Portret młodej kobiety w żałobie, Francja, ok. 1840 r. fot. własność autora
Piotr Oczko wrzesień 2025

Wampirek, czyli małe jest piękne

Miniatury portretowe to dzieła niesłychanie prywatne i intymne. Nie bez znaczenia jest zmysłowy aspekt dotykanego często przedmiotu, faktura i kolor ramki, waga i kruchość. Te niewielkie artefakty budzą w nas wzruszenie i tkliwość.

Artykuł z numeru

Uwolnić się od kultu produktywności

Uwolnić się od kultu produktywności

Kiedy starsza osoba płaci przede mną przy kasie i w wytartym pugilaresie migną mi za plastikową szybką zdjęcia, zawsze się trochę wzruszam. Jestem takim samym dinozaurem jak ona. Noszę przecież przy sobie fotografie bliskich: Mamy, Babci, Brata, Bratanka, Agnieszki i Barry’ego oraz Gizeli Reicher-Thonowej, zamordowanej w Holokauście badaczki ironii Słowackiego, której kenkartę skserowałem kiedyś w archiwum. Gdy za moich studenckich czasów szło się zrobić zdjęcie do legitymacji, zamawiało się zawsze więcej odbitek, by wręczyć je potem tym, którzy byli dla nas ważni lub (akt odwagi!) chcieliśmy, żeby się nimi stali. Do dziś trzymam w szufladzie kilkadziesiąt takich znaków dawnych przyjaźni i chwilowych fascynacji. Jak jednak radzono sobie przed wynalezieniem fotografii? Otóż obstalowywało się u wyspecjalizowanego malarza miniaturę portretową. Wieszano ją potem na ścianie, stawiano na meblach, zabierano w podróż w skórzanym zamykanym etui, a nawet wprawiano w bransoletkę, broszkę, naszyjnik lub tabakierkę.

Intymność patrzenia

Malarstwo miniaturowe (zresztą nie tylko portretowe, bo w wersji mini występują niemal wszystkie gatunki, by wymienić tylko sceny religijne, martwe natury i pejzaże) wywodzi się z iluminacji zdobiących średniowieczne księgi. Jako niezależny rodzaj malutkie wizerunki pojawiły się w renesansie, przy czym przyjmuje się, że na ich upowszechnienie miały wpływ zabiegi matrymonialne Henryka VIII – kandydatek swatano mu przecież znacznie więcej niż sześć wybranek – z których większość trudno uznać za szczęśliwe. Miniatury idealnie nadawały się do zaprezentowania ich królowi, mieściły się w kieszeni posłańca, no i można je było namalować szybko. Do rangi arcydzieł podniósł je zaś nadworny malarz monarchy Hans Holbein młodszy. Maleńkie portreciki monarchów niedługo potem stały się oficjalnym podarunkiem dyplomatycznym, a na dworach zaczęto zatrudniać sztaby twórców kopiujących je na tuziny.

W XVIII i XIX stuleciu malarstwo miniaturowe osiągnęło apogeum popularności wśród klas wyższych i mieszczaństwa. Portretowano się przy każdej sposobnej okazji, zwłaszcza zaś gdy członek rodziny oddalał się od bliskich, wyjeżdżał na dłużej, wstępował w związek małżeński lub szedł na front.

Wielki przełom nastąpił, kiedy w XVIII w. jako podobrazi zaczęto używać płytek z kości słoniowej nadających twarzom świetlistość. Do tej pory korzystano głównie z kartoników (często kart do gry), pergaminu oraz mosiężnej blachy. Niestety, konsekwencją świetlistych mieszczańskich oblicz była coraz większa krwawa hekatomba na afrykańskich sawannach.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się