Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LUTY 2004, NUMER 585

Strona główna

Uniwersytet latajacy Znaku (4)


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

Diagnozy

 

            Co się dzieje z czasopismami kulturalnymi?

Konrad C. Kęder

 

Dychawiczny rynek czasopism kulturalnych przeżywa właśnie kolejną głęboką zapaść. Do połowy roku wiele pism praktycznie zawiesiło swoją działalność, ratując jesienią resztki rynkowej wiarygodności numerami łączonymi, kilka zaś przestało się ukazywać lub zmieniło period na rzadszy. Powód? Banalny - brak pieniędzy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, od kilku lat stan taki jest bowiem w Polsce "normalnością", gdyby nie fakt, że zmiany dotknęły pisma znane i - wydawało się - dobrze sytuowane, bo niezależne od państwowej kiesy. Przestał się ukazywać poznański miesięcznik kulturalny "Arkusz", wydawany przez Oficynę Wydawniczą "Głos Wielkopolski", zaś miesięcznik "Res Publica Nowa", wydawany przez Spółdzielnię Pracy "Polityka", zamienił się w kwartalnik. Czyżby po "zmierzchu tygodników", jaki nastąpił w latach 90., początek nowego wieku przyniósł nam "zmierzch miesięczników"? A może zaczął zanikać zwyczaj wydawania, redagowania i czytania czasopism kulturalnych? Co jednak zrobić z faktem, że internetowy portal Witryna Czasopism.pl w ciągu dwóch lat zwiększył liczbę odnotowywanych czasopism kulturalnych o ponad 100 tytułów? Nie uwzględniając przy tym efemeryd, czyli takich czasopism, które wydały mniej niż trzy numery.

Zmiana

Kiedy mowa o czasopismach kulturalnych, warto zastrzec, że nie chodzi wyłącznie o czasopisma literackie. Choć najczęściej z literaturą kojarzone, czasopisma kulturalne zajmują się w zasadzie wszystkimi dziedzinami sztuki i rodzajami aktywności społecznej. To, co je wyróżnia lub przynajmniej powinno wyróżniać wśród innych pism kształtujących opinię, to poziom refleksji - wysoki, jakkolwiek nie sięgający wyżyn abstrakcji właściwych publikacjom naukowym - oraz możliwie niekomercyjne nastawienie. Przy czym kształtowanie opinii następuje nie tylko poprzez publikację tekstów krytycznych bądź analiz, ale także przez prezentowanie zjawisk i dzieł artystycznych. Stanowczo nie należy używać do opisu czasopism kulturalnych słowa "niszowe", które to słowo uwypukla finansowy aspekt czasopiśmienniczego przedsięwzięcia. Czasopismo kulturalne nie może być "niszowe", gdyż jego wydawca nie nastawia się na wynajdowanie niezagospodarowanych segmentów rynku, a redakcja nie zaspokaja potrzeb odbiorców - raczej próbuje owe potrzeby (jeśli oczywiście można o myśleniu mówić jako o potrzebie) w miarę możliwości kształtować, kierując się motywami wyższymi niż merkantylne.

Ogólnie rzecz biorąc, chęć kształtowania opinii przybliża w potocznym mniemaniu czasopisma kulturalne do dużych mediów, w rywalizacji z którymi są, rzecz jasna, bez szans (siły zdecydowanie nie te) oraz wciąż jeszcze powoduje skojarzenia z PRL-owską misją "wychowywania społeczeństwa", którą, w granicach udzielanych koncesji, prowadzić mieli działacze kultury i intelektualiści. Tymczasem w latach 90. nastąpiła pod tym względem wyraźna zmiana. Nie tylko złudzenia tyczące możliwości rywalizacji intelektualistów z dużymi rynkowymi graczami zostały skutecznie rozwiane, czego ostatnie akordy mamy okazję obserwować na przykładzie "Arkusza" i "Res Publiki Nowej", ale też mordercze prawa ekonomii wespół z równie morderczą polityką samorządów i Ministerstwa Kultury zmieniły czasopisma kulturalne w inicjatywy obywatelskie - z nielicznymi wyjątkami - niekoniunkturalne politycznie.

Kultura sprywatyzowana

Liczba pism kulturalnych (Witryna Czasopism.pl odnotowuje ponad 400 ukazujących się tytułów, z tego około 300 w wersji klasycznej, papierowej) jest polskim fenomenem. Nigdzie indziej w Europie nie ma ich tak wiele. Być może z punktu widzenia rynku jest ich za dużo i, w wielu tego słowa znaczeniach, są za słabe - dlatego ledwie wiążą koniec z końcem lub są zamykane. Ale skoro Polacy właśnie w ten sposób chcą brać czynny udział w kulturze, to dlaczegóż im tego bronić? Raczej należałoby ku temu stwarzać warunki, mając na uwadze to, że Polak niepiśmienny i o horyzontach ograniczonych edukacją szkolną oraz programami telewizyjnymi to doprawdy wątpliwy wzorzec. Z tej perspektywy patrząc, to nie czasopism jest za dużo, tylko czytelników za mało. Jednak tego typu perspektywa u samorządowców i urzędników państwowych to pobożne życzenie. Od lat prowadzą oni wobec mało atrakcyjnego jako argument w gierkach politycznych partnera politykę dzikiej "prywatyzacji". Ta nie polega, rzecz jasna, na podejmowaniu prób wyszukiwania dla czasopism inwestorów, tylko na przerzucaniu odpowiedzialności za ukazywanie się danego czasopisma na wydawcę lub redaktora naczelnego, który słyszy, że wychodzenie pisma to jego "prywatna sprawa", bo "nie ma pieniędzy". Mantra ta jest powtarzana z cichą nadzieją, że nieprzyjemny proces zamknięcia tytułu załatwi niewidzialna ręka rynku. Dekoniunktura gospodarcza i dziura w budżecie nie mają tu aż tak wiele do rzeczy, są raczej wygodnym pretekstem. W rezultacie inicjatywy czasopiśmiennicze są finansowane przede wszystkim dzięki programom grantowym fundacji, "chodom" i czasem poświęceniu "sprywatyzowanych" osób, a fikcja rachunku ekonomicznego jako kryterium przyznania dotacji, jakkolwiek traktowana przez urzędników ze śmiertelną powagą, jest całkowita.

Komu dotację?

Od państwa bezpośrednio być może - nikomu. Oczywiście, nie można odmówić rządowi prawa prowadzenia polityki kulturalnej za pomocą finansowania różnych przedsięwzięć. Ale w sytuacji braku zainteresowania wspieraniem czasopism, czego dowodem jest absolutnie skandaliczna historia realizowania tegorocznych dotacji ministerialnych, byłoby bodaj lepiej dla wszystkich, gdyby łańcuch pokarmowy, w którym obowiązkowym pośrednikiem jest państwo lub samorząd, został skrócony. Zaś pieniądze mogły trafiać krótszą i szybszą drogą od obywateli do wydawców. Mechanizm rynkowy, o czym mam nadzieję wszyscy są już przekonani, nie jest alternatywą, czy raczej - jest alternatywą nazbyt toporną. Pewnym rozwiązaniem mogłoby być, przykładowo, dotowanie prenumerat czasopism kulturalnych dla bibliotek szkolnych i publicznych - zamiast dotowania wydawania samych czasopism. Dalekosiężnym celem byłoby jednak stworzenie systemu finansowania czasopism kulturalnych łączącego środki publiczne, pozarządowe oraz środki sponsorów komercyjnych. Elementem tego systemu powinna być sprawna współpraca agend państwa z organizacjami pozarządowymi, nie najgorzej radzącymi sobie z prowadzeniem programów grantowych. A przede wszystkim zwiększenie udziału czytelników w finansowaniu czasopism, do czego można dążyć, promując możliwość bezpośredniego przekazywania 1% podatku od osób fizycznych na rzecz organizacji prowadzących działalność kulturalną, a więc, na przykład, wydających czasopisma. A także promując prenumeratę jako formę docierania do czasopism. To ostatnie minimalizowałoby straty - średnie zwroty czasopisma kulturalnego kolportowanego w kioskach i salonach prasowych wynoszą 50%! Może najważniejsze byłoby jednak zasadnicze obniżenie - z pomocą Internetu - kosztu dotarcia do czytelnika.

W sieci

Internet jest jakąś gwarancją, że czasopisma kulturalne pozostawione samym sobie nie znikną - te najbardziej zdeterminowane, pozbawione większych dotacji zapewne przeniosą się do sieci. Już teraz wiele z uwzględnionych w Witrynie Czasopism.pl tytułów ma swoje sieciowe wersje lub też ukazuje się wyłącznie w Internecie. Jednak z ewentualnego zaniku obiegu papierowych czasopism kulturalnych trudno robić cnotę, dla wielu odbiorców, na przykład tych nie mających do Internetu dostępu, oznaczałoby to rozbrat z lekturą. Z drugiej strony - przez Internet można dotrzeć do tych czytelników, którzy w inny sposób są dla niskonakładowych czasopism zupełnie nieosiągalni. To nie tylko kwestia pokoleniowości i stylu odbioru treści kulturalnych, ale i geografii - w małej miejscowości łatwiej połączyć się przez telefon z siecią niż doczekać w pobliskim kiosku wyboru ambitnych czasopism. Także czytający po polsku odbiorcy z innych krajów dostają swoją szansę.
Najwyższymi pozycjami w budżecie czasopism są nieodmiennie koszty papieru i druku. Problemem dla wydawców są również wysokie koszty tradycyjnego kolportażu i jego niska efektywność, do czego przyczynia się brak środków na reklamę i promocję. Niewielkie otrzymywane obecnie dotacje można by z większym pożytkiem przeznaczyć na wydawanie czasopisma w Internecie. Można by, ale po pierwsze nikt dotacji na wydawanie pisma w Internecie nie dostanie, gdyż takowych samorządy, Ministerstwo Kultury i fundacje nie przyznają (chyba jedynym wyjątkiem jest tu finansowany przez miasto Wrocław "Tin": www.tin.pl), po drugie zaś, wydawanie w Internecie ciągle postrzegane jest jako mało prestiżowe. Jednak, podejrzewam, gdyby autorzy internetowych publikacji zaczęli otrzymywać normalne honoraria, prestiż tych publikacji poszybowałby w górę.

Optymalnym rozwiązaniem jest, jak się wydaje, wykorzystywanie Internetu do promocji wersji papierowych, zbierania i opłacania prenumerat, udostępniania archiwów i numerów bieżących, wedle uznania - za darmo lub odpłatnie. Wszystkie te możliwości są od strony technicznej w zasięgu ręki i niedrogie. W nieco dalszej perspektywie można także myśleć o wykorzystywaniu Internetu i technologii druku na żądanie do przygotowywania dokładnie takiej liczby egzemplarzy, ilu będzie zamawiających.

Póki co Internet jest niezłym inkubatorem nowych inicjatyw czasopiśmienniczych. Będąc medium tanim i stosunkowo powszechnym, pozwala nowej inicjatywie wystartować, zaistnieć i okrzepnąć. Daje czas na znalezienie środków na wersję papierową. Dla pism od dawna będących w obiegu jest natomiast szansą na dodatkowe dochody i rozszerzenie kręgu czytelników. Jednak spontanicznego wykorzystywania Internetu dla celów promowania ambitnej kultury nie można traktować jak listka figowego mającego zakryć brak sensownej polityki wobec środowisk skupionych wokół czasopism kulturalnych. Uzdrowienia wymaga system ich finansowania, na razie pokraczny i oparty na fałszywych przesłankach.


KONRAD C. KĘDER, ur. 1965. Autor prozy (Antologia twórczości postnatalnej, 1996), książeczek parapoetyckich i szkiców krytycznoliterackich. Redaktor Witryny Czasopism.pl, prezes Fundacji Otwarty Kod Kultury. Redaktor naczelny "FA-artu", twórca i redaktor naczelny (do 2001) dwumiesięcznika "Opcje".

Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez J. Kucharskiego i KreatorX