fbpx
fot. Wydawnictwo Czarne
Maria Karpińska kwiecień 2024

18 domów Lucii Berlin

Lucia Berlin za każdym razem tworzy dom, który mógłby być tym docelowym. Za każdym razem musi go jednak porzucić

Artykuł z numeru

Zodiakary, tarociary i gnostycy

Tekst ukazał się w wydaniu papierowym pod tytułem Dom powinien jakoś pomóc.


O takich życiorysach jak Lucii Berlin mówi się, że można by obdarzyć nimi parę osób. Sprowadza się je do liczb: trzech mężów, czterech synów, dwa kontynenty, co najmniej 18 domów, 76 wydanych opowiadań na 72 lata życia. Co najmniej parę wykonywanych zawodów – oprócz pisarki krawcowa (a raczej projektantka ubranek dla dzieci), nauczycielka, sprzątaczka, telefonistka i rejestratorka w szpitalu. Nałogi – tylko dwa, ale za to takie, jakie definiują życie: alkohol i poszukiwanie szczęścia. Pisanie, które opiera się na zdolności rejestrowania otoczenia za pomocą wszystkich zmysłów, wynika w tym przypadku z życia rozpisanego na ogromnej przestrzeni. Pod koniec lat 80. Lucia Berlin spisała 18 lokalizacji swoich domów wraz z wykazem występujących w nich problemów. Pierwszy punkt brzmi: „Juneau, Alaska – lawina w dniu, w którym się urodziłam, zmiotła jedną trzecią miasta” – i jest to na liście lokalizacja najdalej wysunięta na północ. Spis od południa zamyka Santiago w Chile („Trzęsienia ziemi. Dwie powodzie”). Lista domów została zawarta we właśnie wydanej w tłumaczeniu Dobromiły Jankowskiej książce Witaj w domu, gdzie umieszczono także autobiograficzne zapiski Berlin i jej korespondencję – od, ale głównie do przyjaciół, a także jeden list od ojca do ośmioletniej wtedy Lucii.

Ted Brown pisze w nim: „(…) choć w jednym roku będziemy mieszkać na górskim szczycie, a w następnym w czarnym kanionie, to piękny dom zbudujemy w naszych sercach”.

Ta obietnica zdaje się popychać Berlin z miejsca na miejsce, z ramion jednego mężczyzny w kolejne, przez całe życie.

Po Alasce przyszedł czas na Idaho, Kentucky i Montanę, gdzie ojciec przyszłej pisarki pracował w przemyśle górniczym. Gdy wyjechał na wojnę w 1941 r., Lucia, jeszcze wtedy Brown, z mamą i siostrą osiadły w El Paso w rodzinnym stronach matki. Po wojnie następuje chilijski rozdział w życiu rodziny – jest to rozdział pełen przepychu i wystawnych przyjęć. Z Montany Lucia zachowała wspomnienie tapetowania ściany gazetami układanymi nie po kolei – należało samodzielnie wymyślać zakończenia pourywanych historii, zanim odnalazło się miejsce na ścianie z ich kontynuacją („To była chyba moja pierwsza (…) lekcja nieskończonych możliwości twórczych”). Z El Paso zapamiętała zapachy, jak chociażby babci otoczonej „wyłącznie duszącymi zapachami” i dziadka pachnącego „camelami, wodą kolońską Bay Rum i jackiem danielsem”. Mama też pachnie papierosami i jackiem danielsem, tylko woń wody kolońskiej u niej zastępują perfumy Tabu. Zapach alkoholu pojawia się tu nieprzypadkowo – unosił się nad całym życiem Lucii, mocno wyczuwalny już w dzieciństwie za sprawą dziadka, a później także matki, która po przeprowadzce do Chile rzadko wychodziła z łóżka. „Na parterze, z tyłu, znajdował się duży pokój otwierający się na brukowany taras. Nazywaliśmy to pomieszczenie rodzinnym, ale tylko ja z niego korzystałam” – to wspomnienie dziecięcej samotności z Chile, z czasów kiedy „życie było proste”.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się