podejmiemy. Wcześniej istniały tematy uznawane za niepodlegające dyskusji i przez szeregowych księży, i przez biskupów, a tym bardziej przez wiernych.

W jakim stopniu to wina Jana Pawła II, a na ile większej grupy – jego dworu i watykańskich kongregacji podczas jego pontyfikatu? W jednym z Księdza tekstów przeczytałem takie zdanie: „Zarówno Jan Paweł II, jak i Benedykt natrafili na problem, bo otaczali ich ludzie, którzy uważali, że papież jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Tacy doradcy nie mają w zwyczaju dyskutować ze swoimi szefami”.

Papież odpowiadał za to, kim się otaczał. To była jego wielka słabość. Jan Paweł II dobierał potakiwaczy, ludzi, którzy się mu nie sprzeciwiali i nie polemizowali z jego tokiem myślenia, podczas gdy bardziej skorzystałby na doradcach, którzy mieliby odwagę powiedzieć mu wprost: „Wasza Świątobliwość jest w błędzie”. Podobny problem miał później Ratzinger, który również nie słuchał innych głosów, traktując teologów jak studentów, a nie równych sobie partnerów w dyskusji. Pouczał ich, poprawiał, a jak nie podążali za jego linią, to oblewali egzamin. Prawdziwy lider tak nie robi, tylko otacza się mądrymi ludźmi, aby ich słuchać.

Zaszła jednak pewna interesująca zmiana. Papież Jan Paweł II był przez lata krytykowany przez środowiska integrystyczne, choćby ze względu na otwartość dla dialogu międzyreligijnego i ekumenizmu, a obecnie zyskuje w nich sojuszników – zwłaszcza w tych, które zbliżają się do populistycznych ruchów politycznych.

Zwolenników Jana Pawła II można podzielić na dwie grupy, które niekiedy się przenikają, choć zasadniczo mówią coś różnego. Pierwsza jest oddana papieżowi ze względu na jego nauczanie społeczne i teologiczne. To osoby przekonane o geniuszu Jana Pawła II, traktujące jego wypowiedzi jako pełnię nauczania Kościoła, uważające za narzędzie dla zabezpieczenia jego obowiązywania kanonizację papieża. Jedną z nich jest George Weigel, neokonserwatywny myśliciel dobrze znany w Polsce, który określił papieża przymiotnikiem „Wielki” i który od lat podkreśla, że Jan Paweł II to najlepszy przewodnik dla Kościoła w XXI w., a jego spuścizna to teologiczny fundament, na którym trzeba budować. Nie wątpię w jego szczerość intelektualną i oddanie, widzę, że jest prawdziwym wyznawcą Jana Pawła II. Dla niego ogłoszenie polskiego papieża świętym jest jak przyznanie niebiańskiego imprimatur.

Jest też druga grupa, którą interesuje Jan Paweł II, ale z uwagi na władzę, jakiej pragną w Kościele albo chcą za przyczyną Kościoła uzyskać.

Tych określiłbym jako klerykałów. Jan Paweł II był dla nich idealnym papieżem, bo był silny, zdecydowany, mówił, jak jest i jak ma być. To dwie wiodące grupy, które nie przyjmują krytyki Jana Pawła II. Niemniej trzeba podkreślić, że są one selektywne w stosunku do papieża. Jan Paweł II był bardzo wrażliwy społecznie. Krytykował amerykańskie inwazję na Afganistan i wojnę w Iraku. Wysłał nawet do USA kard. Laghiego, który rozmawiał z prezydentem Bushem i usiłował go przekonać do zmiany zdania w sprawie inwazji. Bush, unikając dyskusji, kierował całą rozmowę wyłącznie na kwestię terminacji ciąży – do tego stopnia, że Laghi musiał go upomnieć, że nie przyjechał rozmawiać o aborcji, tylko o planowanej wojnie.

Wróćmy do wspomnianego przez Księdza wątku papieskich nominacji. Obecne kary nakładane na polskich biskupów przez Watykan dotykają tych, którzy w dużej mierze byli nominatami Jana Pawła II, nieraz protegowanymi kard. Dziwisza. Dziś są oni oskarżeni o krycie przestępstw wykorzystywania seksualnego. Niepokojąco przypomina to system koleżeńskich powiązań, w którym nie przebiega odpowiednia weryfikacja. Podobnie było z nominacjami zagranicznymi – wystarczy wymienić McCarricka czy Hansa Hermanna Groëra albo bezkarnego Maciela Degollado. Wobec nich wszystkich krążyły poważne zarzuty, a jednak robili kościelne kariery.

Trudno mi tu znaleźć jakieś dobre wyjaśnienie. Gdy sprawy wykorzystywania seksualnego zaczęły wychodzić na światło dzienne, myślę tu zwłaszcza o wątkach naświetlonych przez „The Boston Globe”, to pierwszą reakcją było wyparcie. „To nie mogło mieć miejsca” – wydaje mi się, że Jan Paweł II właśnie tak to odbierał, co obrazuje jakąś krótkowzroczność. Papież myślał o Kościele jak o bliskiej rodzinie, a gdy ktoś wysuwa zarzuty wobec jej członka, to wiarę pokłada się w krewnym, a nie w oskarżycielu.

Śledztwo w sprawie McCarricka ukazało dodatkowy kontekst, który umożliwiał funkcjonowanie takiego wyparcia. Jan Paweł II dorastał w kraju, w którym Kościół był prześladowany przez reżimy totalitarne, przestępstwa seksualne zaś stanowiły jeden z wiodących zarzutów wobec duchowieństwa. Tło historyczne wpływało na odbiór tych spraw, a osobiste doświadczenia Jana Pawła II stanowiły filtr, którym odpowiadał na zarzuty kierowane względem księży. To nadal były „ataki wrogów Kościoła”, tyle że kiedyś stosowane przez komunistów, a potem przez media, cywilizację śmierci czy kogokolwiek, kto nie wyznawał „naszych” poglądów etycznych, komu nie pasował np. kościelny sprzeciw wobec aborcji.

Niemniej początki zmagania się ze skandalem wykorzystywania seksualnego przypadają na pontyfikat Jana Pawła II. Gdy biskupi amerykańscy zwrócili się do niego o pomoc, to zlecił odpowiednie działania Ratzingerowi i Kongregacji Nauki Wiary. Jan Paweł II niewątpliwie zareagował późno, lecz jego stanowisko ulegało zmianie. Dlatego też nie potrafię skrytykować go w takim stopniu, w jakim potępiają go niektórzy. Staram się pamiętać, że ten papież był na samym początku kryzysu, a wtedy łatwiej o błędy. Wykorzystywanie seksualne traktowano jako „słabość”, grzech, a nie jak przestępstwo czy przejaw głębokiej patologii. Za Jana Pawła II rozwijało się w Kościele nauczanie o miłosierdziu, a księża byli formowani do niesienia nowiny o Bożym odkupieniu grzeszników. I w takim klimacie sprawca zbrodni idzie do konfesjonału albo do swojego przełożonego i solennie przyrzeka, że nigdy więcej się jej nie dopuści. Co robi biskup? Oczywiście mu wierzy, bo myśli, że to konkretne dziecko było źródłem pokusy, więc wystarczy księdza przenieść na inną parafię, zerwać tę relację i będzie po problemie.

„Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo, i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” – tak to opisywał abp Józef Michalik, były przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

O tym sposobie myślenia mówię: duchowni nie rozumieli kryminalnej natury tych występków i przede wszystkim nie chcieli atmosfery skandalu.

Myśląc o polskich biskupach i o radzeniu sobie, bądź nie, z wykorzystywaniem seksualnym, nie wolno zapomnieć o kolejnym błędzie, czyli postawie, że ten problem nas nie dotyczy. Gdy świat dowiedział się o skandalu, to winę często zrzucano na „zepsucie” Ameryki. Potem, gdy pojawiały się przypadki w Irlandii czy w Australii, powtarzano, że to problem Kościoła anglojęzycznego, ale wtedy wybuchł skandal w Niemczech. Wielu duchownych nadal przerzucało winę na „świat Zachodu”. W Polsce właśnie to miało miejsce, biskupi nie uczyli się na błędach swoich braci.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer