fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Alka Murat

„A czyj język najadł się całym smakiem”

Prawie każdy amator i profesjonalista znajdzie w sieci i rzeczywistości przestrzeń do prezentacji, materiału pojawia się coraz więcej, w sferze kultury jesteśmy zasypywani obrazami, obiektami, dźwiękami, performansami, słowami, produktami i usługami. To nadprodukcja obrazów świata.

Urszula Pieczek: Jesień ubiegłego roku była dla Ciebie bardzo pracowita – m.in. zainaugurowałaś w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie długo oczekiwaną monograficzną wystawę od sufitu, od dębu, od marchwi, która przyciągnęła tłumy zwiedzających; powołałaś do życia Wydawnictwo Doczute; wydałaś Międzyjęzyk z Twoim esejem otwierającym, który jest intymnym i świadomym zapisem poszukiwań twórczych. Zanim porozmawiamy o książce, znaczeniu słów i idei za nimi stojących, chcę zapytać Cię o źródło i pochodzenie. Innymi słowy – skąd to wszystko?

Anna Królikiewicz: Ostatnie dwa lata były dla mnie ekstremalnie pracowite. Jak nigdy dotąd. Źródłem wystawy (której kuratorką zgodziła się zostać Emilia Orzechowska), i uprawianej przeze mnie sztuki oraz książki Międzyjęzyk, jest to, co się dzieje wokół gorącego pępka świata, czyli kuchni. Moje najnowsze prace wynikają z kryzysu wiary w mimetyczne przedstawienie i wielkoformatowy rysunek, z którymi dotąd mnie kojarzono. Tworzyłam i wystawiałam rysunek kilkanaście lat. Dlatego można chyba powiedzieć, że na głębokim poziomie wszystko, co zrobiłam w ciągu ostatnich dziesięciu lat i niedawno pokazałam, wyniknęło z niemocy i zwątpienia. A o dziwo, wzrosło na tym i dojrzało! Te rzeczy powstawały przez długi czas – od 2010 r., kiedy dokonałam przełomu w życiu prywatnym i zawodowym, bo zdaje się, że u mnie to po prostu jedno. Wszystko się krzyżuje – moja pracownia z przestrzenią kuchenną, życie osobiste nie jest odrębne od twórczego.

Opowiesz, na czym polegał ten przełom? Bo chyba nie na zmęczeniu komplementami.

Wszystkiego nie opowiem.

Oczywiście! Tyle, ile chcesz i możesz.

Dziesięć lat temu zaczęłam płynąć pod wyznaczony prąd, iść wbrew udeptanej przez siebie drodze. Przestałam wystawiać rysunek (ale, co ważne, nigdy nie przestałam rysować, to dla mnie jak pisanie czy mieszanie łyżką). Rysunek tak uprawiany już nie dawał mi spełnienia. Nie byłam pewna, czy sztuka galeryjna, wysoka, ma moc zmieniania świata, choćby w najmniejszej skali, czy malarstwo, rysunek wystarczą teraz, w momencie kryzysu wartości. Musiałam poszukać nowego języka, międzyjęzyka – nie po to, żeby mruczeć sama do siebie, ale pełniej skomunikować się z widzami. Nie czarujmy się, raczej nie robi się sztuki wyłącznie do szuflady i dla ukrytych przyjemności. Oczywiście robi się ją z siebie, ale po to, by skonfrontować się z innymi, być w dialogu, zobaczyć, jak odbiorca zareaguje, uczyć się dzięki temu dojrzewać do krytyki, do wymiany. Próby przypodobania się publiczności są skazane na niepowodzenie, zwyczajnie źle mi pachną.

W słodkich komplementach za twórczość nie ma nic złego, ale duże niebezpieczeństwo tkwi w „śpiączce cukrzycowej” nimi wywołanej.

Nagle przestajesz rozróżniać, czy nadal robisz sztukę, która cię kręci, żywo wyraża ciebie, węszone przez ciebie tropy, czy jest już raczej rodzajem rutyny, która nakręca ci konto w banku, jeśli sprzedajesz prace, i sprawia satysfakcję, gdy wspomną o tobie gazety i branżowe magazyny. W tym nie ma nic złego, ale podstawą musi być uczciwość wobec siebie. Dla mnie jako dydaktyczki ważna jest też odpowiedzialność przed studentami. I przekora: ciągle się kwestionuję i sprawdzam. Poza tym lubię zgubić pogoń.

Trudno zrobić zwrot we własnej praktyce.

Tak, bo działasz wbrew własnemu komfortowi i cudzym oczekiwaniom. A na dalszym planie może wbrew akademii, gdzie jesteś przecież poddana wyrażającym zdumienie recenzjom, kiedy robisz kolejne stopnie kariery, jakoś wbrew środowisku, czasem wbrew przyjaciołom, którzy mówią: „Co ty wyprawiasz!?”, którzy dopytują, kiedy wrócisz do rysowania. Trudne, ale warto. Na otwarciu ostatniej wystawy w Państwowej Galerii Sztuki było tłumnie, prawie 500 osób, i wiem, że część z nich mi uwierzyła. Uwierzyła, że gest wysłanego na otwarcie zaproszenia w formie pasty miso nie jest pusty, że wyciągam rękę z pokarmem i po zrozumienie.

Jaką rolę odegrała w Twoim przełomie kuchnia?

Kiedy leżysz na łopatkach: jesteś naprawdę blisko ziemi, i nie masz wiele siły, to tylko najprostsze gesty mogą cię uratować. I właśnie od nich zaczęłam – odnalazłam sens, bo długo jeszcze nie spokój, w trosce, także o siebie, w wyrażaniu się przez karmienie, otwarciu się na ludzi, w rozmowie, w większej uwadze. Zaczęłam praktykować wszystko to, co odrobinę odsuwa akcent z wzroku i kieruje na inne zmysły: dotyk, smak, zapach, słuch. Na czucie bardziej niż rozumienie.

Wzrok dystansuje, patrzymy na przedmiot, dzieło i je oceniamy. Szukałam takiego sposobu na uprawianie sztuki, który wskazuje na jedność z kreowanym obiektem. Czyli – nie jestem w dystansie do świata, tylko jestem obecna w nim, zanurzona. Dotykam rękoma, smakuję, wącham, słyszę. Dzięki tej zmianie we mnie, takiemu podejściu rzeźba i zupełnie nowa dla mnie wtedy praca w trójwymiarze stały się dla mnie ważne i wpłynęłam w ten obszar naturalnie.

Efektem tej praktyki jest poszukiwanie nowego języka opisu, którego słownik obejmuje całe ciało, nie tylko oko. Znajdują się w nim takie określenia jak „doczute” czy „międzyjęzyk”.

Szalenie bliski stał mi się ostatnio Miron Białoszewski (z wiersza Karuzela z madonnami pochodzi tytuł wystawy, a „międzyjęzyk” z Chamowa). Jego twórczością zaraził mnie ojciec. Zupełnie nieadekwatnie do swojego wieku dostałam Szumy zlepy ciągi oraz Pamiętnik z powstania warszawskiego. Mierzyłam się z tymi tekstami w wieku chyba 12 lat, tak jak wtedy potrafiłam. Później przyszła dojrzalsza lektura. Wrócił do mnie obfity i nieocenzurowany zbiór jego tekstów. Miałam intuicję, że onomatopeje, metafory, cała awangarda językowa, którą tworzy Białoszewski, wynikają z ciała. Lubię złożone w słowa odgłosy i dźwięki biologii, pramowę, szukam podobnego języka wizualnego, który byłby cielesny, a w związku z tym uniwersalny, zmysłowy.

Czym jest więc „międzyjęzyk”?

To moja krucha utopia w epoce, w której przeżywanie obecności Innego stanowi głównie przeżywanie uczucia wstrętu i wrogości. Marzenie o tym, że język tworzy płaszczyznę do rozmowy, wymiany, splecenia, że nie stanowi jak u Wittgensteina granic opisu świata, lecz jest nieograniczonym obrusem, płaszczyzną komunikacji i nieustanną próbą zrozumienia. Który, jak napisałam, cytując to słowo za Cezarym Wodzińskim, jest „gość-innością”, goszczeniem innego, paletą wymiany, uczenia się. Nie trzeba być w wiecznej opozycji do czegoś i kogoś, by móc się określić, opowiedzieć, a odbudowywanie tego, co wspólne, jak pisze Achille Mbembe, cytując Franza Fanona, zaczyna się od przerwania milczenia, pierwszej wymiany słów. To filozofia, którą praktykuję, myślę, że obecnie jest ona bardzo potrzebna.

„Międzyjęzyk” staje się pewnym ruchem, a nawet praktyką relacji.

Właśnie tak – to zachęcanie do relacji na wzór Beuysowskiej rzeźby społecznej. Dla ludzi żyjących w społeczeństwie materiałem rzeźbiarskim jest właśnie żywa, pulsująca sfera społeczna, którą mogą twórczo modyfikować, ugniatać, kształtować, dążąc do dobrostanu, która może stać się polem twórczego współdziałania, pracy efemerycznej, zamiast powstawania kolejnych przedmiotów. To wszystko robię w skromnej skali: łączenie ludzi, zapraszanie do uczestnictwa, rozmowy, zachęcanie do poznania intencji. Sztuka relacyjna polega na przeniesieniu akcentu z obiektu estetycznego na budowanie nieoczywistych połączeń międzyludzkich. W pełnej gamie smaku.

Kiedy z Maćkiem Nowakiem pracowałam nad Weselem, którego nie było pokazanym po raz pierwszy podczas Quadrienalle w Pradze, później w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie, do weselnego stołu wraz z elegancką publicznością teatralną siadali przechadzający się miejscowi flanerzy. To nie są codzienne możliwości i sytuacje. Zdaję sobie sprawę, że istnieją jakieś płaszczyzny, których nie można połączyć, ale bardzo lubię wyzwania, a nie lubię klasowości, wyższościowego podejścia. Rozumiem ten mechanizm, ale mnie drażni, a cała moja ostatnia praca pokazuje, że mogę operować między zmysłami, między ludźmi, w „międzyjęzyku”.

Koniec końców, „międzyjęzyk”, na którym wszystkie smaki są jednakowo ważne, zostaje u Ciebie głęboko zakorzeniony w praktyce feministycznej, przekształcającej relację hierarchiczną w równościową i dążącej do budowania społeczeństwa matrylinearnego opartego na trosce, nie na kontroli. 

Uważam za wartościowe platformy płaskie, niehierarchiczne. Tak też pracuję ze studentami. Nie prowadzę wykładów ex cathedra, wolę dialog niż monolog, nie jestem nieomylna, uczę się od nich. Jestem gruba, ale nie zjadłam wszystkich rozumów!

Prócz pracy twórczej uczysz, wykładasz, jesteś profesorką Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Jak myśleć niehierarchicznie w strukturach szkolnictwa wyższego?

Najęłam się do pracy jako wykładowczyni prawie 30 lat temu, ponieważ głęboko wierzę w to, czym jest akademia u swoich podstaw. Sprzeciwiam się też mocno niemal korporacyjnemu systemowi, który został nam (wspólnocie akademickiej) narzucony razem z punktozą. Wciąż jednak tu jestem, bo dokładnie wiem, jaki mam cel. Na pracowni wisi tabliczka z moim imieniem i nazwiskiem: moją pracownię firmuję sobą i nie twierdzę, że to jest jedyna słuszna postawa twórcza lub akademicka. Nie uznaję zresztą niczego, co się samo przedstawia jako jedynie słuszne.

Akademia, tak jak ją rozumiem, nie powinna być szkołą zawodową, przygotowującą wąsko wyspecjalizowanych fachowców, pozostającą na usługach korporacji, rynku i konkursów piękności w magazynach o sztuce oraz galerii.

To nie moja bajeczka. Mam nadzieję, że uczę młodzież czegoś więcej, nie tylko warsztatu. Akademia ma też pełnić funkcję formującą. Nie jestem tylko od tego, żeby mówić: „Tutaj kreska bardziej w lewo, a tu dajmy akcent”. Uważam, że trzeba uczyć etyki zawodu, krytycyzmu, tolerancji, ale i niezależności. Poruszania się we współczesności. Moich studentów zachęcam do przystępowania do konkursów, wyzbywania się fałszywej skromności, wychodzenia ze swoją pracą w stronę świata i szybkiego otrząśnięcia się z niepowodzeń, bo to uczy więcej niż wygrana. Wygranymi, nagrodami i wyróżnieniami się cieszmy, zdarzają się, zwłaszcza ostatnio, i to świetne, ale nie one są sensem uprawiania sztuki. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter