70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. H. Poddębski/NAC

Lwów może łączyć

To nie Lwów jest kością niezgody, lecz sposób opowiadania o wspólnej historii polegający na próbie bagatelizowania roli Ukraińców w narracji polskiej bądź Polaków w ukraińskiej. Jednostronne postrzeganie różnych procesów powoduje, że zubażamy znaczenie kulturowe tego miasta.

Pani książka Odwaga i strach rozpoczyna się od daty 18 września 1939 r. Ten moment skupia jak w soczewce kilka ważnych wydarzeń, krzyżuje losy bohaterów i bohaterek oraz miejsca, do których „odwiedzenia” zaprasza Pani czytelników i czytelniczki. Dlaczego ta data jest tak istotna?

Urodziła się wtedy moja mama – to początek mojej prywatnej historii, którą traktuję jako punkt wyjścia do opowiedzenia o lwowskich relacjach. Myślę jednak o tej dacie jak o momencie, w którym na połowie terytorium II Rzeczypospolitej wszystko się zmieniło. Zależało mi na tym, by pokazać skomplikowane losy mieszkańców wschodniej części kraju po wkroczeniu Armii Czerwonej, nie tylko z perspektywy polskiej, prezentowanej np. we Wspomnieniach wojennych Karoliny Lanckorońskiej. Chciałam wyjść poza tradycyjną polską opowieść o Lwowie, o – kolejno – zajęciu miasta przez Armię Czerwoną, aresztowaniach, wywózkach, deportacjach, np. do Kazachstanu… Interesowały mnie losy lwowian, nie tylko Polaków. Dlatego piszę o 18 września 1939 r. m.in. z perspektywy jednej z moich bohaterek – Frydy (Ireny) Lille, pierwszej lwowskiej hematolożki. Jej historia zdaje się niezwykła – pochodziła z biednej żydowskiej rodziny, zdobyła wykształcenie, pozycję w świecie nauki, choć jak wiadomo, lata 30. nie sprzyjały karierze naukowej osób innego pochodzenia niż polskie. Wskutek narastającej fali antysemityzmu Lille musiała zrezygnować z pracy w klinice dziecięcej, utrzymywała się z prywatnego laboratorium analiz. Podobnie jak absolutnie wybitny mikrobiolog i filozof nauki Ludwik Fleck, który także – mimo wielkich osiągnięć – musiał porzucić uniwersytet.

Wykorzystanie tej daty to zabieg skracający dystans między piszącą a czytelnikami i czytelniczkami. Nie otwierałam nią wszystkich rozdziałów, to byłoby zbyt tanim chwytem. Najbardziej zależało mi na tym, by zwrócić uwagę, że wielka historia jest tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy odrobinę zmienić perspektywę, by zobaczyć coś więcej poza własnym bólem i traumą.

W polskiej pamięci dominuje arkadyjski mit przedwojennego Lwowa, na którym budowany jest narodowy sentyment wobec tego miasta (i szerzej pogranicza). Pani przedstawia zupełnie inny typ opowieści o tym czasie i miejscu, który wznosi się ponad łatwe podziały. Odniosłam wrażenie, że jest to rodzaj polemiki czy może weryfikacji stereotypów.

Celem mojego opowiadania o przedwojennym i okupowanym Lwowie absolutnie nie była polemika, lecz przyjrzenie się dokumentom, zestawienie ich z obiegowymi opiniami. Proszę zwrócić uwagę, że np. nie polemizowałam ze wspomnieniami Wszystko, co najważniejsze Oli Watowej, która przypisuje Wandzie Wasilewskiej pomoc przy zwolnieniu z zesłania Stefanii Skwarczyńskiej, wybitnej teoretyczki literatury i polonistki, ani też z autorami, którzy powtarzają za nią tę historię. Po prostu w oparciu o materiały archiwalne wykazałam czarno na białym, że to, co było powtarzanym przez lata pewnikiem, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zarazem pokazałam też pewien mechanizm uruchamiany przez autorów wspomnień: podążają oni tropem solidarności wynikającej z przynależności narodowej, pomijając wszystkie inne motywacje. Źródła pozwalają to zweryfikować. Aż dziw, że dotychczas nikt tego nie zrobił – oczywiście mam na myśli nie ten konkretny przykład, lecz zestawienie różnych wersji, pewnych sposobów patrzenia na okupację.

W najgłębszym sensie zależało mi na pokazaniu innej wizji dziejów, stworzeniu podstawy do wielowątkowej narracji o Lwowie. W moim przekonaniu narracja narodowa jest szalenie zawężająca, uniemożliwia przyjrzenie się temu, co się działo w wielonarodowym społeczeństwie Rzeczypospolitej. W okresie międzywojennym mniejszości narodowe stanowiły – według różnych obliczeń – od ponad 30% do prawie 40% całej populacji. Nie można tego pomijać.

Co udało się Pani ustalić dzięki takiemu wielowątkowemu oglądowi?

Pokazałam, jak bardzo wątpliwe jest to, co przez lata uznawane było za „oczywistą oczywistość”, np. opinia o powszechnej radości Ukraińców z wkroczenia Niemców do Lwowa. Wszyscy tak mówią. Zadałam sobie pytanie, kim są „wszyscy”. Kiedy zaczęłam zaglądać do dokumentów, a zwłaszcza dzienników, okazało się, że z tego wydarzenia cieszyli się zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Wyjątkiem była społeczność żydowska. Pierwsze kilkadziesiąt godzin, kiedy otwarto więzienia, ujawniło skalę mordów dokonanych przez NKWD w ostatnim momencie przed nadejściem Niemców. Na tym przykładzie widać doskonale, jak Niemcy manipulowali podstawowymi ludzkimi emocjami. Chodziło im o to, by wzmóc nienawiść do bolszewików, utożsamić ich z Żydami, wyłapać agentów i przyspieszyć pochód armii niemieckiej na wschód. W pierwszych numerach wydawanej przez Niemców ukraińskiej gazety współpracę z NKWD przypisywano nie tylko Żydom, ale też Polakom. Okupacyjnym władzom niemieckim, odkrywającym masowe zbrodnie sowieckie czy zbiorowe groby na całym zajmowanym terytorium, nie zależało na uczczeniu pamięci ofiar, po prostu żerowano na ludzkich odruchach, manipulując całymi społecznościami! A społeczność polska i ukraińska dały się na to nabrać, czego przykładem Jedwabne, Lwów, wiele innych miast i miasteczek wschodniej części II Rzeczypospolitej. Szybko jednak owe złudzenia („lepszy sam diabeł niż Sowieci”) prysły. Już w sierpniu co trzeźwiejsi obserwatorzy nie mieli wątpliwości, że nadszedł okres nie mniejszej przemocy.

Przygląda się Pani także splatającym się losom bohaterów i relacjom międzyludzkim przez pryzmat miejsc, np. domu Pani dziadków przy ul. Mącznej, w którym podczas wojny niemiecko-sowieckiej ukrywali się Żydzi. Jak żyje on w Pani rodzinnych wspomnieniach?

Bardzo trudno mi zrekonstruować cechy tego miejsca, ponieważ moja babcia rzadko o nim mówiła. To stanowiło dla niej zbyt dużą traumę, z kolei moja mama niewiele pamiętała. Wiedziała na pewno, że był to mały dom z ogródkiem, w którym nie pozwalano się bawić. Uprawiane tam w czasie wojny warzywa były szansą na przetrwanie. W mieście panował wtedy po prostu głód.

Dziadkowie kupili ten dom tuż przed wybuchem wojny, więc w sumie nie wiązała się z nim rodzinna historia, stanowił raczej miejsce przejęte, zakupione na okoliczność urodzin mojej mamy. Mój dziadek był z zawodu zwykłym urzędnikiem sądowym. Kiedy urodziła się moja mama, miał prawie 60 lat. Zmarł w trakcie okupacji niemieckiej, dlatego myślę, że moja mama mogła go dobrze nie pamiętać. Jednak ten dom stanowił dla niej ważny punkt odniesienia. Była po wojnie we Lwowie tylko dwa razy, za każdym razem szła nie tylko na Cmentarz Łyczakowski na grób ojca, ale i na Mączną.

Miejscem, któremu poświęca Pani bardzo wiele uwagi, jest Instytut Medyczny. To z nim wiąże się jeden z najbardziej wstrząsających momentów w opowieści o międzywojennym Lwowie. Podczas zajęć w pracowni Franciszka Groëra doszło do próby wyproszenia asystentów żydowskiego pochodzenia przez studentów.

Ten epizod unaocznia panującą wtedy atmosferę. Getto ławkowe było rzeczą powszechną, co więcej, dochodziło nie tylko do aktów przemocy symbolicznej, lecz także fizycznej (pobić, a nawet zabójstw). Wśród społeczności żydowskiej, podobnie jak ukraińskiej, panowało przekonanie o całkowitej bezkarności osób, które dopuszczały się przemocy. Notabene, nikt z badaczy nie zadał sobie dotychczas trudu, by zbadać, czy i w jaki sposób przestępstwa te były ścigane. Należy pamiętać, że atmosfera nietolerancji pogłębiała się w latach 30. – można zatem powiedzieć, że mit przedwojennego tolerancyjnego Lwowa jest mocno przesadzony. W okresie po wielkim kryzysie gospodarczym 1929 r. wzmagały się wzajemne animozje, nienawiść rosła, co oczywiście miało podłoże ekonomiczne, ale wynikało także z polityki państwa polskiego wobec mniejszości narodowej, które stworzyło wyraźny podział na obywateli pierwszej (Polacy) i drugiej kategorii (Żydzi, Ukraińcy, Białorusini). Obywatele drugiej kategorii mieli prawa wyborcze, ale do urzędów – a zwłaszcza na wysokie stanowiska – ich nie dopuszczano. Nic więc dziwnego, że ci słabiej wykształceni imali się różnych zajęć. Lepiej wyedukowani pozostawali w wolnych zawodach – byli adwokatami czy lekarzami. Oczywiście w związku z lepszym poziomem wykształcenia zawody te uprawiały przede wszystkim osoby pochodzenia żydowskiego. Ukraińcy zaś swoją energię wkładali w ruch kooperacyjny, którego sukces tak denerwował nie tylko władze, ale i zwykłych polskich obywateli.

Przyjęta przez Panią szeroka perspektywa pomogła dostrzec pewną analogię pomiędzy mordem lwowskich profesorów a aresztowaniem profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczo-Hutniczej z 6 listopada 1939 r.

Sama się dziwię, jak tego mogłam wcześniej nie dostrzec! Eksterminacja polskiej inteligencji była jednym z celów władz okupacyjnych – w ten sposób nie tylko pozbawiano naród potencjalnych przywódców, ale i zastraszano społeczeństwo. Jeśli chodzi o mord profesorów lwowskich, przyjęło się twierdzenie, że współudział w nim mieli ukraińscy nacjonaliści, którzy rzekomo dostarczyli Niemcom adresy profesury czy służyli za przewodników. Rzeczywiście Einsatzgrupy na okupowanych terytoriach posługiwały się wcześniej sporządzanymi przez niemiecką agenturę listami. Wśród agentury zdarzali się także członkowie OUN, ale to nie oni przygotowali listę. Wszystko wskazuje na to, że we Lwowie oparto się na spisie sporządzonym przez doświadczonego agenta Holendra Pietera von Mentena, który znał osobiście większość ze swoich ofiar, a część ich mienia zawłaszczył. Na początku okupacji sowieckiej znalazł się w więzieniu w Stryju, skąd wydostał go jeden z przyjaciół, następnie Menten trafił do Krakowa, pod dowództwo Eberharda Schongarta, szefa policji bezpieczeństwa (SiPo i SD) w Generalnej Guberni, od 3 lipca do 11 sierpnia 1910 r. dowódcy Einsatzgrupy w Galicji Wschodniej. W trakcie pobytu w Krakowie Menten odegrał niechlubną rolę w przejmowaniu pożydowskiego mienia, specjalizując się w dziełach sztuki z antykwariatów. Zawdzięczający mu życie Józef Stieglitz i Franciszek Groër zeznali, że był jedynie niemieckim tłumaczem, choć w rzeczywistości dowodził oddziałem, który wymordował tylko na terenie byłego majątku Mentena kilkaset osób. Dzięki temu fałszywemu świadectwu Menten uniknął odpowiedzialności za popełnione zbrodnie. Dopiero po ponad 30 latach, gdy pokazał publicznie część swojej kolekcji złożonej z zagrabionego mienia, doszło do procesu. Całą tę sprawę opisał dokładnie holenderski dziennikarz Hans Knoop. W książce skonfrontowałam różne wersje dotyczące okoliczności mordu profesorów lwowskich i wykazałam, że przypisywanie sprawstwa nacjonalistom ukraińskim jest nadużyciem. Co oczywiście nie znaczy, że członkowie OUN nie popełnili innych zbrodni.

Z wielką atencją przygląda się Pani uniwersytetowi lwowskiemu. To miejsce, które jest Pani bardzo bliskie.

Choć nie jestem historykiem architektury, nie mogę abstrahować od tego miejsca. Bardzo lubię tę przestrzeń – stary i nowy budynek, gmach dawnego Sejmu Krajowego, przepiękną bibliotekę, hotel uniwersytecki. Najbliżsi są mi jednak ludzie, którzy tworzyli to miejsce.

Interesuje mnie przede wszystkim, jak toczyło się życie uniwersyteckie, czy rzeczywiście było np. tak, że Ukraińcy – jak twierdzi wielu historyków – tam nie uczęszczali. Wystarczy spojrzeć do roczników, by stwierdzić, że może nie było ich wielu, ale stanowili ok. 17% studentów. To nie jest mało! Okazuje się też, że wykładowcami nie byli wyłącznie Polacy. Wspomnieć należy twórcę lwowskiej szkoły matematycznej Hugona Steinhausa. Również naukowcy żydowskiego pochodzenia znaleźli więc swoje miejsce na uniwersytecie.

Ukraińcom było znacznie trudniej, a osobom, które angażowały się po stronie ukraińskiej w czasie wojny polsko-ukraińskiej, zabroniono tam wstępu. Ostatnio trafił w moje ręce obejmujący lata 1918–1923 dziennik ze wspomnieniami pochodzącego z Czerniowiec historyka, wykładowcy UW Myrona Korduby, który opisywał działalność tajnego uniwersytetu ukraińskiego oraz represje ze strony władz polskich, jakie spotykały Ukraińców chcących kształcić się na własną rękę. Ukraińcy w latach 20. doświadczali podobnych aktów przemocy, z jakimi spotykali się Żydzi w latach 30. Uniwersytet zdominowany był przez Polaków, przez polskie korporacje, na które ogromny wpływ miała polityka państwa. Powszechnie wiadomo, że partią mającą we Lwowie największe wpływy nie był PPS, ale ND, w związku z tym i na uniwersytecie zaostrzała się nietolerancja.

Czy wykładowcy angażowali się w spory polityczne?

Wykładowcy zajmowali się oczywiście przede wszystkim nauką, ale nie można powiedzieć, że nie interesowali się polityką. Przykład matematyka prof. Kazimierza Bartla, który pięciokrotnie piastował stanowisko premiera II RP, jest najbardziej znany, ale czynnych polityków, a zarazem uczonych było we Lwowie dużo więcej. Emocje polityczne były obecne w przestrzeni uniwersyteckiej, dlatego też dochodziło do starć między narodową prawicą i profesurą, która uważała, że atmosfera nietolerancji szkodzi nauce.

Chcę jednak zwrócić uwagę, że dominowało przekonanie o wyższości inteligencji polskiej nad żydowską czy ukraińską: te dwie miały się asymilować w kierunku pierwszej. Kiedy zachodziły procesy odwrotne, budziło to powszechne zdumienie i niechęć. Tak było w przypadku Mychajła Rudnyckiego, pisarza, krytyka literackiego, asystenta Leopolda Staffa, wydawcy Stanisława Brzozowskiego. Rudnycki urodził się w rodzinie ukraińsko-żydowskiej (matka była Żydówką, ojciec Ukraińcem), ale wychował się w kulturze polskiej, w domu mówiono w języku polskim, więc oczekiwano, że i on „stanie się” Polakiem. Choć był wybitnym znawcą literatury francuskiej, niemieckiej i brytyjskiej, nie angażował się w politykę, to i tak nie znalazł miejsca na uniwersytecie, nie otrzymał pomocy od władz polskich. Początek I wojny światowej spędził we Lwowie, po czym został ewakuowany do Kijowa. To zmieniło jego spojrzenie na ukraińską niepodległość,  wybrał drogę teoretyka literatury ukraińskiej.

Koncentruje się Pani na losach Polaków, Ukraińców i Żydów. Co z pozostałymi mniejszościami?

Jak słusznie zwróciła Pani uwagę, fascynują mnie we Lwowie pewne miejsca i tam szukam inspiracji. Jednym z nich jest katedra ormiańska. Gdybym tylko znalazła odpowiednie materiały, na pewno zajęłabym się mniejszością ormiańską. Tak się jednak nie stało…

Podobnie wygląda sprawa narracji niemieckich – choć miałam w ręce bardzo dobre dokumenty, to było ich wciąż za mało, by stworzyć spójną opowieść. Nie udało się odtworzyć także historii Henryka Heschelesa, brata Mariana Hemara, dziennikarza i intelektualisty. O Heschelesie z wielką atencją pisał np. twórca cyklu Na wysokiej połoninie Stanisław Vincenz oraz arystokrata, rzecznik polsko-ukraińskiego porozumienia Piotr Dunin-Borkowski. Zależało mi na historii Heschelesa, ponieważ był on także redaktorem naczelnym świetnej syjonistycznej gazety politycznej „Chwila”, która ukazywała się w języku polskim dwa razy dziennie. Hescheles został aresztowany przez NKWD podczas próby powrotu, kiedy przekraczał granicę, podobnie jak np. Fryda Lille czy Henryk Tomaszewski. Nie miał tyle szczęścia co oni czy Stanisław Vincenz, którego z aresztu wyciągnęli ukraińscy przyjaciele. Hescheles przesiedział rok w więzieniu NKWD. Został zwolniony w 1940 r. Zamordowano go w trakcie pogromu Żydów w podwórzu więzienia Brygidki w czerwcu 1941 r. Mimo iż dostałam dokumenty NKWD, to nie dało się z nich zbyt wiele wycisnąć – to były głównie zeznania o działalności syjonistycznej gazety. W próbie zbudowania opowieści o Henryku Heschelesie nie pomogły nawet wspomnienia jego córki Janiny Oczyma dwunastoletniej dziewczynki spisane w 1946 r.

Inaczej stało się w przypadku historyka Mychajły Marczenki i malarki Jarosławy Muzyki, których aresztowano pod zarzutem ukraińskiego nacjonalizmu, choć pierwszy był sowieckim działaczem, członkiem partii komunistycznej, wyznaczonym przez władze na rektora uniwersytetu lwowskiego, druga zaś malarką lwowską, bardzo daleką od politycznego zaangażowania. Nie stworzyłabym jednej opowieści bez drugiej, choć prawdopodobnie Marczenko i Muzyka nigdy się nie spotkali. Chodziło mi jednak o zderzenie dwu światów: starej ukraińskiej inteligencji lwowskiej z tą sowiecką.

Lwów to nie tylko instytucje, zwraca Pani uwagę na przestrzenie rozrywki, na bohemę, która wciąż  fascynuje kolejne pokolenie.

I którą wielu lubi lukrować! Bardzo chciałam opowiedzieć o orkiestrze Lwowski Tea-Jazz, o zwyczajach i o tym, jak wyglądała rozrywka po sowiecku, ale też zależało mi na pokazaniu czegoś, co pomija np. film Bodo. Mianowicie balansowania na pewnej granicy – pobierania bardzo wysokich gaży od władz sowieckich. Zarówno Bodo, Henryk Wars, jak i cała ta grupa jeździła po europejskiej części ZSRR. Nie przesadzajmy z pokazywaniem bezkompromisowości i niechęci Polaków do kolaboracji. Między bajki można włożyć opowieści o tym, że ten czy ów z tej grupy odmówił przyjęcia paszportu sowieckiego – przecież automatycznie znalazłby się wtedy w innym miejscu, które na pewno nie oferowałoby najwyższych honorariów!

Taki model opowiadania historii pozwala także na przyjrzenie się kształtującej się obecnie tożsamości narodowej w dużo szerszym wymiarze.

Kiedy pisałam Pożegnanie z Imperium, w Ukrainie trwała burzliwa dyskusja o tożsamości. Przyjęło się uważać, że tożsamość narodową albo się posiada, albo nie. Dlaczego? Przecież wiadomo od lat, że tożsamości się kształtują, nie są jednorodne. Skoro opowiedzieliśmy już historię np. płci kulturowej, to dlaczego w mniej oczywistych przypadkach nie możemy sobie z tym poradzić? Dlaczego tkwimy w matrycach rodem z XIX w.? Ideologie, zakodowana nietolerancja sprzyjają postawom zamkniętym. Wiadomo, że tępienie zniuansowanych tożsamości to domena dyktatury i totalitaryzmu. Dlaczego jednak dziś musimy tkwić w takich kliszach?

Takie nastawienie wpływa na eskalację wzajemnej niechęci, w tym przypadku Polaków i Ukraińców. Spędzam bardzo dużo czasu w obu krajach i obserwuję coś zdumiewającego – zamykanie się polskiej tożsamości, przy jednoczesnej coraz większej otwartości ukraińskiej. W Polsce nie ma absolutnie żadnego powodu, by się izolować! To efekt społecznej manipulacji i nieumiejętności poradzenia sobie z wyzwaniem stworzenia perspektyw dla młodych ludzi. I o ile bardzo krytycznie oceniam postawę polskich polityków w stosunkach pomiędzy naszymi państwami, o tyle jestem wzruszona aktami solidarności ze strony Polaków (np. otwartym listem sprzeciwu), kiedy nie przyznano Ukraińcom w Polsce dofinansowania obchodów akcji „Wisła”. Jestem ujęta empatią i przekonaniem polskich obywateli, że powinniśmy iść w zupełnie przeciwnym kierunku, niż wyznacza to polityka oficjalnego szczebla. To pokazuje bardzo dobrą cechę społeczeństwa polskiego.

Wciąż jednak widać wyraźnie, jak ważny jest Lwów w opowiadaniu nie tylko o stosunkach polsko-ukraińskich, ale w ogóle o granicach Polski. Dlaczego stanowi nadal taką kość niezgody?

To nie Lwów jest kością niezgody, lecz sposób opowiadania o wspólnej historii, polegający na próbie bagatelizowania roli Ukraińców w narracji polskiej bądź Polaków w ukraińskiej. Jednostronne postrzeganie różnych procesów powoduje, że zubażamy znaczenie kulturowe tego miasta. Widzimy tylko cząstkę tego, czym był Lwów. Dążenie do zdominowania narracji kończy się tym, że jednych ona rani, a dla innych przestaje być interesująca.

Doskonale znany jest mit utraconego „polskiego” Lwowa. Czy Ukraińcy i Żydzi posiadają też swoją mitologię tego miasta? Pani opowieść pokazuje wyraźnie, że ten splot relacji i kultur w żaden sposób nie zubaża żadnej ze stron, ale raczej czyni miasto jeszcze ciekawszym.

Oczywiście, że Lwów jest ważnym miastem w ukraińskiej mitologii narodowej, nie tylko Piemontem, czyli miejscem, gdzie tworzyły się zręby nowoczesnej tożsamości ukraińskiej pod koniec XIX w., ale też stolicą Zachodniej Ukraińskiej Republiki, o którą walkę przegrano z Polakami. W latach 60. Lwów stał się jedynym wielkim miastem, gdzie dominował język ukraiński. Pod koniec lat 80. to właśnie we Lwowie najżywszy był ruch niepodległościowy oraz ruch laikatu na rzecz legalizacji Kościoła greckokatolickiego. Kwitł też artystyczny underground. Jednym słowem, to tu żywy jest mit patriotyczny, a zarazem mit miasta będącego stolicą kultury ukraińskiej. W tym samym czasie dla Polaków było to „miasto, którego nie ma”. Dla Żydów Lwów był jedną z ważnych metropolii, tradycji, lecz wskutek wojny stał się przede wszystkim miejscem pamięci o wymordowanej żydowskiej społeczności. Staram się pokazywać, że Lwów może nie dzielić, ale łączyć.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter