|

Diagnozy
         
Co się dzieje z czasopismami kulturalnymi?
Konrad C. Kęder
Dychawiczny rynek czasopism kulturalnych przeżywa właśnie kolejną
głęboką zapaść. Do połowy roku wiele pism praktycznie zawiesiło
swoją działalność, ratując jesienią resztki rynkowej wiarygodności
numerami łączonymi, kilka zaś przestało się ukazywać lub zmieniło
period na rzadszy. Powód? Banalny - brak pieniędzy. Nie byłoby w
tym nic dziwnego, od kilku lat stan taki jest bowiem w Polsce "normalnością",
gdyby nie fakt, że zmiany dotknęły pisma znane i - wydawało się
- dobrze sytuowane, bo niezależne od państwowej kiesy. Przestał
się ukazywać poznański miesięcznik kulturalny "Arkusz", wydawany
przez Oficynę Wydawniczą "Głos Wielkopolski", zaś miesięcznik "Res
Publica Nowa", wydawany przez Spółdzielnię Pracy "Polityka", zamienił
się w kwartalnik. Czyżby po "zmierzchu tygodników", jaki nastąpił
w latach 90., początek nowego wieku przyniósł nam "zmierzch miesięczników"?
A może zaczął zanikać zwyczaj wydawania, redagowania i czytania
czasopism kulturalnych? Co jednak zrobić z faktem, że internetowy
portal Witryna Czasopism.pl w ciągu dwóch lat zwiększył liczbę odnotowywanych
czasopism kulturalnych o ponad 100 tytułów? Nie uwzględniając przy
tym efemeryd, czyli takich czasopism, które wydały mniej niż trzy
numery.
Zmiana
Kiedy mowa o czasopismach kulturalnych, warto zastrzec, że nie
chodzi wyłącznie o czasopisma literackie. Choć najczęściej z literaturą
kojarzone, czasopisma kulturalne zajmują się w zasadzie wszystkimi
dziedzinami sztuki i rodzajami aktywności społecznej. To, co je
wyróżnia lub przynajmniej powinno wyróżniać wśród innych pism kształtujących
opinię, to poziom refleksji - wysoki, jakkolwiek nie sięgający wyżyn
abstrakcji właściwych publikacjom naukowym - oraz możliwie niekomercyjne
nastawienie. Przy czym kształtowanie opinii następuje nie tylko
poprzez publikację tekstów krytycznych bądź analiz, ale także przez
prezentowanie zjawisk i dzieł artystycznych. Stanowczo nie należy
używać do opisu czasopism kulturalnych słowa "niszowe", które to
słowo uwypukla finansowy aspekt czasopiśmienniczego przedsięwzięcia.
Czasopismo kulturalne nie może być "niszowe", gdyż jego wydawca
nie nastawia się na wynajdowanie niezagospodarowanych segmentów
rynku, a redakcja nie zaspokaja potrzeb odbiorców - raczej próbuje
owe potrzeby (jeśli oczywiście można o myśleniu mówić jako o potrzebie)
w miarę możliwości kształtować, kierując się motywami wyższymi niż
merkantylne.
Ogólnie rzecz biorąc, chęć kształtowania opinii przybliża w potocznym
mniemaniu czasopisma kulturalne do dużych mediów, w rywalizacji
z którymi są, rzecz jasna, bez szans (siły zdecydowanie nie te)
oraz wciąż jeszcze powoduje skojarzenia z PRL-owską misją "wychowywania
społeczeństwa", którą, w granicach udzielanych koncesji, prowadzić
mieli działacze kultury i intelektualiści. Tymczasem w latach 90.
nastąpiła pod tym względem wyraźna zmiana. Nie tylko złudzenia tyczące
możliwości rywalizacji intelektualistów z dużymi rynkowymi graczami
zostały skutecznie rozwiane, czego ostatnie akordy mamy okazję obserwować
na przykładzie "Arkusza" i "Res Publiki Nowej", ale też mordercze
prawa ekonomii wespół z równie morderczą polityką samorządów i Ministerstwa
Kultury zmieniły czasopisma kulturalne w inicjatywy obywatelskie
- z nielicznymi wyjątkami - niekoniunkturalne politycznie.
Kultura sprywatyzowana
Liczba pism kulturalnych (Witryna Czasopism.pl odnotowuje ponad
400 ukazujących się tytułów, z tego około 300 w wersji klasycznej,
papierowej) jest polskim fenomenem. Nigdzie indziej w Europie nie
ma ich tak wiele. Być może z punktu widzenia rynku jest ich za dużo
i, w wielu tego słowa znaczeniach, są za słabe - dlatego ledwie
wiążą koniec z końcem lub są zamykane. Ale skoro Polacy właśnie
w ten sposób chcą brać czynny udział w kulturze, to dlaczegóż im
tego bronić? Raczej należałoby ku temu stwarzać warunki, mając na
uwadze to, że Polak niepiśmienny i o horyzontach ograniczonych edukacją
szkolną oraz programami telewizyjnymi to doprawdy wątpliwy wzorzec.
Z tej perspektywy patrząc, to nie czasopism jest za dużo, tylko
czytelników za mało. Jednak tego typu perspektywa u samorządowców
i urzędników państwowych to pobożne życzenie. Od lat prowadzą oni
wobec mało atrakcyjnego jako argument w gierkach politycznych partnera
politykę dzikiej "prywatyzacji". Ta nie polega, rzecz jasna, na
podejmowaniu prób wyszukiwania dla czasopism inwestorów, tylko na
przerzucaniu odpowiedzialności za ukazywanie się danego czasopisma
na wydawcę lub redaktora naczelnego, który słyszy, że wychodzenie
pisma to jego "prywatna sprawa", bo "nie ma pieniędzy". Mantra ta
jest powtarzana z cichą nadzieją, że nieprzyjemny proces zamknięcia
tytułu załatwi niewidzialna ręka rynku. Dekoniunktura gospodarcza
i dziura w budżecie nie mają tu aż tak wiele do rzeczy, są raczej
wygodnym pretekstem. W rezultacie inicjatywy czasopiśmiennicze są
finansowane przede wszystkim dzięki programom grantowym fundacji,
"chodom" i czasem poświęceniu "sprywatyzowanych" osób, a fikcja
rachunku ekonomicznego jako kryterium przyznania dotacji, jakkolwiek
traktowana przez urzędników ze śmiertelną powagą, jest całkowita.
Komu dotację?
Od państwa bezpośrednio być może - nikomu. Oczywiście, nie można
odmówić rządowi prawa prowadzenia polityki kulturalnej za pomocą
finansowania różnych przedsięwzięć. Ale w sytuacji braku zainteresowania
wspieraniem czasopism, czego dowodem jest absolutnie skandaliczna
historia realizowania tegorocznych dotacji ministerialnych, byłoby
bodaj lepiej dla wszystkich, gdyby łańcuch pokarmowy, w którym obowiązkowym
pośrednikiem jest państwo lub samorząd, został skrócony. Zaś pieniądze
mogły trafiać krótszą i szybszą drogą od obywateli do wydawców.
Mechanizm rynkowy, o czym mam nadzieję wszyscy są już przekonani,
nie jest alternatywą, czy raczej - jest alternatywą nazbyt toporną.
Pewnym rozwiązaniem mogłoby być, przykładowo, dotowanie prenumerat
czasopism kulturalnych dla bibliotek szkolnych i publicznych - zamiast
dotowania wydawania samych czasopism. Dalekosiężnym celem byłoby
jednak stworzenie systemu finansowania czasopism kulturalnych łączącego
środki publiczne, pozarządowe oraz środki sponsorów komercyjnych.
Elementem tego systemu powinna być sprawna współpraca agend państwa
z organizacjami pozarządowymi, nie najgorzej radzącymi sobie z prowadzeniem
programów grantowych. A przede wszystkim zwiększenie udziału czytelników
w finansowaniu czasopism, do czego można dążyć, promując możliwość
bezpośredniego przekazywania 1% podatku od osób fizycznych na rzecz
organizacji prowadzących działalność kulturalną, a więc, na przykład,
wydających czasopisma. A także promując prenumeratę jako formę docierania
do czasopism. To ostatnie minimalizowałoby straty - średnie zwroty
czasopisma kulturalnego kolportowanego w kioskach i salonach prasowych
wynoszą 50%! Może najważniejsze byłoby jednak zasadnicze obniżenie
- z pomocą Internetu - kosztu dotarcia do czytelnika.
W sieci
Internet jest jakąś gwarancją, że czasopisma kulturalne pozostawione
samym sobie nie znikną - te najbardziej zdeterminowane, pozbawione
większych dotacji zapewne przeniosą się do sieci. Już teraz wiele
z uwzględnionych w Witrynie Czasopism.pl tytułów ma swoje sieciowe
wersje lub też ukazuje się wyłącznie w Internecie. Jednak z ewentualnego
zaniku obiegu papierowych czasopism kulturalnych trudno robić cnotę,
dla wielu odbiorców, na przykład tych nie mających do Internetu
dostępu, oznaczałoby to rozbrat z lekturą. Z drugiej strony - przez
Internet można dotrzeć do tych czytelników, którzy w inny sposób
są dla niskonakładowych czasopism zupełnie nieosiągalni. To nie
tylko kwestia pokoleniowości i stylu odbioru treści kulturalnych,
ale i geografii - w małej miejscowości łatwiej połączyć się przez
telefon z siecią niż doczekać w pobliskim kiosku wyboru ambitnych
czasopism. Także czytający po polsku odbiorcy z innych krajów dostają
swoją szansę.
Najwyższymi pozycjami w budżecie czasopism są nieodmiennie koszty
papieru i druku. Problemem dla wydawców są również wysokie koszty
tradycyjnego kolportażu i jego niska efektywność, do czego przyczynia
się brak środków na reklamę i promocję. Niewielkie otrzymywane obecnie
dotacje można by z większym pożytkiem przeznaczyć na wydawanie czasopisma
w Internecie. Można by, ale po pierwsze nikt dotacji na wydawanie
pisma w Internecie nie dostanie, gdyż takowych samorządy, Ministerstwo
Kultury i fundacje nie przyznają (chyba jedynym wyjątkiem jest tu
finansowany przez miasto Wrocław "Tin": www.tin.pl), po drugie zaś,
wydawanie w Internecie ciągle postrzegane jest jako mało prestiżowe.
Jednak, podejrzewam, gdyby autorzy internetowych publikacji zaczęli
otrzymywać normalne honoraria, prestiż tych publikacji poszybowałby
w górę.
Optymalnym rozwiązaniem jest, jak się wydaje, wykorzystywanie
Internetu do promocji wersji papierowych, zbierania i opłacania
prenumerat, udostępniania archiwów i numerów bieżących, wedle uznania
- za darmo lub odpłatnie. Wszystkie te możliwości są od strony technicznej
w zasięgu ręki i niedrogie. W nieco dalszej perspektywie można także
myśleć o wykorzystywaniu Internetu i technologii druku na żądanie
do przygotowywania dokładnie takiej liczby egzemplarzy, ilu będzie
zamawiających.
Póki co Internet jest niezłym inkubatorem nowych inicjatyw czasopiśmienniczych.
Będąc medium tanim i stosunkowo powszechnym, pozwala nowej inicjatywie
wystartować, zaistnieć i okrzepnąć. Daje czas na znalezienie środków
na wersję papierową. Dla pism od dawna będących w obiegu jest natomiast
szansą na dodatkowe dochody i rozszerzenie kręgu czytelników. Jednak
spontanicznego wykorzystywania Internetu dla celów promowania ambitnej
kultury nie można traktować jak listka figowego mającego zakryć
brak sensownej polityki wobec środowisk skupionych wokół czasopism
kulturalnych. Uzdrowienia wymaga system ich finansowania, na razie
pokraczny i oparty na fałszywych przesłankach.
KONRAD C. KĘDER, ur. 1965. Autor prozy (Antologia twórczości postnatalnej,
1996), książeczek parapoetyckich i szkiców krytycznoliterackich.
Redaktor Witryny Czasopism.pl, prezes Fundacji Otwarty Kod Kultury.
Redaktor naczelny "FA-artu", twórca i redaktor naczelny (do 2001)
dwumiesięcznika "Opcje".
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |